nonsensorka

blog Agnieszki Kubik (pierwszy wpis w lipcu 2012 roku)

Marcin Zieliński z mojej parafii uzdrawia ludzi mocą Ducha Świętego. Niewidomi odzyskują wzrok, niemi słyszą, a chromi schodzą z wózków inwalidzkich. Opis charyzmatu Marcina można znaleźć w Internecie, posłuchać relacji osób, które dzięki jego modlitwie zostały uzdrowione. Chłopak ma jakieś 25 lat i duchowe doświadczenia, które opisał w swojej książce „Rozpal wiarę, a będą działy się cuda”. Cuda, które sam sprowokował.

maercinMarcin zaimponował mi. Miał chyba z 16 lat, kiedy po nocy spędzonej na czuwaniu w kościele, w wigilię Zesłania Ducha Świętego, poczuł, że już nic nie będzie takie samo, jak wcześniej. Zaczął zgłębiać Słowo Boże.

Pisze tak: „A od czasów Jana Chrzciciela aż dotąd królestwo niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je” Mt 11,12. – ten fragment Pisma Świętego był w moim życiu kluczowy, by wejść w posługę uzdrowienia. Moment mojego nawrócenia z religijności do wiary rozbudził we mnie pragnienia, których nigdy wcześniej nie miałem. Zacząłem pragnąć widzieć królestwo Boże przejawiające się na ziemi przez moje ręce. Widziałem moc Bożą na kartach Ewangelii. Słyszałem świadectwa księdza na spotkaniach biblijnych. Dlaczego nie miałbym widzieć tego w moim własnym życiu? Co możesz zrobić, kiedy nikt nie zaprasza cię na posługi, nikt nie chce, byś się nad nim modlił, nikt nie dzwoni, nie pisze? Musisz wziąć sprawy w swoje ręce i zacząć walczyć o obietnice, które Bóg zostawił nam w Biblii. Czytałem słowa Jezusa, które obiecywały, że KAŻDEMU, kto uwierzy, te znaki towarzyszyć będą! W przypisach nie znalazłem komentarza „Każdemu oprócz Marcina Zielińskiego”. Każdemu! Więc i mnie! W ten sposób zaczęła się moja desperacka pogoń za uzdrowieniem”.

Marcin modlił się o uzdrowienia przez moc Ducha Świętego przez kolejnych kilka…lat, ale nie widział żadnych rezultatów. Ja pewnie zwątpiłabym w „swój charyzmat” po trzeciej próbie uzdrowienia. Jego też zniechęcano, podśmiewano się. Marcin nie zwątpił, gdy Jezus go „testował”.

Pisze dalej: „I tak minęło kilka lat posuchy, setki omodlonych osób, tysiące sytuacji, w których przełamywałem swój komfort, podejmowałem ryzyko wiary podchodząc do nieznajomych i narażając się na ośmieszenie. Pamiętam wiele nocy, kiedy wołałem do Boga ze łzami w oczach: „Gdzie są Twoje obietnice, gdzie one są w moim życiu?!”. Aż w końcu przyszedł moment, kiedy powiedziałem Bogu: „Niezależnie od tego, czy będę widział uzdrowienia czy nie – i tak będę to robił. Tak mówi Twoje słowo, więc nie obchodzi mnie, co widzą moje oczy, będę kładł ręce na chorych i w końcu zobaczę”. Na owoce tej modlitwy nie musiałem długo czekać”.

Marcin posługuje w grupie uwielbienia Głos Pana, jeździ zapraszany na spotkania z modlitwą o uzdrowienie po całej Polsce i świecie. Moja córka chodzi na spotkania grupy w każdy wtorek i mówi – ja jeszcze nie dotarłam, ale oczywiście zamierzam – że uzdrowienia są częste, a omdlenia ludzi trąconych skrzydłem Ducha Świętego to standard. – Mamo – mówi – ci ludzie nie padają wprost na posadzkę, ale osuwają się, a ich głowa jest jakby przez kogoś niewidzialnego podtrzymywana. Marcin nam mówi, że to sam anioł dba o to, by sobie nic nie zrobili…

Bywa, że pod kościół zajeżdża i kilkaset aut; ostatnio Marcin uzdrowił górala z Zakopanego, który przyjechał specjalnie na spotkanie do mojego miasta. Mężczyzna nie chodził, od 4 lat był na morfinie. 

dolindoW moje ręce wpadła też książeczka pt. „Jezu, Ty się tym zajmij”. Nie słyszałam wcześniej o ks. Dolindo Ruotolo, który zmarł 47 lat temu. Żył w Neapolu, o nim samym też można poczytać w Internecie, trwa jego proces beatyfikacyjny.

Jezus podyktował mu „Akt zawierzenia”, o którym miał powiedzieć, że „Nie ma skuteczniejszej nowenny niż ta”.

Czytam ten akt i przyznam, że jestem w szoku: tak naprawdę żadna modlitwa nie jest potrzebna! To powrót do pięknego fragmentu z Księgi Przypowieści 3:5-7 „Zaufaj Panu z całego serca i nie polegaj na własnym rozumie. Pamiętaj o Nim na wszystkich swoich drogach, a On prostować Będzie twoje ścieżki”.

Jezus mówi księdzu Dolindo tak (przytoczę kilka zdań, bo cały „Akt zawierzenia” jest bardzo długi, ale naprawdę warto go przeczytać): „Dlaczego wpadacie w zamęt niepokojąc się? Pozostawcie mnie troskę o wasze sprawy, a wszystko się uspokoi. Powiadam wam, że naprawdę każdy akt prawdziwego, ślepego, całkowitego zawierzenia się Mnie sprawia to, czego pragniecie i rozwiązuje najtrudniejsze sytuacje. Zawierzenie Mnie nie polega na podejmowaniu usilnych starań, wzburzeniu i rozpaczaniu, a następnie kierowaniu do mnie gwałtownej modlitwy, abym podążył za wami i przemieniał ten niepokój w modlitwę. Zawierzenie oznacza zamknięcie oczu duszy, odwrócenie myśli od zmartwienia i zdanie się na mnie, abym to ja sam działał, słysząc, jak mi mówicie: Ty się tym zajmij. (…) Jeśli mówicie Mi naprawdę: bądź wola Twoja, co oznacza to samo, co Ty się tym zajmij, działam z całą wszechmocą i rozwiązuję najtrudniejsze sytuacje. Oto widzisz, że dolegliwość przybiera na sile zamiast słabnąć? Nie niepokój się, zamknij oczy i powiedz z ufnością: bądź wola Twoja, Ty się tym zajmij. Powiadam ci, że zajmę się tym i zadziałam jak lekarz, a nawet uczynię cud, jeśli będzie trzeba (…)”.

o.macricnKsiążeczkę „Jezu, Ty się tym zajmij” podsunął mi o. Marcin Ciechanowski, egzorcysta, którego miałam okazję poznać podczas Jasnogórskich Dni Skupienia. On je prowadził, a na spotkania „zaciągnęli” mnie moi przyjaciele ze studiów. Było fajnie, bo ojciec to mądry kapłan.

Ale najważniejsze, że podczas tych ostatnich tygodni, właśnie dzięki Marcinowi, księdzu Dolindo oraz o. Marcinowi z Jasnej Góry, zrozumiałam, że: wiara i religia to dwie różne sprawy, że Jezus jest ciągle Ten sam, co dwa tysiące lat temu i że można go nie spotkać, nawet będąc codziennie w kościele, a dwa razy dziennie się modląc.

I chyba najtrudniejsze, bo wciąż wydaje mi się to fascynująco niesamowite, że w duchowej rzeczywistości znajdujemy się na równi z Jezusem, gdyż poprzez Jego mękę, śmierć i zmartwychwstanie otrzymaliśmy Jego autorytet. Na nic nie musimy już pracować, bo Jezus zrobił to za nas. Musimy tylko przyjąć to, kim się staliśmy.

„To objawienie zrewolucjonizowało moją modlitwę o uzdrowienie – pisze Marcin Zieliński w swojej książce. – Zamiast błagać i prosić, zacząłem deklarować, ogłaszać i zwracać się do chorób w autorytecie Jezusa. (…) On zostawił nam swój autorytet, abyśmy z niego korzystali. Po co ci milion dolarów w banku, skoro z nich nie korzystasz? Po co ci Jego autorytet, skoro nie będziesz go używał?”

Po co o tym wszystkim piszę? Bo coraz bardziej przekonuję się, że życie duchowe jest o wiele bardziej fascynujące niż to zwykłe, w realu. O wiele bardziej.

Przeprowadzam wywiad, a głowa leci mi do tyłu, jakby ktoś ją co chwila popychał. Wiem, że tego nie widać, więc dalej siedzę, niby pionowo, ale tak naprawdę czuję się jak na karuzeli. Zastanawiam się, czy jak wstanę, to się nie przewrócę. Mam zawroty głowy, zatkane ucho (za godzinę pewnie przejdzie, ale wtedy być może zaniewidzę na oko), ścisk w klatce, wewnętrzny dygot, nie mogę zebrać myśli, słowa nie chcą się układać w ładne zdania, a całe ciało jest napięte do granic możliwości. Za chwilę zemdleję…

wesSpokojnie, to tylko nerwica.

Nie-nerwicowcy niech dalej nie czytają, bo i tak nie zrozumieją.

Odkąd pamiętam czuję się źle. Po raz pierwszy odleciałam w wieku chyba 10 lat, gdy bawiłam się z dzieciakami przed domem. Piłka leciała w moim kierunku, a ja doświadczyłam odrealnienia rzeczywistości – i odlot. Nie upadłam, ale nie wiedziałam też, co się ze mną dzieje. Dzieci zawołały mojego ojca, który zaniósł mnie do domu. Leżałam i było dziwnie. Potem były omdlenia w kościele, w sklepie, w szkole. Nikt się tym nie przejmował, łącznie ze mną. Pół studniówki przesiedziałam na szkolnym korytarzu, bo nie potrafiłam określić, co mi jest. Znów było dziwnie, a powrót do bawiących się koleżanek i kolegów ponad siły.

Wyjechałam na studia do Rosji – i tam to się działo!

Jak tylko przyjechałam do Petersburga, na mojej prawej dłoni pojawiły się żywe rany. Krwawiły, więc zakładałam i wymieniałam bandaże. W sumie też się tym zbytnio nie przejęłam – tyle innych rzeczy się działo – aż w końcu koleżanka z trzeciego roku, przerażona widokiem, zaprowadziła mnie do jakiejś wojskowej przychodni przy placu Zimowym koło Ermitażu. Lekarka zawołała swoje koleżanki, wszystkie zadziwione coś tam nade mną po rosyjsku mówiły, w końcu przepisały maści, których nie wiem nawet, czy ostatecznie użyłam. Samo przeszło po kilku miesiącach.

Potem zaczęłam mieć uderzenia do głowy i ataki paniki. Koleżanki zaliczały kolejnych facetów, a ja co chwila umierałam. Co i rusz trafiałam do ruskich szpitali.

Za pierwszym razem do przybytku dla cudzoziemców i było super. Lekarze określili, że mam „brzucholca”, bo miałam ogromne problemy gastryczne – i leżałam sobie w poczuciu bezpieczeństwa, że nawet jak zemdleję na tym szpitalnym łóżku, to mnie szybko ocucą. Poznałam bardzo miłego Wietnamczyka i Polkę, która studiowała dyrygenturę w Rosji; znajomi mnie odwiedzali, sale były dwuosobowe z TV, a na deser podawano… pęcherzyki powietrza, które wyglądały jak mydlana piana. Jadło się to łyżką, a pielęgniarki mówiły, że piana zastępuje spacer na świeżym powietrzu. Leżałam kilka dni i jak tylko wyszłam zachciało mi się natychmiast wrócić.

Nie było to takie proste. Karetki pogotowia przyjeżdżały do mnie, a ja, zgłębiając codziennie rosyjską encyklopedię zdrowia (raczej chorób), wmawiałam lekarzom, co mi jest, a ci, o dziwo, wierzyli. Dostawałam kolejne leki, ale było tylko gorzej; ktoś, kto przeżył lub przeżywa nerwicę, wie doskonale, o czym piszę. Wystarczy, że napiszę słowo „kaloryfer” i dla nerwicowców wszystko będzie jasne.

Któregoś razu, znów umierając i dodzwaniając się na pogotowie usłyszałam w słuchawce, że znowu dzwoni „ta wariatka”, i że nie będą już do mnie jeździć. Strasznie nakrzyczałam, więc przyjechali, ale dali głupiego jasia i pojechali. Do rana nie mogłam ruszyć ręką i nogą, a nawet językiem, byłam sparaliżowana, a wewnątrz umierałam na dobre. To był mój najgorszy dzień w życiu. Więcej do nich nie zadzwoniłam.

Po kilku dniach, przekonana, że mam krwawienie wewnętrzne, sama poszłam do szpitala. Pierwszego z brzegu.

To była zima. Wdarłam się do jakiegos gabinetu i powiedziałam lekarzowi, żeby mnie zbadał, bo inaczej ze szpitala nie wyjdę. Zszokowany przebadał i powiedział, że wszystko jest okej.

A ja dalej, że stąd nie wyjdę, póki mnie nie wyleczą.

On, że nie ma miejsca.

Ja, że trudno, musi mi coś znaleźć.

Westchnął i zaprowadził do sali z jednym wolnym łóżkiem. Salka była 6-osobowa, ciasna jak cholera, na 5 łóżkach leżały babuleńki. Oznajmił, że wszystkie mają żółtaczkę, ale wcale mnie to nie zniechęciło. Powiesiłam swój kożuch na wieszaku w rogu sali i zaczęłam się rozbierać, by wreszcie położyć się do łóżka. Wtedy jedna z babć zaczęła krzyczeć, żebym wyniosła kożuch, bo ona jest uczulona na wełnę! Nie wiedziałam, co robić, ale wzięłam go i wyszłam na korytarz. Akurat szedł „mój” lekarz, więc powiedziałam, że nie będę w tej sali leżeć, niech szuka innej. Wkurzony pokazał mi w końcu wersalkę na korytarzu, którą obsiadły koty – koty w Rosji to jak krowy w Indii – i powiedział: chcesz, to się kładź!

Wybiegłam z tego szpitala! Nie wiem, jak dobrnęłam do domu, bo już wtedy nerwica nie pozwalała mi normalnie funkcjonować. Wyjście za próg mieszkania było horrorem, przejazd marszrutką do metra gehenną, a dojazd na uczelnię metrem, jakieś 40 minut pod ziemią, czarną przepaścią stąd do wieczności. Ciągle chciało mi się mdleć, dusiłam się z braku powietrza, serce mi trzepotało, cokolwiek nie zjadłam bolał mnie brzuch i całe ciało. W końcu nie byłam w stanie wstać rano z łóżka. Wokół wszyscy byli zdrowi i prowadzili ożywione życie towarzyskie, a ja leżałam w pościeli i umierałam.

Zioła, akupunktura, medytacja, wizualizacja, magiczny „piataciok” (kółko z dziurką za piekielne pieniądze, które miało mnie uzdrowić), czary-mary znachorów i Bóg wie jeszcze co. Wszystko o kant du… potrzeć.

Wsiadłam do samolotu (wypiłam wtedy na pokładzie, pamiętam, trzy butelki neospazminy) i wróciłam do Polski w przekonaniu, że na studia już nie wrócę, bo toczy mnie śmiertelna choroba. Rodzice byli przerażeni.

- Całą Rosję zwiedziłaś, a teraz z łóżka nie możesz wstać? – grzmiał Ojciec.

- Udajesz! Wstawaj i weź się w garść – krzyczała Matka.

Któryś z kolei lekarz orzekł w końcu, że to nerwica i dał leki uspokajające. Nerwica to przecież nie choroba.

Z ledwością skończyłam studia. Pod koniec ważyłam ze 40 kilo i gdy wsiadałam do pociągu w Petersburgu ostatniego dnia pobytu w Rosji, to nawet się za sobą nie obejrzałam! Do dzisiaj żałuję, że spędziłam tam pięć lat swojego życia.

Zaczęłam studia dziennikarskie, ale nerwica nie odpuszczała. Lęki miałam przeogromne. Trafiłam w końcu do psychoterapeuty i po jakimś roku poczułam, że wróciłam do jako takiej normy.

Jako takiej, bo złe samopoczucie towarzyszy mi ciągle. Akcję ze szpitalem w moim rodzinnym mieście też miałam nie raz – byleby tylko położyć się na szpitalnym łóżku, bo potworność istnienia nie pozwalała inaczej.

A na co dzień – nerwicowcy to znają – unikanie tłumów (nie da się), siadanie blisko drzwi, by w razie czego można było wyjść, szybka lokalizacja toalety, zero występów publicznych (zaliczam je ciągle), zero kościołów (chodzę, choć często wychodzę), teatrów czy kin (chodzę, bo kocham) i siedzenie w środkowych rzędach (siedzę i się pocę); słabość, uczucie duszności, splątany język i mnóstwo innych objawów. Widok z drugiego piętra przyprawia o mdłości, podobnie jak sama myśl o locie samolotem. Stany depresyjne. Fobie.

Nigdy nie wiesz, czym twój organizm zaskoczy cię następnego dnia.

A mimo to trzeba jakoś żyć. Pewnie to życie wyglądałoby zupełnie inaczej, gdybym nerwicy nie miała. Byłabym w innym miejscu i byłabym innym człowiekiem.

Czy byłabym szczęśliwsza? Nie wiem.

Wiem, natomiast, że nie jestem odosobniona i trochę nas jest.

Co mi pomaga?

Po przetestowaniu chyba wszystkiego Ameryki nie odkryję: intensywny fitness, że pot się leje oraz koncentracja na „tu i teraz”. Właściwa dieta czyli szczęśliwe jelita. Oczywiście pozytywne myślenie, o co w moim przypadku strasznie ciężko.

Witajcie w klubie?

Zmarł Wojciech Młynarski. Wszyscy wiemy, że miał dwie córki i syna. Ja miałam przyjemność poznać jego mamę, panią Magdalenę. To był rok 1995 lub 96, ona miała już 81 lat i przebywała w Domu Aktora Weterana w Skolimowie, gdzie realizowałam reportaż o aktorach-seniorach. Jeździłam tam wiele tygodni, przeprowadzałam wywiady z Ireną Byrską, Jerzym Blockiem, Marią Burską (pierwszą żoną Jeremiego Przybory), Ireną Górską-Damięcką, matką aktorów-bliźniaków, Kazimierzem Łabudziem i jego żoną Janisławą, Renatą Kossobudzką, ks. Kazimierzem Orzechowskim. I z nią, Magdaleną Młynarską. 

11230847_1025849804171674_358416456802603040_n

Pokoik pani Magdaleny wyglądał tak, jakby nazajutrz miała się wyprowadzić. Bardzo tęskniła za domem i bardzo przeżywała, że nie może do niego wrócić. Mnie, nieznanej osobie, wciąż opowiadała o rodzinie, o mieszkaniu, gdzie na balkonie hodowała najpiękniejsze w stolicy kwiaty. Każdy się nimi zachwycał.

Cały reportaż ukazał się w miesięczniku „Więź” w październiku 1997 roku.

O matce Wojciecha Młynarskiego pisałam tak: „(…) Nie muszę nawet pytać o nazwisko – podobieństwo jest uderzające. Matka sławnych dzieci. Przede wszystkim matka, bo żoną była zaledwie 3 lata. Mąż zmarł na gruźlicę. Czy nie chciała na nowo układać sobie życia? Miła tylko 27 lat…

- Nie, nigdy. I nie żałuję tego. Owszem, były różne zawirowania życiowe, ale mój umysł i wyobraźnia ogarniały także to, co się dzieje w takich związkach i później. Zresztą nie zapomnę nigdy jednej rzeczy. Jak syn (Wojciech) zrobił maturę, to rzucił mi się na szyję i powiedział „A tobie to dziękuję najbardziej za jedno, matuś, żeś za mąż powtórnie nie wyszła”. Więc myślę, że warto było iść przez życie w pojedynkę.

Gdy mówi o dzieciach, wilgotnieją jej oczy. Matka.

- Ja całe życie kierowałam się zasadami wiary. Bóg i modlitwa były dla mnie najważniejsze. Dlatego teraz łatwiej mi znieść pobyt tutaj, bo jest kaplica, wspaniały kapłan ksiądz Kazio Orzechowski. Jego prelekcje bardzo mi duchowo pomagają.

Jest cały czas zakłopotana, nieśmiało się uśmiecha, co chwila prosi o odpoczynek. Po jakimś czasie rozluźnia się i widać, że zwierzenia sprawiają jej przyjemność. Opowiada o młodości, mężu, muzyce, występach estradowych, o pracy w radiu, o rodzinie. I o dzieciach, wnukach i prawnukach. O domu przy jednej z ulic warszawskiego śródmieścia. O tym prawdziwym domu. Tylko, żeby dzieci się o tym nie dowiedziały, bo po co mają się denerwować. Ona nie chce nikogo martwić i sprawiać jakichkolwiek problemów. Ale czy to jej wina, że tak tęskni za domem…

- Na jesieni 1994 roku przeszłam zawał i wprost ze szpitala przewieziono mnie tutaj. Tu jest opieka lekarska, regularne posiłki, wszyscy są dla mnie dobrzy i mili, ja wiem… Ale ja cały czas nie tracę nadziei, że do domu wrócę…

Mówi teraz szybko, jakby chciała zrzucić ciężar, który ją przygniata. Twierdzi, że nie miałaby przecież żadnych wymagań. Żeby tylko znaleźć uczciwą opiekunkę, która by przychodziła na kilka godzin dziennie. Ot i wszystko. Może siostry z Wilczej…Co pani o tym sądzi? – pyta mnie nagle z nadzieją w głosie, jakby mogła jej w tej kwestii pomóc, rozwiązać ją, wstawić się za nią u rodziny. – Może za słabo się do tej pory szukało? Bo nikt nie chciał się zgłosić. Ale z drugiej strony rozumie, że byłby to kłopot dla dzieci. Córka za granicą, syn – to człowiek oddany społeczeństwu. Można więc powiedzieć, że to już nie jej syn, ale całego narodu. I w sumie za takiego syna powinna Bogu dziękować, a nie wciąż tęsknić.

- Modlę się i ufam Panu. Widać taka jest Jego wola. Zresztą ksiądz Orzechowski powiedział, że my już do innego domu zdążamy.

Czy nie czuje się trochę pokrzywdzona przez los?

- Trochę tak. Inaczej wyobrażałam sobie moje życie. Nie było mi łatwo rozstać się z moim mężem. Ale nie myślę o tym, żyję dniem dzisiejszym. Moje dzieci rekompensują mi wszystko. Strasznie się cieszę, gdy mnie tu odwiedzają. Ale one też mają swoje zajęcia, mało czasu. Ja wciąż o nich myślę i się za nie modlę.

Uśmiecha się nieśmiało, chce mi powiedzieć coś bardzo ważnego.

- Wie pani, że starych drzew się nie przesadza… Ale tego niech pani nie pisze. Po co moje dzieci mają się denerwować”.

Nie wiem, jak długo jeszcze żyła Magdalena Młynarska, w każdym razie miło było mi ją poznać. I zawsze, gdy słyszę o Wojciechu, o Agacie, Paulinie i Janie, widzę ją, starszą panią, strasznie tęskniącą za domem. 

…Nie ma jak u mamy ciepły piec cichy kąt ! 

Nie ma jak u mamy kto nie wierzy robi błąd! 

Nie ma jak u mamy cichy kąt ciepły piec! 

Nie ma jak u mamy kto nie wierzy jego rzecz! 

PS. To cudne zdjęcie pozwoliłam sobie ściągnąć z Internetu. W zasadzie to ono zainspirowało mnie to tego wspomnieniowego nieco wpisu. Ten nabzdyczony złotowłosy aniołek to Wojciech, obok jego siostrzyczka Basia. Piękna kobieta, ich matka, to Magdalena Młynarska. 

computational-2048166_960_720W Warszawie dobrze się żyje może Kożuchowskiej i innym gwiazdom zarabiającym krocie. Szaremu człowiekowi niekoniecznie, chyba, że dostosuje się do przednówkowej szarości stolicy. Stolica i jej tempo zwykle mnie doenergetyzowywało, ale ostatnim razem było inaczej.

Głównie po stolicy jeżdżę, tym razem się przeszłam. Pierwszy słoneczny dzień, słońce wylało się na ulice i odsłoniło ich brzydotę. 

Najpierw poszłam z córką na prześwietlenie zębów do jednej z klinik na Świętokrzyskiej. To był poniedziałek, w piątek zostałam poinformowana, że podwójne rtg będzie mnie kosztować 140 złotych.

- Popsuła nam się dzisiaj drukarka, więc możemy dać pani tylko płytkę – słyszę. – To co, robimy?

- Robimy – powiedziałam po chwili namysłu, bo i tak nie miałam wyjścia: za dwie godziny musiałam być u ortodonty, na którą to wizytę czekałam dwa miesiące. – To ile płacę?

- 140 złotych – słyszę.

- Skoro bez wydruku, to chyba powinno być taniej? – jakoś mi się wymsknęło.

- Nie, cena bez wydruku jest 140 złotych – słyszę.

- A z wydrukiem?

- 145 złotych – słyszę.

Ta logika wydała mi się podejrzana. – W piątek pytałam o cenę i usłyszałam, że podwójne rtg zęba kosztuje 140 złotych. Skoro dzisiaj popsuła się wam drukarka, a w piątek była sprawna, więc powyższa cena obejmowała i płytę, i wydruk… – dowodziłam, ale wychodziło na to, że jestem niemiłą czepiającą się babą, która w tej pięknej sterylnie czystej i delikatnie kremowostonowanej kolorystycznie przychodni robi niepotrzebne larum i psuje innym humor.

- To co, robimy? – pyta znudzona recepcjonistka.

- Tak… Mówiłam, że nie mam wyjścia.

Wyszłam lżejsza o 140 złotych z płytką, która, jeśli moja ortodontka nie będzie miała drukarki, będzie bezużyteczna i z dwumiesięcznego czekania na wizytę nici.

Ponieważ miałam z córką jeszcze prawie dwie godziny, postanowiłyśmy coś zjeść. Na przykład w Sphinksie w Alejach Jerozolimskich.

- Jak smakuje kasza bulgur? – pytam kelnera, bo zamarzyła mi się sałatka z takim składnikiem.

- Nie wiem, nie próbowałem – mówi miły pan, pewnie dorabiający student, więc nie mogę wymagać za wiele. – Ale mogę przynieść tester za 6 złotych.

Poprosiłam.

Niestety, choć kasza była smaczna, inne składniki mnie nie zachwyciły. Poprosiłam więc sałatkę Cezar, która wyglądała tak: kilka rodzajów sałat (z tych gotowych kupowanych w każdym markecie w torebkach foliowych), na to jeden pokrojony pomidor o smaku nie przypominającym niczego, na to jakieś okropne grzanki. I chyba ser żółty. Do tego dwa oddzielne tosty z masłem czosnkowym – sama robię lepsze. Zero sosu, więc jadłam tę suchą sałatę wrzuconą wprost z torebki foliowej, z pomidorem i zagryzałam grzankami.

Wyliczyłam, że realna wartość tej sałatki to może jakieś 10 złotych – ale w Sphinksie w alejach zapłaciłam za nią około 28 złotych.

Nieco wkurzona bylejakością poszłam do pobliskiej Żabki kupić bilety na tramwaj. Nie było, więc poprosiłam o gumę do żucia. Z 5 złotych zostało mi wydane 2 złote.

- Przepraszam, ale tu pisze, że guma kosztuje 2,69 złotych – mówię do bezzębnej pani.

- Jakie 2,69? 2,99! – oponuje, a ja już mam zamiar zapytać, gdzie w takim razie podział się 1 grosz reszty.

- Tu jest cena 2,69 zł – pokazuję palcem na karteczkę z ceną.

- Ojej, bo się poprzedniczka pomyliła, ciągle to samo – pani wyszła i zaczęła mocować się z karteczką, nie wiedzieć czemu, bo leżało tam całe spektrum gum i pod każdą cena również była 2,69 zł. Musiałaby wyrwać i zmienić wszystkie. – Proszę – kobieta oddała mi 30 groszy (grosika dalej nie odzyskałam, ale bezzębność ekspedientki, podczas gdy ja wydałam już setki złotych na warszawską ortodontkę mojej córki, sprawiła, że dałam spokój).

Nie będę już opisywać zatłoczonych tramwajów i śmierdzących włóczęg, którzy zawsze mają miejsce siedzące, a nawet dużo przestrzeni wokół siebie, a także kolejnej 5-minutowej wizyty u ortodontki, za którą jak zwykle zapłaciłam stówę (drukarkę miała)– przejdę do rzeczy najważniejszej.

Otóż – jak wspominałam na początku – zamiast jeździć przeszłam się ulicami w centrum stolicy. I złapałam się za głowę! Wiecie jak trudno znaleźć jakieś polskie nazwy na sklepach, bankach, miejscach usług?

20170227_143419Bracka, Krucza i nazwy: Lokaah, Good of The Worlds, New Collection, Pancake Corner, Cafe Nero, Costa Coffee, Coffe Heaven, Starbucks Coffee, Green Caffe Nero, Boulangerie, Patisserie - jedynym wytchnieniem dla moich oczu było typowo polskie, acz pretensjonalne, Zjedzone Wypite…

- Córko – mówię – patrz, Wedel. Chodź pokażę ci, jak wygląda ten staroświecki, chciałam dodać polski sklep, gdzie twoja mama i twoja babcia czasem godzinę stały za PRL po kilka czekolad, które tu zawsze można było kupić. To najstarsza fabryka czekolady w Polsce, założona przez niemieckiego cukiernika, teraz przejęta przez koncert japońsko-koreański…

- Wedel nie jest polski? – zdziwiła się córka.

No nie.

Potem natknęłam się na Dom Książki (obok KFC). Dawniej wydawnicza potęga, teraz zdominowana przez zachodni kapitał typu Empik czy Amazon. Neon świadczy o tym najwymowniej: ledwie go widać, jest cały pordzewiały i na tle innych, zachodnich oczywiście, pięknie odmalowanych, świadczy o upadku. Tak to odebrałam i zrobiło mi się bardzo przykro.

Jak nigdy z przyjemnością wróciłam do swojego 50-tysięcznego miasteczka, sennego nieco, ale gdzie Zachód nie wkroczył jeszcze tak nachalnie, a życie jest prostsze i nieco tańsze – choć na „oszukańców” też trzeba uważać. 

Konrad ma 31 lat i perspektywę życia pod warunkiem, co już brzmi groźnie, zebrania miliona 200 tys. złotych. Mężczyzna ma szczęście, że w ogóle jeszcze żyje – gdyby ktoś przejrzał historię jego choroby z ostatnich 13 lat, to chyba by nie uwierzył; i pecha, bo lek, która ma uratować życie nazywa się eculizumab i znajduje się na liście 10 najdroższych leków świata, a nasz NFZ go nie refunduje. W Europie nasz i rumuński, dodajmy. 

konrad foto

Mówi jego siostra: Konrad – wysportowany, pełen energii i życia, pogodny, beztroski chłopak, trenował judo i grał w piłkę. Taki był. Do momentu, kiedy to w 2003 roku zdiagnozowano u niego anemię aplastyczną. Cały świat się zawalił. To był szok. Okresowe badania, które robił jako sportowiec co pór roku wykazały, że wszystkie wartości są mocno poniżej normy. Konrad z dnia na dzień gasł. Leczenie było ciężkie, bardzo bolesne i wyczerpujące ale nie poddawał się. Walczył i tę walkę wygrał. Przynajmniej tak się wydawało… Po dwóch latach, w wyniku leczenia anemii aplastycznej tymoglobuliną (lekiem, który uratował Konradowi życie), zdiagnozowano u niego nocną napadową hemoglobinurię.  To był kolejny cios! Objawy:Hemoliza wewnątrznaczyniowa (krwinki czerwone rozpadają się atakując narządy wewnętrzne), hemoglobinuria, małopłytkowość, zakrzepy, aplazja szpiku. Znowu niewyobrażalne cierpienie. 

Lek ma przygotować Konrada, który ma już przeszczepioną wątrobę, do przeszczepu szpiku. Inaczej zdrowego i przystojnego mężczyznę czeka powolna śmierć, w dodatku w wielkim bólu, bo już teraz wyje nocami, gdy łapie go ta jego nocna napadowa hemoglobinuria.

Oczywiście w moim mieście została uruchomiona akcja, a nawet cały cykl akcji, by tę niebotyczną kwotę zebrać. W Konrada wstąpiła nadzieja, bo do tej pory nie wierzył, że skapnie mu coś z nieba. Do tej pory niebo raczej przychylne dla niego nie było – oczywiście jeśli chodzi o jego zdrowie, bo w chorobie – a i owszem.

To kolejne akcje zbierania pieniędzy na chorych. Do tej pory były to dzieci, które trzeba było ewakuować do Niemiec, bo tylko tam dr Malec, Polak zresztą, potrafił tak reperować serca, że rodzice chorych dzieci nie chcieli je powierzać polskim lekarzom w Polsce.

Zawsze myślę, nagłaśniając jako dziennikarz kolejne tego typu zbiórki ze zrozpaczonymi rodzicami w tle: ile jeszcze? Dlaczego w Anglii, podpytywałam znajomego Anglika, nikt o czymś takim nie słyszał? – Pieniądze na chore dziecko? O czym ty mówisz? Wszystko załatwia kasa chorych, czyli państwo – mówi mi Geoff. 

Stąd nośność akcji WOŚP, która, z czego jesteśmy dumni, jest typowo polskim wymysłem. Żeby starczyło na noworodki, dzieci, seniorów, itd., bo w kasie polskiego państwa jest na wszystko – na przykład na 30 limuzyn za 35 mln zł – ale nie na normalne leczenie ludzi. Opinie o dzikim kraju, o państwie bananowym, o państwie teoretycznym są jak najbardziej na miejscu.

Fundacje, które dostają najwięcej – w ubiegłym roku lider w tabeli, Fundacja Zdążyć z Pomocą, otrzymała 144 miliony, z czego, jak dobrze wiemy, kilka milionów jest przeznaczanych na reklamę, drugie tyle na wynagrodzenia – reszta, wyskubana z naszych portfeli, trafia już bezpośrednio do chorych dzieci, czyli często do lekarzy, którzy powinni leczyć za darmo, w ramach publicznej opieki zdrowotnej, na którą wszyscy łożymy. Ale tak nie jest.

Oczywiście wpłacam na Konrada i na chore dzieci, bo tak mi nakazuje sumienie. Piszę o tym jako dziennikarz, nagłaśniam, proszę.

Jeśli ktoś miałby ochotę wspomóc Konrada oraz jego rodzinę z jego straszną chorobą, podaję nr konta:

Fundacja Pomocy Społecznej ” Chodźmy Razem”, Podaruj 1% podatku.

KRS: 0000276365, Bank Zachodni WBK 1 oddział w Skierniewicach

nr konta: 72 1090 2590 0000 0001 3389 9150 – z dopiskiem ” Na leczenie Konrada Sobolewskiego”

Wiem, że każdy ma wiele osób, którym należy pomóc, trudno wybrać tę jedną czy dwie, których ostatecznie wesprzemy. Może to będzie akurat Konrad?

Ja jednak bardzo wierzę, że każda nasza pomoc wraca do nas jak bumerang. Sprawdźcie, a sami się przekonacie!

child-1835730_960_720

Matki, które nie pozwalają się widzieć dzieciom z ich własnym ojcem, powinny smażyć się w piekle.

Chodzi o te rozwiedzione, będące w separacji oraz te popier…, bo inaczej nie da się je nazwać.

Rozmawiam z różnymi ojcami, których eks wydała zakaz kontaktu z dzieckiem czy dziećmi. Będąc w podobnej sytuacji czułyby się tak samo źle, jak ci ojcowie, ale ponieważ są to małpy, odczuwają z tego tytułu jedynie satysfakcję. - Cierp ty gnido… Moje dziecko jest tylko moje i kocha mnie bardziej niż ciebie – myślą. – A jeśli tak nie jest, to zrobię wszystko, by tak było!…

Byli ojcowie są tymi najgorszymi. Gorsi są chyba tylko bezdomni z Dworca Centralnego. Małpy będą całymi dniami sączyć dzieciom do ucha, że tak właśnie jest, aż w końcu dzieci uwierzą. Małe dzieci wierzą swoim matkom. I swoim babciom, mamom swoich mam. Powoli same stają się małpami.

Jarek ma dwoje dzieci, ale już do nich nie jeździ. Jest niemile widziany. Początkowo tylko przez eks i jej mamę (te mieszkają razem), ale po kilki latach systematycznych odwiedzin wyczuł, że dzieci już za nim nie tęsknią. 10-letnia córka zaczęła pisać do niego sms-y tylko wtedy, gdy potrzebowała doładować telefon albo kupić nowy. Gdy on pytał, co słychać – milczała.

Płakał kilka tygodni z bezsilności. Ale jaki można mieć kontakt z dzieckiem, gdy eks pozwala się z nim widzieć raz na miesiąc, w pokoju obok?

Dzień wcześniej musiał przesłać sms-a, że jedzie. Gdy raz tego nie zrobił, zastał zamknięte na głucho drzwi. Spóźniać się też nie mógł, z miejscowości oddalonej o godzinę drogi, musiał być równo o godzinie 8.30. A potem siedział w aucie pod blokiem do czasu, eks napisze: możesz wejść, dzieci wstały. Zaciskał zęby i szedł.

Eks nie pozwalała na zabranie dzieci na spacer, nawet na plac zabaw pod blokiem. W największe upały wszyscy smażyli się na czwartym piętrze w bloku. -Od godziny 9 zabawa do 15 cały czas na kolanach: samochodziki, koparki, samochodziki, koparki, samochodziki, koparki, aż się małemu nudzi – mówi. -  piłkę grać nie można, bo babci przeszkadza, na spacer wyjść nie można, bo mama zabrania. Dwa tygodnie wcześniej z synkiem bawimy się, że piszczy już następnym razem słyszęTata, tak się nie bawimy, mama nie pozwala”. Tak było z każdą zabawą.

Jarek nie mógł liczyć na herbatę, nie mówiąc o obiedzie. Gdy RODZINA: mama, jej mama oraz dzieci zasiadały do stołu, on schodził do Biedronki kupić wodę i jakieś parówki. Gdy synek kładł się spać o 15, musiał jechać, choć córka jeszcze chciała z nim pobyć. Gdy był jeszcze czas, że płakała za odjeżdżającym ojcem, matka, trzaskając drzwiami za wychodzącym Jarkiem, skutecznie jej te łzy wybijała z głowy.

Z przedszkola i szkoły dzieci może odebrać tylko mama i babcia, taka informacja poszła do dyrekcji. Ojciec, gdyby nawet się pojawił, absolutnie nie może, w takiej sytuacji trzeba wezwać policję.

Raz eks pozwoliła mu wziąć małą do McDonald’s przecznicę dalej. Zapowiedziała, że jak tylko powie małej cokolwiek na nią, matkę, to nie pozwoli mu nigdy więcej zobaczyć się z dziećmi. Nawet nie miał takiego zamiaru. Rozmawiali o niczym, cały czas baczył na każde wypowiedziane słowo, a jednak i tak zabroniła.

Na komunię małej pojechał, ale stał w rogu kościoła – w końcu miejsce publiczne – i patrzył z daleka. Na komunijnym obiedzie była RODZINA: mama, babcia i braciszek. Dla taty, drugich dziadków, a także chrzestnych zabrakło miejsca.

Co miesiąc płaci alimenty. Jak bankomat.

Eks, w swojej zawiści, nawet nie wie, co odbiera dzieciom.

Nie znają rodziny Jarka, i nawet nie będą miały ochoty nigdy jej poznać. Nie pojadą z ojcem na wycieczkę rowerową, na wspólną wyprawę na ryby, na lodowisko i sanki; Jarek nie pomoże im w zadaniach szkolnych i nie będzie na ich studniówce. Swoim dzieciom jawi się jak coraz bardziej mglista postać, która wkrótce w ogóle zniknie w mrokach pamięci.

Od eks dostaje tylko sms-y: trzeba kupić aparat ortodontyczny małej, wykupić ponadobowiązkowe szczepionki, jadą na wakacje i muszą mieć dodatkowe pieniądze. – Jeśli nie dasz, idę do sądu – usłyszał, gdy raz się postawił.

Myślał o sądzie. Jego kolega wygrał podobną sprawę. – Podjeżdżał do domu, a eks darła się, że nie da dzieciaka – mówi Jarek. – Raz wezwał policję, ale syn wyrywał mu się z objęć, ryczał, krzyczał, w końcu kolega odpuścił. Ja bym chciał, żeby moja córka i mój synek sami do mnie przyszli, z radością, że idą do taty, a nie z musu, bo policja tak im każe. Wiem, że to nigdy nie nastąpi, a przepaść między nami tylko się pogłębia.

kamieniec ojciecJarek, normalny facet, jest strzępkiem człowieka. Cierpi na bezsenność i depresję. Cały czas myśli tylko o swoich dzieciach, które już nie są jego. Którym sprano mózgi, i którym wmówiono, że do szczęścia wystarcza im tylko mama z babcią. To, co mają dorośli do siebie, nie powinno mieć wpływu na relację z ich dziećmi. Dotyczy to obu rodziców.

Uważam, że takie matki powinny smażyć się w piekle, bo na ziemi nie doświadczą nigdy tych stanów, które fundują ojcom swoich dzieci. 

Na skrzynkę pocztową dostałam takiego oto mejla. Nadawcą był bliżej mi nieznany ksiądz, który uznał, iż warto przypomnieć słowa ludzi bliskich Bogu. Najpierw przeczytajcie, a na końcu zadam pytanie.

water-464953_960_720

Siostra Łucja, wizjonerka z Fatimy: „Naród polski przejdzie drogę odrodzenia. Po raz pierwszy odczyta i zrealizuje prawdziwe cele ludzkości. Od niego zależeć będzie przyszłość Europy (…). W Polsce rozpocznie się odrodzenie świata przez ustrój, który wytworzy nowe prawa.”.

Niemiecka stygmatyczka Teresa Neumann: „Wy, Polacy macie do nas, Niemców, żal, bośmy was skrzywdzili. Macie rację. Ale przez to wyście już wszystko odpokutowali. Na nas, Niemców, przyjdzie jeszcze pokuta. Wy możecie czuć się spokojni (…). Za wami wstawia się Czarna Madonna, która będzie chodzić po ziemiach polskich. Wam się już nic złego nie stanie.”. „W języku polskim będą głoszone najmądrzejsze prawa i najsprawiedliwsze ustawy.”

Ojciec Andrzej Klimuszko: „Przez Europę przejdzie fala wojen i kataklizmów, tylko nad Polską nie widzę krwi i zniszczeń, lecz promienne blaski przyszłości. Polska będzie źródłem nowego prawa na świecie, zostanie tak uhonorowana wysoko, jak żaden kraj w Europie (…). Polsce będą się kłaniać narody Europy. Widzę mapę Europy, widzę orła polskiego w koronie. Polska jaśnieje jak słońce i blask ten pada naokoło. Do nas będą przyjeżdżać inni, aby żyć tutaj i szczycić się tym. (…) Jeśli chodzi o nasz naród, to mogę nadmienić, że gdybym miał żyć jeszcze pięćdziesiąt lat i miał do wyboru stały pobyt w dowolnym kraju na świecie, wybrałbym bez wahania Polskę, pomimo jej nieszczęśliwego położenia geograficznego. Nad Polską bowiem nie widzę ciężkich chmur, lecz promienne blaski przyszłości.”

Błogosławiony Bronisław Markiewicz: „Pokój wam, słudzy i służebnice Pańscy! Wojna będzie powszechna na całej kuli ziemskiej i tak krwawa. Groza jej będzie tak wielka, że wielu ze strachu postrada rozum. Za nią przyjdą następstwa jej: głód, mór na bydło i dwie zarazy na ludzi, które więcej ludzi pochłoną aniżeli sama wojna. (…) Wy, Polacy, przez niniejszy ucisk oczyszczeni i miłością wspólną silni, nie tylko będziecie się wzajem wspomagali, nadto poniesiecie ratunek innym narodom i ludom, nawet wam niegdyś wrogim. I tym sposobem wprowadzicie dotąd niewidzialne braterstwo ludów, Bóg wyleje na was wielkie łaski i dary, wzbudzi między wami ludzi świętych i mądrych i wielkich mistrzów, którzy zajmą zaszczytne stanowiska na kuli ziemskiej. Języka waszego będą się uczyć w uczelniach na całym świecie. Cześć Maryi i Najśw. Sakramentu zakwitnie w całym narodzie polskim. Pokój wam!”

Kardynał Augustyn Hlond: „Polska nie zwycięży bronią, ale modlitwą, pokutą, wielką miłością bliźniego i Różańcem. Trzeba ufać i modlić się. Jedyną broń, której Polska używając odniesie zwycięstwo – jest Różaniec. (…) Nowa Polska będzie dostojna, mocna, wielka, a nawet atrakcyjna i przewodząca właśnie przez to, że szczerzej niż kiedykolwiek i konsekwentniej niż inni oprze swe życie i swą politykę na zasadach Chrystusowych (…) Jesteśmy świadkami zaciętej walki między państwem Bożym a państwem szatana. (…) Chrystusa.”

A nawet św. Malachiasz (1128 rok): „Polska, powstając majestatycznie jak feniks z popiołów, mężnie zrzuci pęta niewoli i stanie się jednym z mocarstw w Europie”… oraz Matka Najświętsza do Giulio Mancinelliego (1608 rok): „Dlaczego nie nazywasz mnie Królową Polski? Ja to królestwo bardzo umiłowałam i wielkie rzeczy dla niego zamierzam, ponieważ osobliwą miłością do Mnie płoną jego synowie. (…) Ja jestem Królową Polski. Jestem Matką tego Narodu, który jest mi bardzo drogi, więc wstawiaj się do Mnie za nim i o pomyślność tej ziemi błagaj Mnie nieustannie, a Ja będę ci zawsze, tak jak teraz, miłosierną”.

Moje pytanie brzmi: czy te wszystkie wizje/proroctwa/przepowiednie już się sprawdziły, czy nadawca listu wierzy, że to wszystko dopiero przed nami? 

hyggesockscreditshutterstockBardzo spodobały mi się życzenia, które rok temu złożyła mi koleżanka: życzę ci świętego spokoju. Powiedziała to w ten sposób, że zrozumiałam, iż sama o nim marzy. Ubawiła mnie też rozmówka, którą ktoś wrzucił na FB: Dostałeś coś pod choinkę? Tak, pierdolca. A potem poczytałam o skandynawskim hygge i zamarzyłam, że w swoim własnym domu będę je uskuteczniać, bo jestem po prostu zmęczona.

W tym celu zakupiłam sobie kocyk. Całą resztę akcesoriów czyniących dobrze: kubek w sweterku, grube skarpety, dobrą książkę oraz kominek już posiadałam. Wszystko czekało. Wystarczyło tylko znaleźć chwilę, rozsiąść się wygodnie na kanapie szczęścia, nalać sobie do kubka w sweterku dobry poncz, by spoglądając od czasu do czasu w migające ognie kominka pogrążyć się w lekturze. Po trzech próbach podejścia do hygge odpuściłam.

Powodem było wszystko: wełna z kubka skrzypiała mi w ręku, że aż zęby bolały, stopom w skarpetach skierowanych w stronę kominka było zdecydowanie za gorąco, kocyk był sztuczny i strzelając ustawiał moje włosy na baczność, a książka nie przeniosła mnie w krainę szczęścia, bo czytałam o przesiedleniach na Kresach Wschodnich w czasie drugiej wojny światowej.

W dodatku dom żył swoim życiem i co chwila słyszałam: Mamo! (syn) Mamo! (córka) Matka! (to mąż), hau (pies), telefon (mama z newsami o pani Krysi). Rodzina uświadamiała mi, że wiele rzeczy leży odłogiem i fakt, że w ciągu dnia uprawiam hygge czyli totalne lenistwo jest nie na miejscu. Generalnie było o kant potłuc, więc rzuciłam wszystko w kąt i znów stanęłam w jedynym słusznym dla kobiety miejscu, czyli za kuchnią. Wtedy wszystko wróciło do normy.

hygge04lf01Ja w sumie też poczułam się lepiej, bo przestałam mieć wyrzuty sumienia. Myślę, że Matki-Polki zrozumieją, o czym piszę.

Życzę wszystkim na święta, sobie też – z góry wiedząc, że to nie nierealne, bo odpoczynek to sztuka, której nie posiadłam i łaska, której nie dostąpiłam – świętego spokoju w pozycji hygge. Chociaż przez 5 minut.

Wszystkiego dobrego!

Jestem na Alasce, wokół lśniący śnieg, po kolana, taki jeszcze z dzieciństwa. Koło drewnianej chaty młody drwal rąbie drzewo. Chwilę patrzę, ale oto przebiega koło mnie czarny pies, spoglądam za nim. Podbiega do innego mężczyzny, wokół biegają husky. Oglądam się za siebie, śnieg, jakieś drzewa. Przystojniak dalej rąbie, ale ja wyruszam już psim zaprzęgiem na przejażdżkę! Siedzę albo stoję, nie wiem, na saniach, takich ze skórami, przede mną kilka psów, obok biegają inne. Piękne widoki, wokół błyszczący śnieg, pędzimy przez jakieś dzikie miejsca, czuję jak adrenalina rozsadza mi głowę. Najwyższy czas zdjąć gogle.

EXPO - 11TH DIMENSIONSC_0465 EXPO - HTC EXPO - INSPIRIA EXPO - SENFINO EXPO - VR VISIO EXPO -CO JEST GRANE PANEL NIERUCHOMOSCI PIOTR_BACZYNSKI RICOH - THIJS EKELSCHOT THIJS EKELSCHOT

Albo kliknąć na inny matriks. Kręci mi się w głowie, gdy spoglądam z drugiego piętra w dół, więc przewrotnie wybieram ekstremalne doznania. Może mi się uda oszukać mózg i wreszcie poszybuję jak ptak stojąc po prostu na podłodze Centrum Nauki Kopernik w Warszawie.

Na razie wybieram roller cloaster, ale rezygnuję z jazdy równie szybko jak ze skoku na bungee (Boże, kto przy zdrowych zmysłach to w ogóle robi!) i przejścia nad wąwozem. Tylko ja i lina, wystarczy jednak spojrzenie w dół, by lęk wysokości kazał znów kliknąć. Zostaję więc bobsleistką, ale wyścigi z prędkością ponad 100 km/h na torze saneczkowym dla kobiety w moim wieku to też lekka przesada.

Kraty. Jestem w amerykańskim więzieniu – wiem, że to amerykańskie, bo film jest Discovery. Poza tym są Murzyni o gabarytach Johna Coffeya z „Zielonej Mili”. Stoję z nimi twarzą w twarz, raz jestem kamerą przy suficie, raz robalem obok buta więźnia, już białego, który, widzę to wyraźnie, wyjął jakąś szpilkę i chce otworzyć kajdanki. Chwilę patrzę, jak się z nimi mocuje, ale za dużo tu testosteronu. Znów klikam.

Płynę więc gondolą w Wenecji, zwiedzam Walię i karmię gołębie na placu świętego Piotra. Ta formuła mi odpowiada. Już wiem, że na emeryturze usiądę na własnej „kanapie szczęścia”, założę gogle, które będą równie powszechne jak teraz komórki i wybiorę z półki kawałek świata, który chcę zobaczyć. Bez biur podróży, rezerwacji w hotelach, czekania na lotnisku, przelotu, zmęczenia. Za darmo. Bezpiecznie. To się dzieje.

Potem jadę rowerem mostem świętokrzyskim, a potem surfuję na desce na oceanie na Hawajach. Polska technologia nieco gorsza, więc i doznania już nie te, w sam raz dla mnie. Jest podniebna huśtawka, z której można oglądać Warszawę z lotu ptaka. Potem stoję na wieży, z której widzę stolicę w XI wieku. Bagna i lasy. Przenoszę się w kolejne stulecia, znów polska technologia, więc do doskonałości daleko, ale chłopaki się starają. Kończy się na ’44, same zgliszcza.

Oglądam pierwszy polski serial w technologii 360 st. Para nie do pary z Magdaleną Różdżką i Paweł Małaszyńskim. Odcinek dzieje się w barze, siedzę jakby na ladzie i oglądam, co się dzieje wokół mnie. Patrzę na kieliszki, browary, dokładnie widzę tablice, szyldy, każdą naklejkę na drzwiach. Nawet jakby Małaszyński rzucił chusteczkę na podłogę, to też bym ją widziała. Treść dla gimbazy, ale gdyby to był na przykład „Wołyń”, uu, można umrzeć.

Ale to wszystko zabawa, rozrywka, czasem pouczająca i ekscytująca, bo przecież pewnych rzeczy człowiek nigdy nie miał, czy nie będzie miał okazji w życiu zrobić, a czasem jak Tilt Brush, nie wiadomo, czemu służąca. WR czyli virtual reality, wirtualna rzeczywistość, staje się rzeczywistością. Na razie jesteśmy pewnie na etapie pierwszych Atari, ale dobrze pamiętamy, jak wyglądały nasze pierwsze komórki, a jak wyglądają obecnie. Ile to lat zaledwie minęło?

Zaletę VR wykorzystują już np. deweloperzy. W ziemi jeszcze dziura, ale oni już tworzą wirtualne bloki, które za chwilę wybudują, mieszkania, które ich klienci mogą już oglądać. Wyjść na balkon na przykład i zobaczyć, jaki jest widok z okna. Albo czy z pokoju do kuchni nie jest jednak za daleko. – Zastosowanie VR to przede wszystkim skrócony czas transakcji – mówi Andżelika Sokół, rzecznik prasowy HomeBroker. -Na razie działamy w ten sposób tylko na rynku wtórnym i tylko w Warszawie i Trójmieście, ale to dopiero początek.

Zakładam gogle i klikam w interesujące mnie okienko. Jestem w jakimś wypasionym domu na sprzedaż pod Warszawą. Oglądam ogród, wchodzę do pomieszczeń. Jestem na górze i na dole. Potem mieszkanie w centrum stolicy. Stoję w kuchni, oglądam wyposażenie, przechodzę do innych pokoi. Potem znów klikam.

Jak się robi taki wirtualny spacer? Można wynająć fotografa sferycznego z Google, można kupić własną kamerkę sferyczną wielkości pilota do TV, koszt około 1.300 zł dobrej marki, można wreszcie ściągnąć aplikację na własnego smartfona. I działać.

Być kimś innym, lepszym, mądrzejszym i ładniejszym; a może po prostu być kimś – to marzenie wielu. Film „Awatar” to odpowiedź na te marzenia. VR to wielka nadzieja dla osób niepełnosprawnych, o zaniżonej samoocenie, walczących z fobiami. 

W wymyślaniu sytuacji ogranicza nas tylko fantazja. Wszystko, co wymyślisz, będzie za chwilę na dotknięcie ręki.

Na VR można też zarobić. Opowiadali o tym kolejni prelegenci, m. in.: Adam Stachowski, producent wideo 360 st. i filmowiec, Marcin Wiśniewski, dyrektor w firmie i3D, będącej prekursorem technologii VR, i który VR stosuje w szkoleniach dla profesjonalistów Andrzej Horoch, prezes Grupy Workroom, który opracowywał strategię komunikacji oraz kreację reklamową dla największych deweloperów, Piotr Łój, producent filmów sferycznych wideo 360 st., organizator weekendów kreatywnych DigUp StartUp wspierających innowatorów, założyciel m. in. Fundacji Virtual Dream, Barbara Berkan, współzałożycielka Mimo VR, pierwszej na rynku polskim wyspecjalizowanej w tworzeniu treści i wdrażaniu technologii VR oraz wideo 360 st.

Jakub Ruszała założył firmę 11th Dimension, to chyba do obejrzenia jego „wirtualnego doświadczenia”, jak to nazywa, ustawiały się najdłuższe kolejki. Eksploracja obrazów Zdzisława Beksińskiego – czyż można zrobić sobie lepszą promocję?

- Pomysł zrodził się z fascynacji grami komputerowymi oraz samym Beksińskim – mówi Jakub Ruszała. – Pojechałem do Sanoka, gdzie mieści się Galeria Zdzisława Beksińskiego i zapytałem, czy są zainteresowani promocją artysty. Powiedziałem, co chciałbym zrobić. Początkowo byli lekko nieufni, ale ostatecznie się przekonali. Uzyskałem ich zgodę i mogłem zająć się „wirtualnym doświadczeniem”.

Czy ktoś był we wnętrzu obrazu, który tylko wisząc na ścianie i tak robi niesamowite wrażenie? Pan Jakub tak opracował spacer, że z drżeniem serca przechodzimy do kolejnych pomieszczeń. Gdy wchodzimy do pokoju, gdzie nad kołyską pochyla się Śmierć bez twarzy, bo w zarzuconej na głowę chustce, a wokół latają wrony, drżenie ciała trudno opanować. Powoli powoli zbliżamy się do alegorii, by równie powoli zajrzeć do wnętrza kołyski – ale tam tylko czeluść bezdenna, którą przechodzimy do kolejnego obrazu artysty. Beksiński byłby zachwycony. 

Ja VR też jestem zachwycona. 

3 i 4 listopada Warszawa stanie się europejską stolicą wirtualnej rzeczywistości. Podczas dwudniowej konferencji w Centrum Nauki Kopernik uczestnicy będą słuchali ekspertów, zapoznają się z najnowszymi trendami oraz dowiedzą się, jak może wyglądać przyszłość społeczeństw dzięki technologii VR.

54beaf81210b6kadr_o

Taką reklamę przeczytałam kilka tygodni temu w gazecie i postanowiłam w tym kongresie, jako dziennikarz, uczestniczyć. Mam już akredytację i w czwartek, 3 listopada, jadę do stolicy. Dlaczego mnie to zainteresowało? Bo mało co z VR (virtual reality) rozumiem. Ale po dwóch dniach zgłębiania wiedzy mam nadzieję wiedzieć więcej. Tą wiedzą, prostym językiem, się z Wami podzielę.

Gdyby ktoś był jednak chętny (niestety, bilety są bardzo drogie – na szczęście jako dziennikarz za akredytację nie płacę), to może jeszcze uczestniczyć w tym kongresie. Poniżej kilka oficjalnych słów na temat European VR Congress.

„European VR Congress to pierwsza konferencja w Polsce, która tak przekrojowo podchodzi do wirtualnej rzeczywistości. Kongres gościć będzie czołowych producentów sprzętu oraz twórców najbardziej innowacyjnych produkcji VR z Polski oraz z zagranicy.

Podczas prelekcji i debat prowadzonych przez zaproszonych ekspertów dowiemy się między innymi o wpływie VR na telewizję i kino. Postawione zostanie pytanie: czy media, w znanym dla nas formacie, przestaną w przyszłości istnieć? Czy relacje live w technice 360 zmienią nasze traktowanie rozrywki sportowej lub odbiór kultury. Jak VR przydaje się psychologom w leczeniu fobii i nieuleczalnych wcześniej traum. Zastanowimy się, jak VR może zmienić nasze kontakty z najbliższymi ludźmi, nasża pracę i czas wolny.

Prelegenci kongresu to eksperci, praktycy i wizjonerzy technologii. Wśród nich są Kelli Peter – International Account Director w Discovery Agency, która opowie o początkach, rozwoju i doświadczeniach w wykorzystywaniu VR przez Discovery; Marcin Łunkiewicz, który wprowadzi gości za kulisy tworzenia pierwszego serialu w 360° „Para Nie do Pary” oraz Barbara Berkan – współzałożyciel Mimo VR, która opowie, jak myśleć o VR, by przynosił finansowe korzyści. Swoje wykłady poprowadzą również: Katarzyna Jaklewicz – dyrektor Działu Rozwoju Cyfrowego Gazety Wyborczej, Paweł Surgiel – założyciel i CEO firmy BIVROST, Jakub Pędziwiatr – Prezes Lemon&Orange oraz wielu innych ekspertów o niezwykle bogatym port folio.

Równolegle do części teoretycznej odbywać się będzie expo, gdzie będzie można doświadczyć, co oznacza zanurzenie w wirtualną rzeczywistość i na co stać dziś producentów tej branży. Uczestnicy będą mogli przetestować najnowszą kamerę sferyczną Ricoh THETA S 360, a dzięki Home Broker SA i Wnętrza 3D zapoznają się z rzeczywistym wyglądem mieszkania, siedząc wygodnie w fotelu na stoisku firm.

Do przetestowania będzie też aplikacja VR Visio ‘Cadillac’ na Samsung Gear VR. Goście będą mogli również przyjrzeć się Warszawie ze specjalnej „podniebnej huśtawki”, posurfować u wybrzeży Hawajów, stanąć twarzą w twarz z gwiazdami polskiego ekranu oraz wejść do środka obrazów Beksińskiego”.

Mam nadzieję, że będzie mega.


  • RSS