nonsensorka

blog Agnieszki Kubik (pierwszy wpis w lipcu 2012 roku)

I znów każdy dopytuje, jak mi się mieszka na wsi. I jak mi smakuje poranna kawa na tarasie. Kawy na tarasie nie piję z dwóch powodów: po pierwsze nie mam tarasu, po drugie nie mam czasu.

tn_coffee-842020_960_720

Na wsi nie da się w łóżku leniwie poprzeciągać, zwłaszcza latem. Jest tyle do zrobienia! Jak wstanę o 9 to wiem, że wieczorem zabraknie mi dwóch godzin, żeby się ze wszystkim „obrobić”.

atn_20160806_133131Sobotę zaczynam (zwykle) od robienia prania. Upiorna ta czynność przestała być aż tak upiorna odkąd kupiłam suszarkę do ubrań. Teraz z największym praniem jestem w stanie uporać się w ciągu jednego dnia. Prań jest pięć, a nawet sześć, ale co wyjmuję z pralki przerzucam do suszarki i po godzinie czy dwóch wyjmuję piękne, pachnące, niepogniecione i od razu wkładam do szafy. Cudo! Dość wywieszania prania na dworze i biegania z nim po z powrotem do domu, bo oto zaczęło kropić, albo wiatr suszarkę przewrócił, albo pies porwał skarpetkę. Albo ciągle pada i w domu pranie nie chce schnąć, a po dwóch dniach czuję brzydką woń.

Suszarka jest super i cały dzień w duecie z pralką sobie chodzą, więc są tłem dla wszystkiego innego, co robię w weekend w domu na wsi.
Krzątam się po domu. Podlewam i pielęgnuję kwiaty, zarówno te na dworze, jak i w domu. Potem wychodzę z psami (jeśli ktoś czytał wcześniejsze wpisy, to wie, że mam dwa wielkie bydlaki), po drodze zbierając zielsko (zioło) o nazwie wrotycz, który rośnie na mojej wsi pasjami. Ponoć, wyczytałam, ma odstraszać muchy, więc chcę przetestować, czy to prawda.

tn_20160809_080509Poza tym uwielbiam zbierać zioła. Na strychu mam już w wielkich lnianych workach: własną pokrzywę, którą zbierałam cały kwiecień w ekologicznym lasku niedaleko domu, tymianek, majeranek, oregano, czyli po polsku lebiodkę i coś tam jeszcze, już nawet nie pamiętam co. Zaraz będę zbierać skrzyp.

Po powrocie nastawiam psom żarcie. I już jest 11. Mąż wzięty z centrum wielkiego miasta, z bloku, okazał się ognistym farmerem, więc co chwila donosi mi płody ziemi ze swojego ekoogródka.

atn_20160807_095035Na cukinię już wszyscy patrzeć nie możemy (robię z niej nieustająco leczo, zupy-kremy z oregano i placki w trzech wersjach); ogórki na okrągło kiszę lub robię w sosie musztardowo-miodowym, ewentualnie wykorzystuję do sałatki z kus-kus; z bazylii mąż robi rewelacyjne pesto, które jest naszym specialite de la maison; a dzisiaj dodatkowo przyniósł mi tonę pomidorów, które leżą i czekają na przerobienie.

tn_20160809_080334Te malutkie, koktajlowe, okazały się wielkim hitem, a sałatka z nich jest rewelacyjna. Mamy też własną cebulę, czosnek, słoneczniki, bób, zieleninę i wszystkie zioła. U rodziców na działce obok mam natomiast fasolę w kilku wersjach, borówki, maliny, jeżyny, czarne porzeczki, śliwki, morele, brzoskwinie, morwę, orzech, itd.; rośnie też winogrono i mnóstwo innych fantastycznych warzyw i owoców, których smak jest nieporównywalny do tych z marketów. Jak to kawałek właściwie uprawianej ziemi potrafi wyżywić, nie do wiary!

Na sobotni obiad robię zupę z cukinii, placki z cukinii, smażone rybki złowione przez mojego brata w jednej z najczystszych rzek w Polsce; do tego jakieś sałatki. Jest 13.

Jutro rodzice robią grilla, więc obiecałam zrobić im dwie sałatki i dwa ciasta. Upiekłam piernik, potem ciasto drożdżowe ze śliwkami, twarożkiem, imbirem i rozmarynem.

chocolate-cake-1552983_960_720Potem zrobiłam jeszcze uwielbiany przez moje nastolatki sernik na zimno z serkami homo oraz malinami i borówkami. Sałatki zrobię jutro, przed samym grillem, żeby były świeżutkie. Jest 16 i muszę położyć się na godzinę, bo tak mam i już.

red-currant-1508506_960_720O 17 jadę na zakupy do miasta, wracam o 19, daję psom jeść (na spacer wychodzi z nimi mąż) i zabieram się za nalewki.

tn_20160821_093249tn_20160817_083320_1

 

 

Kocham robić nalewki. Co roku je robię. W tym mam już truskawkową z miętą (wszystko z własnego ogródka), malinówkę (też), czosnkówkę i dwie różnego rodzaju wiśniówki. Dzisiaj zrobiłam natomiast likier z cukierków-kukułek, będzie na babskie wieczory lub na prezencik dla koleżanek.

Czeka mnie jeszcze jeżynówka, orzechówka i pigwówka. Jest po 20, a ja muszę jeszcze sprzątnąć, co przy 180 mkw. nie jest takie proste. Odkurzam tylko, jutro pomyję łazienki i zmyję chałupę na mokro, co i tak jest próżną robotą przy psach i ludziach ciągle kręcących się między domem, a podwórzem. Jak to na wsi. Jest 21.30, dzwonię do koleżanki na plotting. Po 22 oglądam TV, ale oczywiście mam wrażenie, że mnóstwa rzeczy nie zrobiłam.

tn_20160821_120601Powinnam popisać, ale o tej porze nie bardzo mi się chce. Cały czas mam w planach napisać posty o: Orianie Fallaci i zalewie islamu; kilku fajnych wydarzeniach artystycznych, które „zaliczyłam” i kilku fajnych książkach, które przeczytałam i chciałabym polecić ich lekturę innym oraz o matkach, które nie pozwalają spotykać się swoim dzieciom z ich ojcami.

tn_coffee-1159011_960_720Jeszcze a propos kawy.

Raz czy drugi zrobiłam ją z rana w sobotę dla siebie i męża. Starałam się ją celebrować: piłam powoli i majestatycznie przeglądając ostatni numer ekskluzywnego pisma dla kobiet (tak naprawdę cały czas myślałam, żeby wreszcie wyjąć pranie z suszarki, bo inteligentny sprzęt od dłuższego czasu sygnalizował, że skończył swoją pracę), gdy tymczasem mój mąż wpadł ze swojej działki z cukiniami pod pachą, złapał kawę, wypił ją jednym haustem i nawet na mnie nie spoglądając znowu pobiegł do ogródka. I to była moja „kawa na tarasie”…

Kolejna studniówka i kolejne zdjęcia do zrobienia. Para za parą, piękni, młodzi, eleganccy, roześmiani – młodość. Do głowy mi nie przychodzi, że jedno z tych zdjęć rok później będzie nagrobnym dla jednego z nich. No bo skąd?

Rodzice w czerni, nie wiadomo nawet jak pocieszyć. Znam takich rodziców, w swojej pracy miałam z nimi kontakt nie raz i nie dwa. Zero nadziei w oczach. Ciągle tylko płacz i łzy. Życie nie ma już żadnego sensu. Żadnego.

Ci od Michała od kilku lat stają na głowie, by znaleźć kierowcę, który potrącił ich syna. Jechał rowerem do swojej babci mieszkającej kilka domów dalej. Tym razem nie dojechał. Kierowca uciekł z miejsca wypadku, nie udzielił pierwszej pomocy. Policja szuka go do tej pory, ale kamień w wodę. Najgorsze, że jedynak. Pokój ze storczykami, śladu kurzu. A ojciec z dużym biznesem, syn miał przejąć. Po co żyć?

Ci od Moniki są przekonani, że ukochaną córkę otruł arszenikiem zięć, ale dowodów brak. Poszlaki to mało, aby skazać człowieka, a śledczy popełnili tyle błędów, że nigdy już chyba nie dowiedzą się, jak było. Na grobie zawsze świeże kwiaty i jeśli rozmowa, to tylko na jeden temat.

Ci od Łukasza muszą żyć dla małej córeczki, która NIC nie rozumie. Nigdy sobie nie wybaczą, że poprosili syna, by wsiadł na motor i pojechał do apteki po leki dla małej, jakieś przeciwalergiczne. Przejechał go samochód ciężarowy. Przecież obyliby się bez tych lekarstw – gdyby choć jedno z nich miało jakieś przeczucie.

Ci od Konrada właśnie przeprowadzili się do własnego wymarzonego domu. Cudny, na nic nie pożałowane. W pokoju Konrada nawet jakieś wodne fontanny na ścianach, pokój-marzenie dla każdego nastolatka. Dwa tygodnie później Konrad przechodził przez tory, chyba miał słuchawki na uszach, chyba nie usłyszał i pociąg go przejechał. Całe miasto płakało.

Ci od Piotrka, Tomka, Jędrka, Emila i Eryka (pięciu jechało samochodem z dyskoteki) pokazywali ich pokoje – jedne wypasione, inne biedne. — Wyśniło mi się pani redaktor – płakała babcia Emila i Jędrka – wyśniło mi się; oba mi się pokazały i mówią do mnie: Babciu, my zabite jesteśmy!… Do dziś pamiętam te słowa. Na drzewie, w które uderzyli, ojciec jednego z nich przybił pięć krzyży. Po roku trasę tam budowali, drzewo wycięli, a co się stało z krzyżami – nie wiem.

Matka Malwiny cały czas powtarzała Zdrowaś Mario, mówi, że tylko to ją uspokajało. Ale nic nie uspokoi, jeśli twoja własna córka dostaje 30 ciosów nożem w biały dzień od swojego chłopaka, z którym właśnie zerwała. Gdy przyszedł ją, matkę, pocieszyć jeszcze nie wiedziała, że to on. Płakali razem. Teraz on siedzi w więzieniu, a ona prawie nie żyje. Nie ma dla kogo.

Ci, co przyszli do redakcji po zdjęcie, też stracili syna z powodu zawiedzionej miłości. — Student, jeszcze tydzień wcześniej zakochani w sobie, a potem ona z nim zerwała – mówiła mama, ale nie wiem, czy wiedziała, co się wokół niej dzieje. — Nie winię dziewczyny, uczucia są zmienne. Nie powinniśmy go zostawiać z tym problem samego…

Szukam zdjęć z tej studniówki sprzed roku („widzieliśmy je w internecie, chcemy oryginał, żeby na grób zrobić, bo ładniejszego nie mamy”), przeglądamy kolejne pary. — O ten, to nasz syn – mówi ojciec. — Był… — poprawia go żona i zalewa się łzami. — Jest! Zawsze będzie naszym synem – mówi ojciec. — Z nią, to ona… – dodaje patrząc na zdjęcie i czekając na słowa, których nigdy nie usłyszą „to tylko sen, wróćcie do domu, syn na was czeka”.

Duśdać” – co to za słowo? Jak to w ogóle przetłumaczyć na język obcy? Moja matka duśda ostatnio schab, aby później wsadzić go w pończochę i powiesić w spiżarni – karmi nas nim na okrągło, więc powiedziałam już pani Idzi, żeby na przyszłość matce nie podsuwała tych swoich odkrywczych przepisów, bo nie dość, że muszę jeść mięso z pończochy, wypranej oczywiście, ale źle się kojarzy, to jeszcze ciągle słyszę, jak matka „duśda” ten schab. – Wiesz, bo trzeba wziąć sól i cukier, i tak duśdać i duśdać w misce, żeby mięso ładnie przeszło – opowiada mi za każdym razem. – To duśdanie jest bardzo ważne, jak nie wyduśdasz, to będzie klops.

Zaintrygowana wyguglałam i duśdać to znaczy „ugniatać”, ale też „umęczyć”, „wybujać, wykołysać”, a jeśli zmienimy „duśdać” na „duźdać” – to już pojawia się kontekst erotyczny.

W takim razie duśdani jesteśmy wszyscy i na okrągło.

Matka, emerytka, duśdana jest przez ZUS czyli państwo polskie. Po 30 latach pracy ma niecały tysiąc złotych miesięcznie, a niedawno dostała 1 zł podwyżki. Znaczek na kopertę, w której znalazła się informacja o podwyżce, kosztował 1,50 zł.

Ojciec też uznał, że został wyduśdany, zresztą jak prawie pół Polski. Banki zwiększają koszty bycia ich klientem. Aby o tym poinformować przysyłają listy. List waży 37 gram, cztery kartki formatu A4. Taki list przyszedł właśnie do mojego Ojca, oddzielnie do mojej Mamy, do mnie i do mojego męża, oddzielnie do każdego klienta, a jeśli wierzyć zapewnieniom tego akurat banku, to ma ich 8,9 mln. Razy 37 gram co daje ponad 320 ton papieru, nie mówiąc o kopertach, znaczkach i ludziach, którzy muszą to wszystko wysyłać? Ile drzew wycięto, żeby nas poinformować o zmianach stawek z wysokich na wyższe, bo trzeba patologii dzieci sfinansować (tu moje zdanie pozostaje niezmienne).

Duśdają nas kredyty, to oczywiste. Tu z kolei wszystkiemu winne domy pod miastem. Z labradorem. Z trawniczkami równo przystrzyżonymi, z bijącą po oczach zielenią, sztuczną niemalże. Z podjazdem z kostki, z autem najlepiej wypasionym. Z dużymi oknami, w których firanki z gipiury. Obowiązkowo ze storczykiem. Z klinkieru wszystko, albo z kamienia, albo z drewna. Coś przypominającego babciną wieś, stylizowanego. Z dachówką czerwoną albo czarną. Wszystko na kredyt, prawie u wszystkich.

Kredyt determinuje wolność i możliwość wyboru. Nie masz wolności i możliwości wyboru, jeśli musisz co miesiąc przelewać grube pieniądze do banku. Jak smokowi, który pochłania swoją daninę, wiedząc, że jeśli nie dasz, połknie cię w całości.

Patrzę na ludzi i po twarzy widzę, kto przez życie idzie z kredytem. Widać to po podejmowanych decyzjach, po ciszy na spotkaniach z szefem, po (nie)spędzanych wakacjach.

Co z tego, że masz, skoro nie masz? Żyjesz i pracujesz, ale nie cieszysz się, że żyjesz i pracujesz, bo kruchość życia i pracy przeraża się każdego dnia. Będę miał dla smoka? Uf, mam. Wyduśdał mnie, ale mam.

Duśda mnie Orange, któremu co miesiąc płacę, a internet, który Orange mi rzekomo gwarantuje, dociera na moją wieś jak mu pasuje, czyli raz jest, a trzy razy nie; duśdają mnie ubezpieczyciele, operatorzy i wszelkiej maści usługodawcy; duśda mnie rząd Szydło, której wydaje się, że Polska trafiła na niekończące się złoża ropy naftowej, jak nie przymierzając Kuwejt w roku 1938, i co parę miesięcy obwieszcza nowy program polepszenia warunków życia rodaków; duśdają mnie media, które coraz mniej rozumiem; politycy, na których nie mogę patrzeć. Takich przykładów mogę wymieniać jeszcze wiele. Mam wrażenie, że każdego dnia ktoś mnie duśda – i w sumie znalazłam właściwy synonim na słowo duśdać – inaczej przeczołgać.

Czuję się przeczołgiwana, a ponieważ jestem dziennikarzem, przeczołgiwanie jest zwielokrotnione przez doświadczenia wielu ludzi, którzy przychodzą do mnie czy do redakcji i opowiadają, jak oni są duśdani. Ma wrażenie, że im biedniejsi i mniej zaradni, tym bardziej.

Ot, taki sobie tekścik o duśdaniu.

Tytuł miał brzmieć: Nie bierz psa ze schroniska, ale pomyślałam, że może istnieje kilka psów, które nawet wzięte ze schroniska mogą się okazać fajne, mądre, ciepłe i bezproblemowe, więc nie mogę uogólniać.

Ja mam w zasadzie same złe doświadczenia. Więc zanim weźmiesz takiego psa, przeczytaj.

 Stereotyp jest taki; idziesz do schroniska, wszystkie pieski wypatrują cię jak zbawienia, więc jak już któregoś weźmiesz, to będzie ci wdzięczny do końca życia, a ty zyskasz przyjaciela. Będzie się do ciebie łasił, a ty, siedząc na progu swojego domu, będziesz go głaskać po mordce i podsuwać smakołyki. Idylla. Real tymczasem rządzi się prawem Murphy’ego, które głosi, że jak coś ma się popieprzyć, to się na pewno popieprzy.

Po przeprowadzce na wieś do wielkiego domu z wielkim ogrodem uległam córce, która naoglądała się filmików na youtube z idyllicznymi psami w tle. W domu mieliśmy już jacka russel terriera, chowanego od szczeniaka, więc jakieś doświadczenie z psami miałam.

Pojechaliśmy do schroniska raz, drugi i trzeci. Małgosia mówiła, że między nami a psem ma zaiskrzyć. Ale nic nie iskrzyło, a wybierane przez nas psy okazywały się, zdaniem pracowników schroniska, „felerne”: albo za stare, albo chore, albo wyskakujące przez ogrodzenie, albo, co najistotniejsze, miały nie akceptować innych psów. Po dwóch tygodniach stwierdziliśmy więc, że bierzemy jakiegokolwiek psiaka. Opisywałam to już na tym blogu.

Psa przywieźliśmy w sobotę, a już w niedzielę rano przeskoczył przez ogrodzenie i tyle go widzieliśmy. Szukanie po wsi, przyprowadzanie, potem znów ucieczka – i tak na okrągło. Pluto w ogóle nas nie słuchał – nawet nie o to chodzi, że nie był posłuszny, ale on w ogóle nie reagował na nasz głos, niezależnie czy go karciliśmy czy chwaliliśmy. Głaskanie, przytulanie, pochwała, itd. nie sprawiały mu przyjemności. Pierwsze miesiące były bardzo chaotyczne – Pluto uciekał sobie kiedy chciał, wracał wieczorami na miskę jadła, potem spał, gdzie mu pasowało, choć wielka buda czekała na niego wielkim otworem. Przeszczekiwał się z psem sąsiada, a bieganie wzdłuż siatki i jazgotanie było na porządku dziennym. Coraz częściej dołączał do nich nasz mały terrier. Czasem myślałam, że oszaleję.

Pluto był łagodny, ale z drugiej strony skąd mogłam mieć pewność, że taki właśnie jest? W zasadzie go nie znałam, nie znałam też jego przeszłości. Siedział pod bramą od strony ulicy i rowerzyści czy spacerowicze spoglądali na niego z przestrachem. Skarg nie było, ale wiedziałam, że to kwestia czasu. Od czasu do czasu wiązaliśmy go na łańcuchu, ale Małgosia powiedziała, że od łańcucha psom się wichruje psychika… Kojec był w planach, bo ciągle nam się wydawało, że go okiełznamy.

Po paru miesiącach, w grudniu, z jednej ze swoich wycieczek Pluto przyprowadził wielkiego, czarnego, pięknego labradora. Dałam ogłoszenie do gazety, wrzuciłam info na fejsa – cisza. Najpierw go odganialiśmy – sąsiedzi obok również – ale że wyskoczyły mrozy po -20 stopni, żal nam się go zrobiło. Poza tym nawet jak go odganialiśmy, to nauczył się od Pluto pięknie przeskakiwać ogrodzenie. Na naszą stronę.

I w zasadzie od podania — w odruchu serca — miski strawy bidnej przybłędzie, stajesz się jego właścicielem. Choćbyś nie chciał. Gdy za jakiś czas labrador poturbował nieco sąsiada (zaraz do tego dojdę), który wcześniej go przepędzał, to rozeźlony sąsiad wezwał policję. Dostaliśmy mandat, żeśmy labradora nie upilnowali, a w dodatku nie zaszczepili.

Mieliśmy więc dwa psy i morze udręk z tego tytułu. Teraz obydwa przeskakiwały przez ogrodzenie, biegały całe dnie szczęśliwe po wsi, wracały wieczorami na strawę, spały w ogrodzie, gdzie chciały – ale zawsze w siebie wtulone – a następnego dnia wszystko zaczynało się od nowa. W końcu, gdy ludzie zaczęli dawać do zrozumienia, że dwa wielkie psy biegające wokół posesji budzą strach, zrobiliśmy kojec. Tydzień zajęło im rozpracowanie, jak z niego wyskoczyć, choć wydawało się to niemożliwe! Zrobiliśmy więc zadaszenie.

Psy w kojcu oznaczały codzienne spacery, czego wcześniej nie braliśmy pod uwagę. W końcu był wielki ogród i biorąc Pluto ze schroniska myślałam, że będzie sobie biegał po nim szczęśliwy.

Wychodziliśmy więc z Pluto na spacery, a labrador, który przecież nie był „nasz”, biegał wokół wyprowadzanego na smyczy Pluto luzem.

W Wielki Piątek wieczorem Pluto wyczuł w lasku obok nas sarnę, przegryzł – nie zerwał, ale przegryzł – smycz i tyle go widziałam. Czarny za nim. Czekaliśmy do 1 w nocy na ich powrót, by zamknąć w kojcu, ale na próżno. Rano w Wielką Sobotę pod domem czekała już policja. Okazało się, że psy wróciły i gdy o 5 rano sąsiad wyszedł na spacer ze swoim psem, czworonogi próbowały ustalić hierarchię ważności. Mimo, że niejednokrotnie sąsiad w takiej właśnie konfiguracji na spacery już wychodził (jego pies i nasze dwa biegające wokół), tym razem Pluto rzucił się na psa sąsiada. Ten próbował go obronić, wtedy do akcji wkroczył Czarny i sąsiad został pogryziony w rękę i trochę w nogę.

Myślałam, że zapadnę się pod ziemię, a psy uśpię, albo przywiążę w lesie do drzewa i zostawię. W tym momencie rozumiałam ludzi, którzy tak z psami postępują. Sąsiad miał założone szwy, a my dostaliśmy mandat. Potem była cała procedura z weterynarzem, który musiał obserwować Czarnego, czy nie jest wściekły. Musieliśmy go zaszczepić. Była obawa, że możemy dostać karę z inspektoratu w wysokości nawet 5 tysięcy złotych. Dobrze, że sąsiadowi nic poważnego się nie stało, ale nasze relacje zostały mocno nadszarpnięte i chociaż nic do siebie nie mamy, to jednak psy stanęły między nami jak cień.

Ostatecznie zwierzaki cały czas przebywają w kojcu, a my musieliśmy nauczyć się wychodzić na smyczach z dwoma psami naraz. To wcale nie takie proste.

Mamy więc dwa psy (trzeci w domu, ten to ma charakterek!), ale nie ma z nich ani żadnego pożytku, ani radości. Jeśli w swojej naiwności sądziłam, że biorę psa ze schroniska po to, by biegał po ogrodzie i „pilnował domu”, albo był nam wdzięczny, że go pokochaliśmy, to szybko musiałam się z tych naiwności wyleczyć.

Rano trzeba z nimi wyjść ( co oznacza użeranie się z dwoma bydlakami, które w ogóle cię nie zauważają i w ogóle nie słuchają, za to wyrywają się do wszystkiego, co idzie, biega, fruwa, itd. – aha, i uwielbiają kopać doły w naszym ogrodzie!), potem siłą je zapędzić do kojca, bo oczywiście nie mają ochoty tam wracać; wieczorem daję im karmę, ale trzy razy w tygodniu gotuję mięso z ryżem i włoszczyzną, potem znowu spacer. W weekendy na spacery wychodzimy częściej. Dbamy o nie jak umiemy najlepiej, myślę, że mają u nas bardzo dobrze. Pluto jakby się trochę wyciszył (zwykle miał ADHD) i chyba sprawia mu frajdę, że ma uporządkowane życie. Zaczął nawet słuchać, czyli od czasu do czasu skupia na nas swój wzrok. Czarny jest mniej szczęśliwy, chętnie by uciekł — z drugiej strony może nie powinnam mu tego zabronić, bo w końcu jak kiedyś do nas przyszedł, tak może kiedyś odejść. Ale jak czasem się urywa (zanim założy mu się smycz, to wyskakuje przez ogrodzenie), to po pół godziny wraca. Pewnie do ukochanego Pluto, a nie do nas.

Uważam, że w schroniskach przebywają nie biedne psiaczki, którym trzeba nieba przychylić, tylko niezsocjalizowane (oczywiście to wina ludzi) czworonogi, które tylko czekają, jak tu czmychnąć i poczuć zew wolności. Bo dlaczego niby znalazły się w schronisku? Gdyby były miłe, posłuszne i kochane, miałyby właścicieli. Oczywiście jest to wszystko bardziej skomplikowane, ale nie wchodzę w szczegóły, bo to zwykły wpis, a nie książka.  

Zanim weźmiesz psa ze schroniska (ja teraz tak bym zrobiła) przetestuj go przez tydzień czy dwa. Weź do domu na próbę. Mnie tego nikt nie zaproponował, a szkoda. Nie czyń sobie wyrzutów, że oddajesz go  z powrotem, gdyż nie spełnił oczekiwań.  To jest twój pies na najbliższe kilka lat, więc masz prawo wybrać tego najodpowiedniejszego. To nie pracownicy schroniska, ale ty, będziesz z nim mieszkać, dzielić swój dom i czas. Pomijam koszty utrzymania psa, bo decydując się na czworonoga chyba każdy się z tym liczy. 

To są moje doświadczenia, każdy ma inne. Psy zdominowały nasze życie pod każdym względem, w zasadzie od roku – bo już niedługo minie rok od wzięcia Pluto – wszystko kręci się wokół tych czworonogów. Czy było warto je przygarnąć? Uważam, że nie, ale łudzę się, że z każdym rokiem będzie lepiej. 

Za miesiąc jedziemy na wakacje. Co zrobić z trzema psami?

Od 2004 studenci i doktoranci historii Uniwersytetu Pedagogicznego, pod kierunkiem dra Huberta Chudzio, prowadzą badania dotyczące przymusowych migracji ludności polskiej. Od 2008 roku, w ramach projektu „Z mrozów Syberii pod słońce Afryki”, członkowie Studenckiego Koła Naukowego Historyków UP, prowadzą działalność związaną z badaniem i popularyzacją tematu afrykańskich osiedli polskich tułaczy.

Podczas ekspedycji naukowej do Tanzanii i Ugandy stworzyli profesjonalną dokumentację filmową, fotograficzną i kartograficzną cmentarzy w Tengeru w Tanzanii, Koji i Masindi w Ugandzie. Podczas ekspedycji członkowie misji przeprowadzili również prace renowacyjne i porządkowe. – Podczas naszego pobytu w misji Don Bosco, w Namugongo koło stolicy Ugandy Kampali, spotkaliśmy Tomka Kaczmarka – wolontariusza z Polski – mówi Mariusz Solarz. – Gdy poznał cel naszej misji i historię polskich Sybiraków w Afryce, postanowił samodzielnie kontynuować nasz projekt. Po rocznym wolontariacie w salezjańskim ośrodku ruszył do Tanzanii, gdzie dotarł do czterech miejsc, w których w latach 40. XX wieku znajdowały się polskie osiedla. W jednym z nich, Kigoma, nie było już śladu, ani po polskim osiedlu, ani po cmentarzu. W trzech innych miejscowościach – Ifunda, Kidugala, Morogoro – Tomek wykonał świetną pracę dokumentacyjną. Jej wyniki przesłał do zbiorów Centrum Dokumentacji Zsyłek, Wypędzeń i Przesiedleń przy Uniwersytecie Pedagogicznych w Krakowie, któremu szefuje dr Hubert Chudzio. Dzięki temu mogliśmy je opracować i zamieścić na naszej stronie. Zwieńczeniem projektu było zorganizowanie 25 marca 2010 roku konferencji naukowej „Z mrozów Syberii pod słońce Afryki”, gdzie oprócz referatów naukowych, można było wysłuchać relacji wspomnieniowych licznie przybyłych „Sybiraków-Afrykańczyków”.

Do lat 90. temat był wręcz tabu. Trochę się mówiło o generale Władysławie Andersie, nieco więcej o masowych deportacjach do ZSRR. Ale o Afryce ani słowa, choć sybiracy Afrykańczycy, rozproszeni po całym świecie, organizowali co jakiś czas spotkania we Wrocławiu. Ostatnie odbyło się dwa lata temu, i wszystko wskazuje na to, że z przyczyn naturalnych, kolejnych nie będzie. – Nauczyciele wykształcenie w PRL nie zawsze znali temat, nie przekazywali tej wiedzy uczniom – dodaje Mariusz Solarz. – A tymczasem w Afryce przebywało około 120 tysięcy Polaków. To zastanawiające, ze Izrael ma bardzo bogatą dokumentację dotyczącą holocaustu, a Niemcy na temat przesiedlonych. My ten temat odpuściliśmy.

Zajmuje się nim obecnie – oczywiście między innymi – Centrum Dokumentacji Zsyłek, Wypędzeń i Przesiedleń UP w Krakowie. - Wyprawa do Afryki szlakiem sybiraków to niesamowite przeżycie – mówi dr Hubert Chudzio, dyrektor centrum, który na Czarnym Lądzie z misją naukową był już czterokrotnie. – Co można czuć, gdy widzi się kościoły czy budynki dawnych szkół, teatrów, szpitali budowanych przez Polaków, na przykład ten w Massindi, polskie godło, wizerunek Najświętszej Maryi Panny? Mało kto wie, że największe polskie osiedla liczyły po 5 tysięcy mieszkańców, działały tam szkoły powszechne, na przykład gimnazja. Do dziś Tengeru w Tanzanii to „a little Poland”, tak mówią miejscowi. Zajechaliśmy, a u rolnika na podwórku stoi maszt, który był centralnym punktem obozu polskich uchodźców. Odrestaurowaliśmy go. W Zambii w muzeum ich dziedzictwa narodowego jest dział poświęcony Polakom: jakieś misy, buty, łopaty, które Polacy pozostawili, ostatni wyjechali w 1952 roku.

Na bardzo wysokim poziomie działało harcerstwo, było ponad 140 drużyn! Do dziś żyje Zdzisława Wójcik, która była komendantką, kobieta ma 102 lata, a jej życiorys to materiał na niejedną książkę (z Wikipedii: Z nominacji władz Związku Harcerstwa Polskiego została komendantką Chorągwi Afrykańskiej ZHP, kierowała całością pracy harcerskiej w Afryce, wizytowała kolejne osiedla odległe od siebie o setki, a nawet tysiące kilometrów i koordynując pracę lokalnych hufców i drużyn w Kenii, Tanganice, Ugandzie i Rodezji, prowadząc kursy instruktorskie dla drużynowych i zastępowych).

Czy ten wątek był dla Państwa ciekawy? Czekam na opinie. Bo mogę go jeszcze kontynuować, mam sporo materiału. Pozdrawiam serdecznie.  

tn_20160jjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjj229_114652

(…) Matka, żeby zarobić, haftuje kosynki, chustki dla Kazaszek. Kiedyś wyhaftowała całą halkę w sześć tygodni. A przecież okulary gdzieś w tym stepie zgubiła i ledwie widzi, oczy ją bolą i pieką.

Za hafty dostaje kartofle, kapustę. Latem jeździ na sianokosy, ale ma fuchę: jest kucharką. Gdy dzieci zostają same, przyjeżdża beczkowozem do studni w posiołku. Zanim wyciągnie sto wiader, może Teresce warkocze zapleść i porozmawiać z Jurkiem. Ale bezpiecznie nie jest – kiedyś podczas podróży podwodą po stepie napadły na nią wilki i ledwie uszła z życiem.

Tereska poszła do szkoły w Troicku, rosyjskiej. Koło szkoły, na bezkresnym wokół stepie, rosło jedno, jedyne drzewo. Na Boże Narodzenie matka podkradła się nocą, ułamała gałązkę. Dzieci owinęły ją zielonym papierem pociętym na równiutkie paseczki – i była choinka. To był grudzień 1940 roku.

W 41 roku ogłoszono amnestię. Sikorski i Majski podpisali stosowny układ, więc Polacy aresztowani i deportowani w głąb Rosji zostali uwolnieni. Mogli wracać, ale łatwo powiedzieć. Matka wsiadła na podwodę i pojechała 70 kilometrów do Aktiubińska, dzisiaj Aktobe, bo tam były do odebrania dary od Amerykanów. Paczki UNRRA (Organizacji Narodów Zjednoczonych do Spraw Pomocy i Rozwoju) dla ludności cywilnej, żywność z Anglii i Ameryki, dary odzieży ofiarowane przez Polonię amerykańską. Matka została tzw. mężem zaufania, przywoziła i rozdzielała te dary.

Czasem cuda się zdarzają, czasem. Gdy wychodziła z biura w Aktiubińsku zobaczyła męża, który do biura wchodził. Przyjechał z Kola, bo wiedział już, że rodzina przebywa gdzieś w okolicy.

Ale Tereska nie chciała wyjść do tego obcego pana, którego matka przywiozła ze sobą. Uciekła. – Własnego ojca nie poznałam – mówi dzisiaj.

 Generał Anders tworzył Polskie Siły Zbrojne, więc postanowili dołączyć. Nie każdemu dopisywało takie szczęście, inne rodziny nie miały wojskowych i nie miały jak opuścić Troicka. Kolega Mietek na przykład, najstarszy z siedmiorga, dołączył do nich — jego matka płakała, ale wiedziała, że jest nadzieja. Ona z szóstką młodszych została. Mietek przeszedł potem z ojcem Tereski cały szlak, pod Monte Cassino walczył i wojnę przeżył.

 Już w Uzbekistanie ojciec dołączył do wojska, oni byli ludnością cywilną. Zamieszkali u gospodyni, pracowali na polu bawełny. Miejscowi domy mieli dziwne. W „salonie” pośrodku był wykopany dół, wokół dywany, a w dole leżały różyczki. Teraz Tereska wie, że to był popcorn. I tak byli wiecznie głodni.

Trafili do Krasnowodzka. Stamtąd po kilku miesiącach popłynęli przez Morze Kaspijskie do Persji, do Pachlewii. Tereska pamięta, że był jeden okręt i każdy chciał się na niego dostać, jakaś psychoza się ludziom udzieliła, że nie wejdą na pokład; kto silniejszy, ten się pchał. Dziecko wpadło do morza, bo mama chciała, by siusiu zrobiło – poślizgnęło się i poleciało w dół. To pamięta.

Z Pachlewii przewieźli ich do Teheranu. Tam każdy chorował, głównie na dyzenterię, mnóstwo dzieci poumierało. Może dwa tysiące, może więcej. Cmentarz był ogromny, grób przy grobie.

Głód był okropny. Gdy matka zdobyła gdzieś kapustę i zrobiła kilka pierogów to tak się nimi objedli, że aż się z bratem rozchorowali. Biegunka prawie ich zabiła.

Tereska z Jurkiem brała czajnik z wrzątkiem i szukała dziurek w stepie; wlewali tam wodę i łapali co z dziurek wylazło, szczęśliwi, że jest jedzenie.

Tubylcy nie mogli podkarmić? – pytamy naiwnie. No nie mogli, bo sami żyli nędznie. Pola arbuzów pod bronią pilnowali, a baby się biły o bydlęce odchody, bo tylko wysuszonym kiziakiem paliło się w piecach. Bieda piszczała.

 Wtedy matka zachorowała, to był koniec świata. Wywieźli ją do szpitala, dziećmi zajęła się żona jakiegoś wysoko postawionego żołnierza armii Andersa. Ale matki nie było tak długo, że kobieta miała już dość i chciała oddać dzieci do sierocińca. Tereska ją prosiła i prosiła „na wszystkie świętości”, by nie oddawać, i w końcu matka wróciła. To był wylew, albo udar, Tereska nie wie, ale matce pozostał niedowład nogi i ręki.

 Nie było czasu na roztkliwianie się. Przed nimi była Afryka, popłynęli tam okrętem Orion, luksusy nieziemskie, jak wspomina Tereska, trafili do obozu przejściowego nr 2, Morogoro w Tanzanii. Klimat niezdrowy. Potem przejechali do niedalekiej Ifundy. Nawet w Wikipedii tylko kilka zdań o tych miejscach na końcu świata.

Morogoro musiało być dużym miastem, dziś liczy ponad 300 tysięcy mieszkańców. Ifunda to jakaś mieścina. Tam matka Tereski zmarła. Tyfus i malaria. — W nocy nas z bratem obudzili i zaprowadzili do szpitala – wspomina Tereska. – Matka leżała za moskitierą, była nieprzytomna i nie mogła złapać powietrza. Jak rano wstałam to już wiedziałam, że nie żyje. Nie powinni nas, dzieci, ściągać do matki w takim stanie. Mam jej obraz w agonii przed oczami, a wolałabym ją pamiętać, jak była zdrowa.

Potem był pogrzeb matki, dużo zdjęć nawet ktoś porobił. Pamięta go jak przez mgłę. Została sama z bratem, tysiące kilometrów od bliskich. Miała 12 lat.

 Sieroty przewożone do innego obozu, do Rongai, do Kenii, znów ponad tysiąc kilometrów. Pamięta cztery duże baraki, siostry nazaretanki, Anglika, który był kierownikiem. I namiastkę normalnego życia. Brat przybiegał z obozu obok, dla chłopców i mówił, Tereska, wypierz mi spodnie. A one twarde, z drelicha, jak blacha. Brała miskę, zimną wodę i prała, cóż było robić. Okrzepła i zahartowała się tak, że nie płakała i nie marudziła. Brała, co życie niosło.

Do Polski nie było po co wracać; na Kresy, do Rosji, gdzie ich własne domy były pozajmowane przez nowych gospodarzy, tym bardziej. W Polsce byli wrogami. Można było emigrować do Anglii, Kanady, Nowej Zelandii, Australii. Niektórym było wszystko jedno, byle rozpocząć nowe życie.

O Tereskę i Jurka upomniała się ciotka, siostra matki, ta, co pakunki im pod wagon podrzuciła. Powiedziała, żeby przyjeżdżali do niej. Dzieci wróciły do Polski, do Olszyny Lubańskiej na Dolnym Śląsku, w grudniu 1947 roku, prawie osiem lat od wyjazdu z Nowogródka. Zaczęło się zwykłe życie, choć nigdy zwykłym już nie było. Osiem lat spędzonych na „nieludzkiej ziemi”; „skradzione dzieciństwo”, strata matki, a także i ojca sprawiło, że była z bratem jak z rozbitej rodziny.

Po latach Tereska mówi, że jej decyzja o powrocie do Polski była wielkim błędem, bo ciotka przechytrzyła ojca, który chciał swoje dzieci sprowadzić do Anglii. Został w końcu sam, bez rodziny. Życie już mu się nie ułożyło, nie mógł darować ciotce, że pozbawiła go dzieci.

Przeszedł cały szlak z armią Andersa, walczył pod Monte Cassino, a potem mieszkał kątem u swojego bratanka, którego żona, Angielka, szczerze nie znosiła. W końcu zamieszkał w ośrodku dla byłych andersowców w Walii. Gdy Renia odwiedziła go po 51 latach, gdy wreszcie można było z Polski legalnie wyjechać, nie narzekał i nie żalił się, ale było widać, że nie jest szczęśliwy.

Był to pewien standard. Jak czytamy w „Historii obecności Polaków w Wielkiej Brytanii” Polskiego Ośrodka Naukowego Uniwersytetu Jagiellońskiego w Londynie, „członkowie Polskich Sił Zbrojnych trwali na wychodźstwie pomimo wyjątkowo trudnej, często wręcz beznadziejnej sytuacji zawodowej i materialnej.

Przed wojną nauka języka angielskiego nie była tak powszechna, zdecydowanie większą popularnością cieszyły się języki francuski i niemiecki. Z tego powodu emigranci, mimo iż w przeważającej części legitymowali się wyższym wykształceniem, zmuszeni byli podejmować się pracy poniżej swych kwalifikacji. I tak np. generał Maczek, nie uzyskawszy z powodów formalnych prawa do brytyjskiej emerytury wojskowej, zarabiał na życie jako kelner w barze (nota bene, którego właścicielem był jego były podkomendny). Generał Sosabowski pracował jako magazynier, a gen. Kazimierz Fabrycy obsługiwał gilotynę do papieru w zakładzie introligatorskim. Podobne „kariery” robiła zdecydowana większość polskiej kadry dowódczej”.

Franciszek Dedeszko-Wierciński, w Nowogródku komisarz Policji Państwowej (wg Wykazu oficerów Policji Państwowej z 1934 roku portalu o przedwojennej policji), zmarł w 1976 roku w Walii. W tym roku syn państwa Kurzawa leci wraz z rodziną na grób dziadka do Walii. Po 40 latach od jego śmierci. cdn.

kadrGdyby dr hab. Hubert Chudzio z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie nie opowiadał studentom na jednym z obozów naukowych o zsyłkach Polaków, między innymi o polskich osiedlach w Afryce, a na koniec nie rzucił – trochę przypadkiem – że można byłoby zorganizować misję badawczą i na Czarny Ląd, gdzie zmarło tysiące naszych krajan, Teresa Kurzawa ze Skierniewic nigdy już nie zobaczyłaby grobu własnej matki.

To był 2008 rok i mało kto zajmował się tematyką polskich sybiraków w Afryce. Jakby nie istniała. Ideę podchwycili trzej studenci doktora Chudzio – Krzysztof Kędziora, Mariusz Solarz, Karol Suchocki – i już kilka miesięcy później misja, wspomagana przez Małopolski Urząd Wojewódzki i Urząd Miasta Krakowa, wyruszyła do Tanzanii i Ugandy. Ekipa dotarła do zapomnianych polskich cmentarzy, które zostały zinwentaryzowane i odrestaurowane. Zdjęcia wrzucono do internetu.

Syn pani Teresy zawołał ją któregoś dnia do komputera: „Zobacz, grób twojej mamy”. – Spojrzałam i mało serce ze wzruszenia mi nie wyskoczyło – mówi 83-letnia dziś skierniewiczanka, która jako dziecko przeżyła zsyłkę na Syberię, a potem przeszła z armią Andersa cały szlak. – Byłam przekonana, że ten grób dawno już nie istnieje.

We wrześniu 1939 roku mała Tereska poszła do szkoły w Nowogródku prowadzonej przez nazaretanki, ale długo się do niej nie nachodziła. Zaledwie kilka dni. Pamięta – szła sama do tej szkoły, to były jeszcze czasy, kiedy rodzice nie trzęśli się tak nad dziećmi. Tereska założyła tornister na plecy i spieszyła się, prawie biegła, żeby zdążyć na pierwszą lekcję. Przed nią wyrosły drzwi do szkoły i klamka – wysoko, wysoko, ledwie jej sięgnęła. 49 latach później, gdy była na wycieczce w Wilnie, odwiedziła swoją pierwszą szkołę w Nowogródku. I dziwiła się, że ta klamka jest tak nisko.

Z perspektywy dziecka w trzydziestym dziewiątym wszystko wyglądało inaczej.

Wojny, która wybuchła daleko w Polsce się nie czuło. Ale 17 września pamięta dobrze. Gdy Rosjanie weszli do Nowogródka, Rosjanki witały ich kwiatami. Matka z ciotką nie mogły tego znieść, uważały je zdrajczynie. Pamięta też, że ojciec z matką zakopywali coś pospiesznie w ogrodzie, jakieś dokumenty, skrzynki. Boże, Jezus i Maryja – słyszała, jak matka ciągle powtarzała.

Ojciec od razu uciekł na Litwę. Pracował jako śledczy w milicji, wiedział, że jest na celowniku. Wsiadł na wóz, pomachał rękę i tyle go widzieli. Ale Litwini oddali go Rosjanom i trafił do Ostaszkowa, a potem – nie wiedzieć czemu – na półwysep Kola, na drugi koniec świata.

Teresa nigdy się nie pytała, nawet po wojnie, gdy spotkali się w Anglii kilkadziesiąt lat później, jak to było, dlaczego i za co. Przez dwa tygodnie chodzili na spacery, jedli razem śniadania, obiady i kolacje, ale ani razu nie podjęli tematu wojny. Jakby jej nie było. Choć gdyby jej nie było, siedzieliby pewnie razem w domu w Nowogródku, a nie w obcej Anglii; w ogrodzie; on bawiłby się z wnukami, a jego żona podawałaby szarlotkę do popołudniowej herbaty.

Matka nie uciekła. Ona, zwykła przedszkolanka, już całą wojnę musiała chronić dwoje dzieci: Tereskę i dwa lata młodszego Jerzego, bo któż, jak nie ona? Faceci mieli trochę lepiej – jeśli w ogóle można użyć takiego sformułowania. Gdy uciekali/byli zabierani/aresztowani, bo walczyli o wolność, równość, braterstwo i niepodległość, losem rodzin martwili się na odległość. Ich głównym problemem było, jak samemu przeżyć i dołączyć do rodziny.

Matki były w innej sytuacji. To one musiały wysłuchiwać płaczu z głodu i zimna własnego dziecka lub dzieci, z przerażeniem sprawdzać ręką, czy czoło nie nazbyt gorące, bo lekarz dwa dni stąd, a śmierć u wezgłowia; to matka tuliła do snu, choć sama pewnie głodna i dusza boli; to ona drżała każdego dnia, co będzie z dziećmi, gdyby jej, nie daj Boże, coś się stało; to matka te słabości codziennie musiała pokonywać, wiedząc, że nie żyje dla samej siebie.

Bronisława Dedeszko-Wiercińska, matka Tereski i Jurka, poświęciła się do samego końca. Zmarła w wielkich cierpieniach w wieku 39 lat. Na Czarnym Lądzie, przeżywszy wcześniej tyle, że niejeden życiorys by obdzielić. Ale jej dzieci przeżyły.

 W lutym 40 roku matkę z Tereską i Jurkiem wywieźli do Kazachstanu. Jak prawie wszystkich Polaków z Nowogródka. Listy układał Żyd – ponoć, bo nikt pewności nie ma, ale tak wszyscy mówili, a głównie ciotka Tereski, siostra matki, która wojnę przeżyła. Żyd – Tereska nie pamięta jego nazwiska, ale może i dobrze – był kowalem w majątku Horodeczna, gdzie mieszkała dziedziczka Szpilewska. Dziedziczka dbała o jego dzieci, bardzo była wszystkim pomocna i życzliwa, a on listy porobił, i ją na niej umieścił. Szpilewska ukrywała się później w domu Tereski, leżała za parawanem. Tyle dziecko pamięta.

Ludzie podejrzewali, że mogą być wywiezieni.

Matka widziała transporty na bocznicy, czekały złowrogo. Którejś nocy przyszli, wybudzili ze snu. Czy dodawać, że na spakowanie mieli pół godziny, a mróz tej zimy trzaskający? Krzyczeli, gdzie orużjo (broń po rosyjsku). – Niechby matka dała im wreszcie te róże – myślało dziecko – to by sobie poszli. „Prędzej, prędzej” – krzyczeli źli panowie, więc matka z ciotką, której Żyd na liście nie umieścił, bo przyjechała właśnie jako położna z Warszawy i nie zdążył – pomagała upychać koce, buty, ubrania.

Do 20 kilo mogli wziąć, więc kobiety zrobiły dwa nieduże pakunki, sołdaci wrzucili to na podwody i pojechali wszyscy na bocznicę. Setki ludzi już tam stały, z małymi dziećmi; płacz, mróz, ktoś woła siku, a ktoś lekarstw nie wziął z domu; ale szybko trzeba wsiadać do wagonu, bo pociąg za chwilę rusza. Nikt nie wie dokąd.

Podczas pierwszej zsyłki wywieziono w głąb Syberii około 140 tysięcy Polaków. W sumie zesłano około 340 tysięcy. Związek Sybiraków przyjmuje, że – wraz z deportacjami w latach 1944–1956 – wywieziono w sumie 1 mln 350 tys. osób. Te liczby wciąż nie są do końca znane. Powiada się, że to zemsta Stalina za rok 1920.

Poupychali ich jak seliodki w boćkie (śledzie w beczce). W rogu była dziura w podłodze na załatwienie potrzeb i gdy pociąg po jakimś czasie stanął – Tereska nie pamięta gdzie i jak – mężczyźni odbili blachę i wciągnęli przez nią jeszcze jeden pakunek, który ciotka dowiozła. Wlazła pod wagon – może strażnicy tego nie zauważyli, a może przymknęli oko.

 Matka miała trzy pakunki i dwoje małych dzieci. Na stacji w Smoleńsku, pamięta, stare babki podawały im wrzątek w dzbankach, bo niektórzy zamarzli już na kość. Ale nie każdy się napił, niektórzy bali się wysiadać, bo nie wiadomo było, kiedy pociąg znów ruszy. I znów jechali, ale Tereska kompletnie nie pamięta, ile. Dzień, dwa, tydzień? Nie przypomni sobie.

W internecie można wyczytać, że z Nowogródka (dzisiaj Białoruś) do Troicka (dzisiaj Rosja) jest około 2.800 kilometrów. Sybiracy pamiętają, że to trzy-cztery tygodnie jazdy. Podróż była preludium do tego, co los miał im jeszcze zgotować. Mieli czas na zahartowanie się, bo najgorsze było dopiero przed nimi.

 Tereska pewnie marudziła, jak to dziecko, pewnie było jej zimno i chciała jeść; pewnie się nudziła i chciała się bawić, a tu trzeba było stać i mama popłakiwała. Dzisiaj nic z tej podróży nie pamięta.

Posiołek Troick, kazachskaja obłast, na pograniczu z Rosją. Baby siedzą i jedzą siemiećki, nasiona słonecznika. Plują łuskwinki, resztę mielą w bezzębnych buziach.

Jakiś dom, piec, gdzie wreszcie można było się ogrzać; jakieś studnie i zwierzęta, wszystko pod jednym dachem. Uzasadnione, bo zimą drzwi nie można otworzyć, tyle śniegu, a zwierzęta trzeba obrządzić. I cieplej z nimi. Bieda, głód. (…) CDN.

  • 12745610_456499827874870_3503931559820886590_n
    • Wiesz, ten Szymon to jest bardzo fajny chłopak – powiedziała mi Mama jakieś 20 lat temu, gdy jeszcze pracowała na poczcie. – Stateczny, rozsądny, pracowity i bardzo wierzący – roztkliwiała się nad nowo przyjętym pracownikiem, który trafił do jej pokoju.

      Potem miałam przyjemność poznać Szymona, podobnie jak poznawałam wcześniej panią Wiesię, Marysię, Jadzię, Zosię, Hanię i inne mamine koleżanki. Rzeczywiście sympatyczny i… małomówny. Siedział za biurkiem i oddawał się monotonnej pracy, słuchając cały dzień opowieści kobitek 50+ o dzieciach, mężach, przepisach kulinarnych, dolegliwościach (kobiecych, a jakże) i o marzeniach dotyczących przejścia na emeryturę. – Wiesz, Szymon poszedł na historię – powiedziała mi któregoś dnia Mama między opowieścią o chorej pani Kazi i niedobrej córce pani Janinki. – Jadzia mi mówiła, że go to zawsze fascynowało i poszedł na zaoczne.

      Kilka lat później Mama odeszła z pracy i kontakt z koleżankami nieco się urwał, z Szymonem również. Od czasu do czasu Mama raportowała mi, co u nich słychać – na przykład Szymonowi urodziło się drugie, a potem trzecie dziecko.

      - Dobra, mogę iść – powiedziałam znudzona w redakcji w kwietniu ubiegłego roku, gdy dostałam zaproszenie z biblioteki na kolejne spotkanie autorskie. „Dziewczyny wyklęte” jakiegoś Nowaka to temat nawet fascynujący, ale tego dnia miałam w planach zupełnie coś innego. Wzięłam jednak aparat i pojechałam, służba nie drużba.

    • Szymon???? – stanęłam wryta widząc siedzącą za stolikiem „koleżankę z Mamy pracy”, bohatera wieczoru autorskiego. Uśmiechnął się skromnie od ucha do ucha i po chwili rozpoczęło się spotkanie.

      Potem pogadaliśmy.

      - Myślałem, że na poczcie doczekam emerytury – śmiał się autor „Dziewczyn wyklętych” oraz wydanych właśnie „Bitew wyklętych”. - Niestety, na poczcie nadeszły ogromne zmiany i nadszedł czas, że musiałem zdecydować: być czy mieć? Wybrałem być. Latem 2013 roku podpisałem tzw. program dobrowolnych odejść i stałem się wolnym człowiekiem. Naprawdę tak to czuję, choć początkowo był wielki niepokój, jak się to wszystko ułoży. Wiara w Boga i ufność, że Ktoś właściwie kieruje naszymi poczynaniami pozwoliła mi jednak podjąć taką właśnie decyzję.

      Znakiem z nieba miał być fakt, że jak wysłał wypowiedzenie z pracy, zadzwonił do niego ktoś z wydawnictwa Fronda, gdzie kilka lat wcześniej złożył jedną ze swoich prac.

      - Obroniłem pracę magisterską pod kierunkiem prof. Tadeusza Rawskiego, który zachęcał nas, byśmy nie pisali do szuflad, ale próbowali wydawać swoje prace – mówił. – Pomny tych rad wysłałem magisterkę do kilku wydawnictw, ale dopiero Infort Edition z Zabrza, cztery lata później, zainteresował się tematem i w 2011 roku, po dwuletnim leżakowaniu, ukazała się moja pierwsza książka „Przyczółek Czerniakowski 1944”. Z kolejnymi książkami „Puszcza Kampinoska-Jaktorów 1944” oraz „Ostatni szturm” poszło już łatwiej.

      Fronda wydała mu z kolei „Oddziały wyklętych”, „Warszawa 1944. Alternatywna historia Powstania Warszawskiego” oraz „Dziewczyny wyklęte” i „Bitwy wyklętych”.

      Szymon Nowak trafił idealnie w czas. Wyklęci, że tak brzydko powiem, są na topie i gdy zbliża się 1 marca, dzień żołnierzy wyklętych, Szymon i jemu podobni są rozrywani. Szymon z racji dwóch świeżutkich książek, z których „Dziewczyny…” odniosły niebywały sukces i właśnie są dodrukowywane, stał się ekspertem zapraszanym do TV, radia, mediów, na wieczory autorskie. Właśnie odbył taki w Warszawie, o czym jestem na gorąco informowano dzięki FB.

      Koleżanka mojej Mamy”, Szymon Nowak, który miał resztę życia spędzić na poczcie stawiając stempelki na przelewach, stał się znanym i cenionym w kraju autorem książek historycznych. Z ich pisania utrzymuje całą rodzinę, żona, z tego, co wiem, pomaga mu w reserchingu.

      Uwielbiam nieprzewidywalność naszego życia.

      Czasem trzeba mu tylko trochę pomóc.

      Szymon, trzymam za Ciebie kciuk i oczywiście z radością oddaję się lekturze Twoich książek.

Snapchat-6147612485659194313received_955057071237559

Jak się mieszka na wsi

To pytanie ciągle słyszę, ale nie umiem na nie odpowiedzieć. Jak się mieszka? Zależy.

Latem mieszka się cudnie i wtedy nie chciałabym się zamienić na dawne mieszkanie w bloku, choć tęsknię za nim bardzo często.

Zimą, gdy plucha, szaro, buro i ponuro, mam dość taplania się w serbinowskim błocie, które roznoszą wszyscy po kolei, ode mnie poczynając, poprzez rodzinkę, na trzech psach kończąc.

Psy – to temat rzeka. Przeprowadzając się na wieś nie przypuszczałam, że będę miała niekończący się serial pod tytułem Moje Psy.

O pierwszych kłopotach pisałam wcześniej, teraz jak to wygląda obecnie.

Pies wzięty ze schroniska, Pluto, z jednej wielu wycieczek po wsi przyprowadził sobie towarzysza, czarnego labradora. Obydwa za sobą przepadają. Najpierw go odganialiśmy, ale że wyskoczyły akurat mrozy po minus 15 stopni, żal nam się go zrobiło i zrobiliśmy mu legowisko. Zresztą bardzo często spały w jednej budzie. Potem wyleczyliśmy mu łapę, bo przestał chodzić. Co nie przeszkadzało mu uciekać razem z Pluto na wieś każdego dnia, a nawet nocą. Czyli niby mieliśmy psy, ale tylko wtedy, gdy one miały na to ochotę.

W końcu zrobiliśmy im wielki kojec i teraz, od tygodnia, nieszczęśni uciekinierzy siedzą zadziwione w nim i kombinują, jak tu pokonać te wyrosłe nagle wokół pręty…

Jak wszyscy wiemy, zgodnie z prawem Murphego pokonanie jednego problemu rodzi kilka następnych. Zamknięcie psów na ograniczonej powierzchni podczas gdy wcześniej przez wiele miesięcy pokonywały ogrodzenie i biegały sobie luzem (wiem, nie ma na to usprawiedliwienia – no może takie, że oba te wielkie niby psy to takie pierdoły życiowe, które boją się własnego cienia) sprawiło, że musimy wychodzić z nimi na spacery, i to dwa razy dziennie.

Oczywiście wieczorem, gdy wracamy, problem jest mniejszy, ale wstać te pół godziny wcześniej z rańca… Z bólem, ale jednak grafik powstał i teraz psiaki wychodzą dwa razy dziennie, czasem częściej – co nie oznacza, że są już szczęśliwe. Nie są, wolałyby biegać luzem, na wolności. Ot, pieskie życie.

Pomijając psy, zimą na wsi czasem biegnie wolniej, co nie zawsze mnie cieszy. W mieście, w bloku, czasem z nudów wyszło się z psiapsiółką do knajpy, a na wsi ciągle jest coś do zrobienia. Można do knajpy, owszem, ale trzeba wymyć taras przed wejściem, bo znowu w błocie, okno na drugi taras przetrzeć, bo psy nosami zabrudziły, podłoga w przedpokoju tylko do sprzątnięcia się nadaje, a w spiżarni jakoś tak samoistnie bałagan się zrobił i wreszcie należałoby poustawiać wszystkie te weki i wszelkie produkty żywnościowe. I tak na okrągło coś. Szczęśliwie lubią przyjeżdżać do nas przyjaciele i znajomi, więc życie w wielkim domu tętni, ciągle ktoś się kręci.

Ale czy ma znaczenie fakt, że mamy wielki dom na wsi? No mam nadzieję, że nie. A jeśli nawet – cóż.

To taki krótki wpisik dzisiaj. Od ponad tygodnia choruję i naprawdę nic mądrego nie przychodzi mi do tej mojej zakatarzonej, obolałej głowy. Życzcie mi zdrowia!

Napisz o tym” – powiedział mi oburzony Ojciec, a ponieważ zawsze go słucham, to piszę:

Banki zwiększają koszty bycia ich klientem. Aby o tym poinformować przysyłają listy. List waży 37 gram, cztery kartki formatu A4. Taki list przyszedł właśnie do mojego Ojca, oddzielnie do mojej Mamy, do mnie i do mojego męża, oddzielnie do każdego klienta, a jeśli wierzyć zapewnieniom tego akurat banku, to ma ich 8,9 mln. Razy 37 gram co daje ponad 320 ton papieru, nie mówiąc o kopertach, znaczkach i ludziach, którzy muszą to wszystko wysyłać? Ile drzew wycięto, żeby nas poinformować o zmianach stawek z wysokich na wyższe, bo trzeba patologii dzieci sfinansować?

No właśnie, po moich wpisach na temat 500+ dla tzw. patologii, miałam wiele sygnałów, że źle myślę. Zaczęłam się zastanawiać i stwierdziłam, że może moi adwersarze mają jednak rację, a przynajmniej trochę racji.

Otóż w każdym społeczeństwie patologia stanowi około 7 procent zdrowej tkanki – nie licząc drugiego sortu – więc niewiele. Ponadto może patologia dlatego jest patologią bo nie ma pieniędzy? Może gdybym urodziła się w takiej rodzinie, a potem, wzorem własnej matki, miała siedmioro dzieci, w tym dwoje niepełnosprawnych, męża pijaka i nieroba, a w lodówce tylko światło, też bym się stoczyła? Niewykluczone, że widząc to wszystko i nie mając perspektywy na poprawę swojego losu, też codziennie zalewałabym robaka.

Myślę, że to będzie ciekawy eksperyment socjologiczny: co zrobi patologiczna do tej pory rodzina, która nagle miesiąc w miesiąc będzie dostawać trzy tysiące złotych więcej? Może tam nagle zacznie dziać się dobrze? Oby.

GALERIE CZYLI JAK LUBIMY SPĘDZAĆ CZAS WOLNY

5239a9081d268_o,size,933x0,q,70,h,89005b

Kobiety uwielbiają chodzić po galeriach handlowych, i to z tysiąca różnych powodów. Oczywiście i ja należę do tej grupy, choć niezmiennie jestem na siebie zła, gdy łażę po galerii i czuję, że sprawia mi to frajdę. Myślę wtedy o sobie, że jestem ostatnim pustakiem, i że powinnam w tym momencie siedzieć w bibliotece zapoznając się z nowościami wydawniczymi lub robiąc prasówkę, i to najlepiej w trzech obcych językach, które znam.

Ale cóż, nic na to nie poradzę, że włóczenie się po galeriach handlowych sprawia mi frajdę.

No może nie aż taką jak mojej psiapsiółce ze stolicy, która zna każdą warszawską galerię na wylot, a Arkadię nazywa drugim domem, bo skręca tam codziennie po pracy, by zrobić zakupy. Te zaplanowane i niezaplanowane również.

Dlaczego lubię galerie?

Po pierwsze dlatego, że jest tam ludnie, kolorowo, ładnie pachnie, nigdzie nie ma zegarów i w każdym sklepie z głośników sączy się – lub dudni – inna muzyka. Czyli jako typowy konsument jestem „kupiona”.

Ponadto nie muszę się donikąd spieszyć. Najczęściej i tak nie mam pieniędzy, by coś większego kupić, więc chodzę po sklepach bez ładu i składu w nadziei, że coś się trafi. W promocyjnej rewelacyjnej cenie, taka superokazja. Z reguły się nie trafia, ale samo polowanie jest odprężające.

Po trzecie po galeriach najczęściej chodzę sama, co uwielbiam. Chyba lubię własne towarzystwo. Ponieważ wiem, że inni też je lubią, chwile, kiedy mogę być sama ze sobą, są dla mnie bezcenne.

Po czwarte lubię kafejki w galeriach, bo jest kawa – nie zawsze dobra, ale po przetestowaniu różnych miejsc, wiem już, gdzie tej dobrej można się napić – oraz gazety. A lepszego mariażu niż kawa, mufinka i świeży numer wybiórczej, wszystko w galerii, gdzie mijają cię setki ludzi zajętych swoimi sprawami, rozbawionych, rozgadanych, sfokusowanych na polowaniu, nikt jeszcze nie wymyślił. Mogłabym tak siedzieć godzinami i po przeczytaniu wszystkich newsów obserwować ludzi.

Najfajniejsze są rodziny z dziećmi-nastolatkami. Ja też tak wyglądam, gdy zdarza się, że przyjeżdżam ze swoją familią. Znudzony, zdezelowany i obojętny już na wszystko ojciec, roszczeniowo nastawione i zbuntowane nastolatki, dla których to obciach chodzić ze starymi po sklepach, ale inaczej się nie da, bo tylko ci starzy mają kasę, i mamuśka, która musi to wszystko ogarnąć i wylewać co chwila oliwę na wzburzone emocjami morze. I oczywiście jeszcze kupić to wszystko, co wcześnie zostało zaplanowane. Co zwykle i tak się nie udaje i do domu wraca się z dużo większą liczbą zakupów, ku posiwiałemu z rozpaczy ojcu rodziny.

Lubię też rodziny z maluszkami, bo te są słodkie. Albo śpią w wózeczkach (ostatnio w Galerii Łódzkiej widziałam rodzinę z czworaczkami – wózek był jeden, poczwórny – i współczułam im, bo budzili taką sensację jak nie przymierzając przyjazd Biebera do Łodzi właśnie), albo drą się wniebogłosy, albo wiją zapłakane u stóp ojców i matek.

Mniej lubią nastolatki, bo chodzą dużymi grupami i okupują toalety robiąc sobie selfie lub belfie, czesząc co chwila swoje długie włosy przed lustrami i gadając takie głupoty, że śmiech pusty porywa. Czy ja też plotłam takie bzdury mając 17 lat?

Lubię zakochane pary, bo są skupione na swoich oczach, i nic innego ich nie interesuje, co najwyżej wielkość cheesburgera w macu.

Lubię modnisie, z torebkami zawieszonymi na wyciągniętej lewej ręce podczas gdy drugą ręką trzymają telefon przy uchu i nadają, nadają, nadają… Są piękne, wyfiokowane, pachnące i wyglądają wszystkie jak klony mariolek, choć pewnie wiele z nich to bardzo ciekawe osobowości, tyle, że ukryte pod maską.

Lubię samotników, którzy przyłażą do galerii nie wiadomo po co, chyba, żeby zabić czas. Siedzą, lukają, zamawiają, i znowu lukają. Tacy podejrzani cichociemni w galeryjnym wydaniu.

Nigdy nie wiadomo, co im chodzi po głowie.

Najbardziej bawi mnie to, że wszyscy w tych galeriach czegoś szukają, przymierzają, kupują, a gdy spojrzeć na image takiego osobnika, to rzadko kiedy trafia się ciekawy odzieżowo egzemplarz. Najczęściej każdy jest ubrany bardzo podobnie, bez fajerwerków. I po co to wydawać kasę?

Znam galerie łódzkie i warszawskie, i wrażeniami z nich mogę się podzielić.

W Warszawie nie lubię Złotych Tarasów, bo tam -- jakkolwiek głupio to zabrzmi – nic nie ma. Zero ciekawych sklepów. Kafejki takie sobie, Costa Coffee na przykład w ogóle odpada. Ostatnio kawę za całe 25 złotych zostawiłam na stoliku, bo nie dało jej się pić. Możliwość przekąszenia czegoś ograniczona, bo wszędzie wieczne tłumy (ZT są zlokalizowane przy Dworcu Centralnym więc pasażerów z całej Polski i świata jest sporo).

Lubię natomiast Galerię Mokotów i Arkadię, tę ostatnią chyba najbardziej ze wszystkich galerii. Przyjazne, komfortowe do obejścia, dużo fajnych sklepów, dużo możliwości, by się zatrzymać i wypić kawę.

W Łodzi najbardziej lubię Galerię Łódzką, bo jest kompatybilna, mniej Manufakturę (ogromna i pół dnia to za mało, by ją dokładnie oblecieć, poza tym ma mnóstwo pobocznych atrakcji do zaoferowania), a najmniej Sukcesję i Port Łódź, gdzie w obu przypadkach zakupy najlepiej na wrotkach – takie to przestrzenie, często jeszcze niezagospodarowane.

Lubię też Słoneczną w Radomiu i fajną galerię, nazwy nie pomnę, w Białymstoku, gdzie w miłym towarzystwie zjadłam onegdaj naleśniki, smak których pamiętam do dziś. Zresztą w ogóle kuchnia w tamtych rejonach jest wyśmienita.

I to tyle rozważań na temat galerii handlowych.

W ubiegłą sobotę byłam na multimedialnej wystawie van Gogha w Warszawie. Namiot koło Stadionu Narodowego, godzina 11 rano, może z 60 osób. Wystawa cudna. W tym samym czasie w galeriach już setki ludzi. Kawa, mufinka, gazeta, ciuchy, gwar, muzyka, brak zegarów, promocje, podaruj sobie odrobinę luksusu…

Kto powiedział, że jest to gorsze od van Gogha?

(fot. internet)


  • RSS