nonsensorka

blog Agnieszki Kubik (pierwszy wpis w lipcu 2012 roku)

Zmarł Wojciech Młynarski. Wszyscy wiemy, że miał dwie córki i syna. Ja miałam przyjemność poznać jego mamę, panią Magdalenę. To był rok 1995 lub 96, ona miała już 81 lat i przebywała w Domu Aktora Weterana w Skolimowie, gdzie realizowałam reportaż o aktorach-seniorach. Jeździłam tam wiele tygodni, przeprowadzałam wywiady z Ireną Byrską, Jerzym Blockiem, Marią Burską (pierwszą żoną Jeremiego Przybory), Ireną Górską-Damięcką, matką aktorów-bliźniaków, Kazimierzem Łabudziem i jego żoną Janisławą, Renatą Kossobudzką, ks. Kazimierzem Orzechowskim. I z nią, Magdaleną Młynarską. 

11230847_1025849804171674_358416456802603040_n

Pokoik pani Magdaleny wyglądał tak, jakby nazajutrz miała się wyprowadzić. Bardzo tęskniła za domem i bardzo przeżywała, że nie może do niego wrócić. Mnie, nieznanej osobie, wciąż opowiadała o rodzinie, o mieszkaniu, gdzie na balkonie hodowała najpiękniejsze w stolicy kwiaty. Każdy się nimi zachwycał.

Cały reportaż ukazał się w miesięczniku „Więź” w październiku 1997 roku.

O matce Wojciecha Młynarskiego pisałam tak: „(…) Nie muszę nawet pytać o nazwisko – podobieństwo jest uderzające. Matka sławnych dzieci. Przede wszystkim matka, bo żoną była zaledwie 3 lata. Mąż zmarł na gruźlicę. Czy nie chciała na nowo układać sobie życia? Miła tylko 27 lat…

- Nie, nigdy. I nie żałuję tego. Owszem, były różne zawirowania życiowe, ale mój umysł i wyobraźnia ogarniały także to, co się dzieje w takich związkach i później. Zresztą nie zapomnę nigdy jednej rzeczy. Jak syn (Wojciech) zrobił maturę, to rzucił mi się na szyję i powiedział „A tobie to dziękuję najbardziej za jedno, matuś, żeś za mąż powtórnie nie wyszła”. Więc myślę, że warto było iść przez życie w pojedynkę.

Gdy mówi o dzieciach, wilgotnieją jej oczy. Matka.

- Ja całe życie kierowałam się zasadami wiary. Bóg i modlitwa były dla mnie najważniejsze. Dlatego teraz łatwiej mi znieść pobyt tutaj, bo jest kaplica, wspaniały kapłan ksiądz Kazio Orzechowski. Jego prelekcje bardzo mi duchowo pomagają.

Jest cały czas zakłopotana, nieśmiało się uśmiecha, co chwila prosi o odpoczynek. Po jakimś czasie rozluźnia się i widać, że zwierzenia sprawiają jej przyjemność. Opowiada o młodości, mężu, muzyce, występach estradowych, o pracy w radiu, o rodzinie. I o dzieciach, wnukach i prawnukach. O domu przy jednej z ulic warszawskiego śródmieścia. O tym prawdziwym domu. Tylko, żeby dzieci się o tym nie dowiedziały, bo po co mają się denerwować. Ona nie chce nikogo martwić i sprawiać jakichkolwiek problemów. Ale czy to jej wina, że tak tęskni za domem…

- Na jesieni 1994 roku przeszłam zawał i wprost ze szpitala przewieziono mnie tutaj. Tu jest opieka lekarska, regularne posiłki, wszyscy są dla mnie dobrzy i mili, ja wiem… Ale ja cały czas nie tracę nadziei, że do domu wrócę…

Mówi teraz szybko, jakby chciała zrzucić ciężar, który ją przygniata. Twierdzi, że nie miałaby przecież żadnych wymagań. Żeby tylko znaleźć uczciwą opiekunkę, która by przychodziła na kilka godzin dziennie. Ot i wszystko. Może siostry z Wilczej…Co pani o tym sądzi? – pyta mnie nagle z nadzieją w głosie, jakby mogła jej w tej kwestii pomóc, rozwiązać ją, wstawić się za nią u rodziny. – Może za słabo się do tej pory szukało? Bo nikt nie chciał się zgłosić. Ale z drugiej strony rozumie, że byłby to kłopot dla dzieci. Córka za granicą, syn – to człowiek oddany społeczeństwu. Można więc powiedzieć, że to już nie jej syn, ale całego narodu. I w sumie za takiego syna powinna Bogu dziękować, a nie wciąż tęsknić.

- Modlę się i ufam Panu. Widać taka jest Jego wola. Zresztą ksiądz Orzechowski powiedział, że my już do innego domu zdążamy.

Czy nie czuje się trochę pokrzywdzona przez los?

- Trochę tak. Inaczej wyobrażałam sobie moje życie. Nie było mi łatwo rozstać się z moim mężem. Ale nie myślę o tym, żyję dniem dzisiejszym. Moje dzieci rekompensują mi wszystko. Strasznie się cieszę, gdy mnie tu odwiedzają. Ale one też mają swoje zajęcia, mało czasu. Ja wciąż o nich myślę i się za nie modlę.

Uśmiecha się nieśmiało, chce mi powiedzieć coś bardzo ważnego.

- Wie pani, że starych drzew się nie przesadza… Ale tego niech pani nie pisze. Po co moje dzieci mają się denerwować”.

Nie wiem, jak długo jeszcze żyła Magdalena Młynarska, w każdym razie miło było mi ją poznać. I zawsze, gdy słyszę o Wojciechu, o Agacie, Paulinie i Janie, widzę ją, starszą panią, strasznie tęskniącą za domem. 

…Nie ma jak u mamy ciepły piec cichy kąt ! 

Nie ma jak u mamy kto nie wierzy robi błąd! 

Nie ma jak u mamy cichy kąt ciepły piec! 

Nie ma jak u mamy kto nie wierzy jego rzecz! 

PS. To cudne zdjęcie pozwoliłam sobie ściągnąć z Internetu. W zasadzie to ono zainspirowało mnie to tego wspomnieniowego nieco wpisu. Ten nabzdyczony złotowłosy aniołek to Wojciech, obok jego siostrzyczka Basia. Piękna kobieta, ich matka, to Magdalena Młynarska. 

computational-2048166_960_720W Warszawie dobrze się żyje może Kożuchowskiej i innym gwiazdom zarabiającym krocie. Szaremu człowiekowi niekoniecznie, chyba, że dostosuje się do przednówkowej szarości stolicy. Stolica i jej tempo zwykle mnie doenergetyzowywało, ale ostatnim razem było inaczej.

Głównie po stolicy jeżdżę, tym razem się przeszłam. Pierwszy słoneczny dzień, słońce wylało się na ulice i odsłoniło ich brzydotę. 

Najpierw poszłam z córką na prześwietlenie zębów do jednej z klinik na Świętokrzyskiej. To był poniedziałek, w piątek zostałam poinformowana, że podwójne rtg będzie mnie kosztować 140 złotych.

- Popsuła nam się dzisiaj drukarka, więc możemy dać pani tylko płytkę – słyszę. – To co, robimy?

- Robimy – powiedziałam po chwili namysłu, bo i tak nie miałam wyjścia: za dwie godziny musiałam być u ortodonty, na którą to wizytę czekałam dwa miesiące. – To ile płacę?

- 140 złotych – słyszę.

- Skoro bez wydruku, to chyba powinno być taniej? – jakoś mi się wymsknęło.

- Nie, cena bez wydruku jest 140 złotych – słyszę.

- A z wydrukiem?

- 145 złotych – słyszę.

Ta logika wydała mi się podejrzana. – W piątek pytałam o cenę i usłyszałam, że podwójne rtg zęba kosztuje 140 złotych. Skoro dzisiaj popsuła się wam drukarka, a w piątek była sprawna, więc powyższa cena obejmowała i płytę, i wydruk… – dowodziłam, ale wychodziło na to, że jestem niemiłą czepiającą się babą, która w tej pięknej sterylnie czystej i delikatnie kremowostonowanej kolorystycznie przychodni robi niepotrzebne larum i psuje innym humor.

- To co, robimy? – pyta znudzona recepcjonistka.

- Tak… Mówiłam, że nie mam wyjścia.

Wyszłam lżejsza o 140 złotych z płytką, która, jeśli moja ortodontka nie będzie miała drukarki, będzie bezużyteczna i z dwumiesięcznego czekania na wizytę nici.

Ponieważ miałam z córką jeszcze prawie dwie godziny, postanowiłyśmy coś zjeść. Na przykład w Sphinksie w Alejach Jerozolimskich.

- Jak smakuje kasza bulgur? – pytam kelnera, bo zamarzyła mi się sałatka z takim składnikiem.

- Nie wiem, nie próbowałem – mówi miły pan, pewnie dorabiający student, więc nie mogę wymagać za wiele. – Ale mogę przynieść tester za 6 złotych.

Poprosiłam.

Niestety, choć kasza była smaczna, inne składniki mnie nie zachwyciły. Poprosiłam więc sałatkę Cezar, która wyglądała tak: kilka rodzajów sałat (z tych gotowych kupowanych w każdym markecie w torebkach foliowych), na to jeden pokrojony pomidor o smaku nie przypominającym niczego, na to jakieś okropne grzanki. I chyba ser żółty. Do tego dwa oddzielne tosty z masłem czosnkowym – sama robię lepsze. Zero sosu, więc jadłam tę suchą sałatę wrzuconą wprost z torebki foliowej, z pomidorem i zagryzałam grzankami.

Wyliczyłam, że realna wartość tej sałatki to może jakieś 10 złotych – ale w Sphinksie w alejach zapłaciłam za nią około 28 złotych.

Nieco wkurzona bylejakością poszłam do pobliskiej Żabki kupić bilety na tramwaj. Nie było, więc poprosiłam o gumę do żucia. Z 5 złotych zostało mi wydane 2 złote.

- Przepraszam, ale tu pisze, że guma kosztuje 2,69 złotych – mówię do bezzębnej pani.

- Jakie 2,69? 2,99! – oponuje, a ja już mam zamiar zapytać, gdzie w takim razie podział się 1 grosz reszty.

- Tu jest cena 2,69 zł – pokazuję palcem na karteczkę z ceną.

- Ojej, bo się poprzedniczka pomyliła, ciągle to samo – pani wyszła i zaczęła mocować się z karteczką, nie wiedzieć czemu, bo leżało tam całe spektrum gum i pod każdą cena również była 2,69 zł. Musiałaby wyrwać i zmienić wszystkie. – Proszę – kobieta oddała mi 30 groszy (grosika dalej nie odzyskałam, ale bezzębność ekspedientki, podczas gdy ja wydałam już setki złotych na warszawską ortodontkę mojej córki, sprawiła, że dałam spokój).

Nie będę już opisywać zatłoczonych tramwajów i śmierdzących włóczęg, którzy zawsze mają miejsce siedzące, a nawet dużo przestrzeni wokół siebie, a także kolejnej 5-minutowej wizyty u ortodontki, za którą jak zwykle zapłaciłam stówę (drukarkę miała)– przejdę do rzeczy najważniejszej.

Otóż – jak wspominałam na początku – zamiast jeździć przeszłam się ulicami w centrum stolicy. I złapałam się za głowę! Wiecie jak trudno znaleźć jakieś polskie nazwy na sklepach, bankach, miejscach usług?

20170227_143419Bracka, Krucza i nazwy: Lokaah, Good of The Worlds, New Collection, Pancake Corner, Cafe Nero, Costa Coffee, Coffe Heaven, Starbucks Coffee, Green Caffe Nero, Boulangerie, Patisserie - jedynym wytchnieniem dla moich oczu było typowo polskie, acz pretensjonalne, Zjedzone Wypite…

- Córko – mówię – patrz, Wedel. Chodź pokażę ci, jak wygląda ten staroświecki, chciałam dodać polski sklep, gdzie twoja mama i twoja babcia czasem godzinę stały za PRL po kilka czekolad, które tu zawsze można było kupić. To najstarsza fabryka czekolady w Polsce, założona przez niemieckiego cukiernika, teraz przejęta przez koncert japońsko-koreański…

- Wedel nie jest polski? – zdziwiła się córka.

No nie.

Potem natknęłam się na Dom Książki (obok KFC). Dawniej wydawnicza potęga, teraz zdominowana przez zachodni kapitał typu Empik czy Amazon. Neon świadczy o tym najwymowniej: ledwie go widać, jest cały pordzewiały i na tle innych, zachodnich oczywiście, pięknie odmalowanych, świadczy o upadku. Tak to odebrałam i zrobiło mi się bardzo przykro.

Jak nigdy z przyjemnością wróciłam do swojego 50-tysięcznego miasteczka, sennego nieco, ale gdzie Zachód nie wkroczył jeszcze tak nachalnie, a życie jest prostsze i nieco tańsze – choć na „oszukańców” też trzeba uważać. 

Konrad ma 31 lat i perspektywę życia pod warunkiem, co już brzmi groźnie, zebrania miliona 200 tys. złotych. Mężczyzna ma szczęście, że w ogóle jeszcze żyje – gdyby ktoś przejrzał historię jego choroby z ostatnich 13 lat, to chyba by nie uwierzył; i pecha, bo lek, która ma uratować życie nazywa się eculizumab i znajduje się na liście 10 najdroższych leków świata, a nasz NFZ go nie refunduje. W Europie nasz i rumuński, dodajmy. 

konrad foto

Mówi jego siostra: Konrad – wysportowany, pełen energii i życia, pogodny, beztroski chłopak, trenował judo i grał w piłkę. Taki był. Do momentu, kiedy to w 2003 roku zdiagnozowano u niego anemię aplastyczną. Cały świat się zawalił. To był szok. Okresowe badania, które robił jako sportowiec co pór roku wykazały, że wszystkie wartości są mocno poniżej normy. Konrad z dnia na dzień gasł. Leczenie było ciężkie, bardzo bolesne i wyczerpujące ale nie poddawał się. Walczył i tę walkę wygrał. Przynajmniej tak się wydawało… Po dwóch latach, w wyniku leczenia anemii aplastycznej tymoglobuliną (lekiem, który uratował Konradowi życie), zdiagnozowano u niego nocną napadową hemoglobinurię.  To był kolejny cios! Objawy:Hemoliza wewnątrznaczyniowa (krwinki czerwone rozpadają się atakując narządy wewnętrzne), hemoglobinuria, małopłytkowość, zakrzepy, aplazja szpiku. Znowu niewyobrażalne cierpienie. 

Lek ma przygotować Konrada, który ma już przeszczepioną wątrobę, do przeszczepu szpiku. Inaczej zdrowego i przystojnego mężczyznę czeka powolna śmierć, w dodatku w wielkim bólu, bo już teraz wyje nocami, gdy łapie go ta jego nocna napadowa hemoglobinuria.

Oczywiście w moim mieście została uruchomiona akcja, a nawet cały cykl akcji, by tę niebotyczną kwotę zebrać. W Konrada wstąpiła nadzieja, bo do tej pory nie wierzył, że skapnie mu coś z nieba. Do tej pory niebo raczej przychylne dla niego nie było – oczywiście jeśli chodzi o jego zdrowie, bo w chorobie – a i owszem.

To kolejne akcje zbierania pieniędzy na chorych. Do tej pory były to dzieci, które trzeba było ewakuować do Niemiec, bo tylko tam dr Malec, Polak zresztą, potrafił tak reperować serca, że rodzice chorych dzieci nie chcieli je powierzać polskim lekarzom w Polsce.

Zawsze myślę, nagłaśniając jako dziennikarz kolejne tego typu zbiórki ze zrozpaczonymi rodzicami w tle: ile jeszcze? Dlaczego w Anglii, podpytywałam znajomego Anglika, nikt o czymś takim nie słyszał? – Pieniądze na chore dziecko? O czym ty mówisz? Wszystko załatwia kasa chorych, czyli państwo – mówi mi Geoff. 

Stąd nośność akcji WOŚP, która, z czego jesteśmy dumni, jest typowo polskim wymysłem. Żeby starczyło na noworodki, dzieci, seniorów, itd., bo w kasie polskiego państwa jest na wszystko – na przykład na 30 limuzyn za 35 mln zł – ale nie na normalne leczenie ludzi. Opinie o dzikim kraju, o państwie bananowym, o państwie teoretycznym są jak najbardziej na miejscu.

Fundacje, które dostają najwięcej – w ubiegłym roku lider w tabeli, Fundacja Zdążyć z Pomocą, otrzymała 144 miliony, z czego, jak dobrze wiemy, kilka milionów jest przeznaczanych na reklamę, drugie tyle na wynagrodzenia – reszta, wyskubana z naszych portfeli, trafia już bezpośrednio do chorych dzieci, czyli często do lekarzy, którzy powinni leczyć za darmo, w ramach publicznej opieki zdrowotnej, na którą wszyscy łożymy. Ale tak nie jest.

Oczywiście wpłacam na Konrada i na chore dzieci, bo tak mi nakazuje sumienie. Piszę o tym jako dziennikarz, nagłaśniam, proszę.

Jeśli ktoś miałby ochotę wspomóc Konrada oraz jego rodzinę z jego straszną chorobą, podaję nr konta:

Fundacja Pomocy Społecznej ” Chodźmy Razem”, Podaruj 1% podatku.

KRS: 0000276365, Bank Zachodni WBK 1 oddział w Skierniewicach

nr konta: 72 1090 2590 0000 0001 3389 9150 – z dopiskiem ” Na leczenie Konrada Sobolewskiego”

Wiem, że każdy ma wiele osób, którym należy pomóc, trudno wybrać tę jedną czy dwie, których ostatecznie wesprzemy. Może to będzie akurat Konrad?

Ja jednak bardzo wierzę, że każda nasza pomoc wraca do nas jak bumerang. Sprawdźcie, a sami się przekonacie!

child-1835730_960_720

Matki, które nie pozwalają się widzieć dzieciom z ich własnym ojcem, powinny smażyć się w piekle.

Chodzi o te rozwiedzione, będące w separacji oraz te popier…, bo inaczej nie da się je nazwać.

Rozmawiam z różnymi ojcami, których eks wydała zakaz kontaktu z dzieckiem czy dziećmi. Będąc w podobnej sytuacji czułyby się tak samo źle, jak ci ojcowie, ale ponieważ są to małpy, odczuwają z tego tytułu jedynie satysfakcję. - Cierp ty gnido… Moje dziecko jest tylko moje i kocha mnie bardziej niż ciebie – myślą. – A jeśli tak nie jest, to zrobię wszystko, by tak było!…

Byli ojcowie są tymi najgorszymi. Gorsi są chyba tylko bezdomni z Dworca Centralnego. Małpy będą całymi dniami sączyć dzieciom do ucha, że tak właśnie jest, aż w końcu dzieci uwierzą. Małe dzieci wierzą swoim matkom. I swoim babciom, mamom swoich mam. Powoli same stają się małpami.

Jarek ma dwoje dzieci, ale już do nich nie jeździ. Jest niemile widziany. Początkowo tylko przez eks i jej mamę (te mieszkają razem), ale po kilki latach systematycznych odwiedzin wyczuł, że dzieci już za nim nie tęsknią. 10-letnia córka zaczęła pisać do niego sms-y tylko wtedy, gdy potrzebowała doładować telefon albo kupić nowy. Gdy on pytał, co słychać – milczała.

Płakał kilka tygodni z bezsilności. Ale jaki można mieć kontakt z dzieckiem, gdy eks pozwala się z nim widzieć raz na miesiąc, w pokoju obok?

Dzień wcześniej musiał przesłać sms-a, że jedzie. Gdy raz tego nie zrobił, zastał zamknięte na głucho drzwi. Spóźniać się też nie mógł, z miejscowości oddalonej o godzinę drogi, musiał być równo o godzinie 8.30. A potem siedział w aucie pod blokiem do czasu, eks napisze: możesz wejść, dzieci wstały. Zaciskał zęby i szedł.

Eks nie pozwalała na zabranie dzieci na spacer, nawet na plac zabaw pod blokiem. W największe upały wszyscy smażyli się na czwartym piętrze w bloku. -Od godziny 9 zabawa do 15 cały czas na kolanach: samochodziki, koparki, samochodziki, koparki, samochodziki, koparki, aż się małemu nudzi – mówi. -  piłkę grać nie można, bo babci przeszkadza, na spacer wyjść nie można, bo mama zabrania. Dwa tygodnie wcześniej z synkiem bawimy się, że piszczy już następnym razem słyszęTata, tak się nie bawimy, mama nie pozwala”. Tak było z każdą zabawą.

Jarek nie mógł liczyć na herbatę, nie mówiąc o obiedzie. Gdy RODZINA: mama, jej mama oraz dzieci zasiadały do stołu, on schodził do Biedronki kupić wodę i jakieś parówki. Gdy synek kładł się spać o 15, musiał jechać, choć córka jeszcze chciała z nim pobyć. Gdy był jeszcze czas, że płakała za odjeżdżającym ojcem, matka, trzaskając drzwiami za wychodzącym Jarkiem, skutecznie jej te łzy wybijała z głowy.

Z przedszkola i szkoły dzieci może odebrać tylko mama i babcia, taka informacja poszła do dyrekcji. Ojciec, gdyby nawet się pojawił, absolutnie nie może, w takiej sytuacji trzeba wezwać policję.

Raz eks pozwoliła mu wziąć małą do McDonald’s przecznicę dalej. Zapowiedziała, że jak tylko powie małej cokolwiek na nią, matkę, to nie pozwoli mu nigdy więcej zobaczyć się z dziećmi. Nawet nie miał takiego zamiaru. Rozmawiali o niczym, cały czas baczył na każde wypowiedziane słowo, a jednak i tak zabroniła.

Na komunię małej pojechał, ale stał w rogu kościoła – w końcu miejsce publiczne – i patrzył z daleka. Na komunijnym obiedzie była RODZINA: mama, babcia i braciszek. Dla taty, drugich dziadków, a także chrzestnych zabrakło miejsca.

Co miesiąc płaci alimenty. Jak bankomat.

Eks, w swojej zawiści, nawet nie wie, co odbiera dzieciom.

Nie znają rodziny Jarka, i nawet nie będą miały ochoty nigdy jej poznać. Nie pojadą z ojcem na wycieczkę rowerową, na wspólną wyprawę na ryby, na lodowisko i sanki; Jarek nie pomoże im w zadaniach szkolnych i nie będzie na ich studniówce. Swoim dzieciom jawi się jak coraz bardziej mglista postać, która wkrótce w ogóle zniknie w mrokach pamięci.

Od eks dostaje tylko sms-y: trzeba kupić aparat ortodontyczny małej, wykupić ponadobowiązkowe szczepionki, jadą na wakacje i muszą mieć dodatkowe pieniądze. – Jeśli nie dasz, idę do sądu – usłyszał, gdy raz się postawił.

Myślał o sądzie. Jego kolega wygrał podobną sprawę. – Podjeżdżał do domu, a eks darła się, że nie da dzieciaka – mówi Jarek. – Raz wezwał policję, ale syn wyrywał mu się z objęć, ryczał, krzyczał, w końcu kolega odpuścił. Ja bym chciał, żeby moja córka i mój synek sami do mnie przyszli, z radością, że idą do taty, a nie z musu, bo policja tak im każe. Wiem, że to nigdy nie nastąpi, a przepaść między nami tylko się pogłębia.

kamieniec ojciecJarek, normalny facet, jest strzępkiem człowieka. Cierpi na bezsenność i depresję. Cały czas myśli tylko o swoich dzieciach, które już nie są jego. Którym sprano mózgi, i którym wmówiono, że do szczęścia wystarcza im tylko mama z babcią. To, co mają dorośli do siebie, nie powinno mieć wpływu na relację z ich dziećmi. Dotyczy to obu rodziców.

Uważam, że takie matki powinny smażyć się w piekle, bo na ziemi nie doświadczą nigdy tych stanów, które fundują ojcom swoich dzieci. 

Na skrzynkę pocztową dostałam takiego oto mejla. Nadawcą był bliżej mi nieznany ksiądz, który uznał, iż warto przypomnieć słowa ludzi bliskich Bogu. Najpierw przeczytajcie, a na końcu zadam pytanie.

water-464953_960_720

Siostra Łucja, wizjonerka z Fatimy: „Naród polski przejdzie drogę odrodzenia. Po raz pierwszy odczyta i zrealizuje prawdziwe cele ludzkości. Od niego zależeć będzie przyszłość Europy (…). W Polsce rozpocznie się odrodzenie świata przez ustrój, który wytworzy nowe prawa.”.

Niemiecka stygmatyczka Teresa Neumann: „Wy, Polacy macie do nas, Niemców, żal, bośmy was skrzywdzili. Macie rację. Ale przez to wyście już wszystko odpokutowali. Na nas, Niemców, przyjdzie jeszcze pokuta. Wy możecie czuć się spokojni (…). Za wami wstawia się Czarna Madonna, która będzie chodzić po ziemiach polskich. Wam się już nic złego nie stanie.”. „W języku polskim będą głoszone najmądrzejsze prawa i najsprawiedliwsze ustawy.”

Ojciec Andrzej Klimuszko: „Przez Europę przejdzie fala wojen i kataklizmów, tylko nad Polską nie widzę krwi i zniszczeń, lecz promienne blaski przyszłości. Polska będzie źródłem nowego prawa na świecie, zostanie tak uhonorowana wysoko, jak żaden kraj w Europie (…). Polsce będą się kłaniać narody Europy. Widzę mapę Europy, widzę orła polskiego w koronie. Polska jaśnieje jak słońce i blask ten pada naokoło. Do nas będą przyjeżdżać inni, aby żyć tutaj i szczycić się tym. (…) Jeśli chodzi o nasz naród, to mogę nadmienić, że gdybym miał żyć jeszcze pięćdziesiąt lat i miał do wyboru stały pobyt w dowolnym kraju na świecie, wybrałbym bez wahania Polskę, pomimo jej nieszczęśliwego położenia geograficznego. Nad Polską bowiem nie widzę ciężkich chmur, lecz promienne blaski przyszłości.”

Błogosławiony Bronisław Markiewicz: „Pokój wam, słudzy i służebnice Pańscy! Wojna będzie powszechna na całej kuli ziemskiej i tak krwawa. Groza jej będzie tak wielka, że wielu ze strachu postrada rozum. Za nią przyjdą następstwa jej: głód, mór na bydło i dwie zarazy na ludzi, które więcej ludzi pochłoną aniżeli sama wojna. (…) Wy, Polacy, przez niniejszy ucisk oczyszczeni i miłością wspólną silni, nie tylko będziecie się wzajem wspomagali, nadto poniesiecie ratunek innym narodom i ludom, nawet wam niegdyś wrogim. I tym sposobem wprowadzicie dotąd niewidzialne braterstwo ludów, Bóg wyleje na was wielkie łaski i dary, wzbudzi między wami ludzi świętych i mądrych i wielkich mistrzów, którzy zajmą zaszczytne stanowiska na kuli ziemskiej. Języka waszego będą się uczyć w uczelniach na całym świecie. Cześć Maryi i Najśw. Sakramentu zakwitnie w całym narodzie polskim. Pokój wam!”

Kardynał Augustyn Hlond: „Polska nie zwycięży bronią, ale modlitwą, pokutą, wielką miłością bliźniego i Różańcem. Trzeba ufać i modlić się. Jedyną broń, której Polska używając odniesie zwycięstwo – jest Różaniec. (…) Nowa Polska będzie dostojna, mocna, wielka, a nawet atrakcyjna i przewodząca właśnie przez to, że szczerzej niż kiedykolwiek i konsekwentniej niż inni oprze swe życie i swą politykę na zasadach Chrystusowych (…) Jesteśmy świadkami zaciętej walki między państwem Bożym a państwem szatana. (…) Chrystusa.”

A nawet św. Malachiasz (1128 rok): „Polska, powstając majestatycznie jak feniks z popiołów, mężnie zrzuci pęta niewoli i stanie się jednym z mocarstw w Europie”… oraz Matka Najświętsza do Giulio Mancinelliego (1608 rok): „Dlaczego nie nazywasz mnie Królową Polski? Ja to królestwo bardzo umiłowałam i wielkie rzeczy dla niego zamierzam, ponieważ osobliwą miłością do Mnie płoną jego synowie. (…) Ja jestem Królową Polski. Jestem Matką tego Narodu, który jest mi bardzo drogi, więc wstawiaj się do Mnie za nim i o pomyślność tej ziemi błagaj Mnie nieustannie, a Ja będę ci zawsze, tak jak teraz, miłosierną”.

Moje pytanie brzmi: czy te wszystkie wizje/proroctwa/przepowiednie już się sprawdziły, czy nadawca listu wierzy, że to wszystko dopiero przed nami? 

hyggesockscreditshutterstockBardzo spodobały mi się życzenia, które rok temu złożyła mi koleżanka: życzę ci świętego spokoju. Powiedziała to w ten sposób, że zrozumiałam, iż sama o nim marzy. Ubawiła mnie też rozmówka, którą ktoś wrzucił na FB: Dostałeś coś pod choinkę? Tak, pierdolca. A potem poczytałam o skandynawskim hygge i zamarzyłam, że w swoim własnym domu będę je uskuteczniać, bo jestem po prostu zmęczona.

W tym celu zakupiłam sobie kocyk. Całą resztę akcesoriów czyniących dobrze: kubek w sweterku, grube skarpety, dobrą książkę oraz kominek już posiadałam. Wszystko czekało. Wystarczyło tylko znaleźć chwilę, rozsiąść się wygodnie na kanapie szczęścia, nalać sobie do kubka w sweterku dobry poncz, by spoglądając od czasu do czasu w migające ognie kominka pogrążyć się w lekturze. Po trzech próbach podejścia do hygge odpuściłam.

Powodem było wszystko: wełna z kubka skrzypiała mi w ręku, że aż zęby bolały, stopom w skarpetach skierowanych w stronę kominka było zdecydowanie za gorąco, kocyk był sztuczny i strzelając ustawiał moje włosy na baczność, a książka nie przeniosła mnie w krainę szczęścia, bo czytałam o przesiedleniach na Kresach Wschodnich w czasie drugiej wojny światowej.

W dodatku dom żył swoim życiem i co chwila słyszałam: Mamo! (syn) Mamo! (córka) Matka! (to mąż), hau (pies), telefon (mama z newsami o pani Krysi). Rodzina uświadamiała mi, że wiele rzeczy leży odłogiem i fakt, że w ciągu dnia uprawiam hygge czyli totalne lenistwo jest nie na miejscu. Generalnie było o kant potłuc, więc rzuciłam wszystko w kąt i znów stanęłam w jedynym słusznym dla kobiety miejscu, czyli za kuchnią. Wtedy wszystko wróciło do normy.

hygge04lf01Ja w sumie też poczułam się lepiej, bo przestałam mieć wyrzuty sumienia. Myślę, że Matki-Polki zrozumieją, o czym piszę.

Życzę wszystkim na święta, sobie też – z góry wiedząc, że to nie nierealne, bo odpoczynek to sztuka, której nie posiadłam i łaska, której nie dostąpiłam – świętego spokoju w pozycji hygge. Chociaż przez 5 minut.

Wszystkiego dobrego!

Jestem na Alasce, wokół lśniący śnieg, po kolana, taki jeszcze z dzieciństwa. Koło drewnianej chaty młody drwal rąbie drzewo. Chwilę patrzę, ale oto przebiega koło mnie czarny pies, spoglądam za nim. Podbiega do innego mężczyzny, wokół biegają husky. Oglądam się za siebie, śnieg, jakieś drzewa. Przystojniak dalej rąbie, ale ja wyruszam już psim zaprzęgiem na przejażdżkę! Siedzę albo stoję, nie wiem, na saniach, takich ze skórami, przede mną kilka psów, obok biegają inne. Piękne widoki, wokół błyszczący śnieg, pędzimy przez jakieś dzikie miejsca, czuję jak adrenalina rozsadza mi głowę. Najwyższy czas zdjąć gogle.

EXPO - 11TH DIMENSIONSC_0465 EXPO - HTC EXPO - INSPIRIA EXPO - SENFINO EXPO - VR VISIO EXPO -CO JEST GRANE PANEL NIERUCHOMOSCI PIOTR_BACZYNSKI RICOH - THIJS EKELSCHOT THIJS EKELSCHOT

Albo kliknąć na inny matriks. Kręci mi się w głowie, gdy spoglądam z drugiego piętra w dół, więc przewrotnie wybieram ekstremalne doznania. Może mi się uda oszukać mózg i wreszcie poszybuję jak ptak stojąc po prostu na podłodze Centrum Nauki Kopernik w Warszawie.

Na razie wybieram roller cloaster, ale rezygnuję z jazdy równie szybko jak ze skoku na bungee (Boże, kto przy zdrowych zmysłach to w ogóle robi!) i przejścia nad wąwozem. Tylko ja i lina, wystarczy jednak spojrzenie w dół, by lęk wysokości kazał znów kliknąć. Zostaję więc bobsleistką, ale wyścigi z prędkością ponad 100 km/h na torze saneczkowym dla kobiety w moim wieku to też lekka przesada.

Kraty. Jestem w amerykańskim więzieniu – wiem, że to amerykańskie, bo film jest Discovery. Poza tym są Murzyni o gabarytach Johna Coffeya z „Zielonej Mili”. Stoję z nimi twarzą w twarz, raz jestem kamerą przy suficie, raz robalem obok buta więźnia, już białego, który, widzę to wyraźnie, wyjął jakąś szpilkę i chce otworzyć kajdanki. Chwilę patrzę, jak się z nimi mocuje, ale za dużo tu testosteronu. Znów klikam.

Płynę więc gondolą w Wenecji, zwiedzam Walię i karmię gołębie na placu świętego Piotra. Ta formuła mi odpowiada. Już wiem, że na emeryturze usiądę na własnej „kanapie szczęścia”, założę gogle, które będą równie powszechne jak teraz komórki i wybiorę z półki kawałek świata, który chcę zobaczyć. Bez biur podróży, rezerwacji w hotelach, czekania na lotnisku, przelotu, zmęczenia. Za darmo. Bezpiecznie. To się dzieje.

Potem jadę rowerem mostem świętokrzyskim, a potem surfuję na desce na oceanie na Hawajach. Polska technologia nieco gorsza, więc i doznania już nie te, w sam raz dla mnie. Jest podniebna huśtawka, z której można oglądać Warszawę z lotu ptaka. Potem stoję na wieży, z której widzę stolicę w XI wieku. Bagna i lasy. Przenoszę się w kolejne stulecia, znów polska technologia, więc do doskonałości daleko, ale chłopaki się starają. Kończy się na ’44, same zgliszcza.

Oglądam pierwszy polski serial w technologii 360 st. Para nie do pary z Magdaleną Różdżką i Paweł Małaszyńskim. Odcinek dzieje się w barze, siedzę jakby na ladzie i oglądam, co się dzieje wokół mnie. Patrzę na kieliszki, browary, dokładnie widzę tablice, szyldy, każdą naklejkę na drzwiach. Nawet jakby Małaszyński rzucił chusteczkę na podłogę, to też bym ją widziała. Treść dla gimbazy, ale gdyby to był na przykład „Wołyń”, uu, można umrzeć.

Ale to wszystko zabawa, rozrywka, czasem pouczająca i ekscytująca, bo przecież pewnych rzeczy człowiek nigdy nie miał, czy nie będzie miał okazji w życiu zrobić, a czasem jak Tilt Brush, nie wiadomo, czemu służąca. WR czyli virtual reality, wirtualna rzeczywistość, staje się rzeczywistością. Na razie jesteśmy pewnie na etapie pierwszych Atari, ale dobrze pamiętamy, jak wyglądały nasze pierwsze komórki, a jak wyglądają obecnie. Ile to lat zaledwie minęło?

Zaletę VR wykorzystują już np. deweloperzy. W ziemi jeszcze dziura, ale oni już tworzą wirtualne bloki, które za chwilę wybudują, mieszkania, które ich klienci mogą już oglądać. Wyjść na balkon na przykład i zobaczyć, jaki jest widok z okna. Albo czy z pokoju do kuchni nie jest jednak za daleko. – Zastosowanie VR to przede wszystkim skrócony czas transakcji – mówi Andżelika Sokół, rzecznik prasowy HomeBroker. -Na razie działamy w ten sposób tylko na rynku wtórnym i tylko w Warszawie i Trójmieście, ale to dopiero początek.

Zakładam gogle i klikam w interesujące mnie okienko. Jestem w jakimś wypasionym domu na sprzedaż pod Warszawą. Oglądam ogród, wchodzę do pomieszczeń. Jestem na górze i na dole. Potem mieszkanie w centrum stolicy. Stoję w kuchni, oglądam wyposażenie, przechodzę do innych pokoi. Potem znów klikam.

Jak się robi taki wirtualny spacer? Można wynająć fotografa sferycznego z Google, można kupić własną kamerkę sferyczną wielkości pilota do TV, koszt około 1.300 zł dobrej marki, można wreszcie ściągnąć aplikację na własnego smartfona. I działać.

Być kimś innym, lepszym, mądrzejszym i ładniejszym; a może po prostu być kimś – to marzenie wielu. Film „Awatar” to odpowiedź na te marzenia. VR to wielka nadzieja dla osób niepełnosprawnych, o zaniżonej samoocenie, walczących z fobiami. 

W wymyślaniu sytuacji ogranicza nas tylko fantazja. Wszystko, co wymyślisz, będzie za chwilę na dotknięcie ręki.

Na VR można też zarobić. Opowiadali o tym kolejni prelegenci, m. in.: Adam Stachowski, producent wideo 360 st. i filmowiec, Marcin Wiśniewski, dyrektor w firmie i3D, będącej prekursorem technologii VR, i który VR stosuje w szkoleniach dla profesjonalistów Andrzej Horoch, prezes Grupy Workroom, który opracowywał strategię komunikacji oraz kreację reklamową dla największych deweloperów, Piotr Łój, producent filmów sferycznych wideo 360 st., organizator weekendów kreatywnych DigUp StartUp wspierających innowatorów, założyciel m. in. Fundacji Virtual Dream, Barbara Berkan, współzałożycielka Mimo VR, pierwszej na rynku polskim wyspecjalizowanej w tworzeniu treści i wdrażaniu technologii VR oraz wideo 360 st.

Jakub Ruszała założył firmę 11th Dimension, to chyba do obejrzenia jego „wirtualnego doświadczenia”, jak to nazywa, ustawiały się najdłuższe kolejki. Eksploracja obrazów Zdzisława Beksińskiego – czyż można zrobić sobie lepszą promocję?

- Pomysł zrodził się z fascynacji grami komputerowymi oraz samym Beksińskim – mówi Jakub Ruszała. – Pojechałem do Sanoka, gdzie mieści się Galeria Zdzisława Beksińskiego i zapytałem, czy są zainteresowani promocją artysty. Powiedziałem, co chciałbym zrobić. Początkowo byli lekko nieufni, ale ostatecznie się przekonali. Uzyskałem ich zgodę i mogłem zająć się „wirtualnym doświadczeniem”.

Czy ktoś był we wnętrzu obrazu, który tylko wisząc na ścianie i tak robi niesamowite wrażenie? Pan Jakub tak opracował spacer, że z drżeniem serca przechodzimy do kolejnych pomieszczeń. Gdy wchodzimy do pokoju, gdzie nad kołyską pochyla się Śmierć bez twarzy, bo w zarzuconej na głowę chustce, a wokół latają wrony, drżenie ciała trudno opanować. Powoli powoli zbliżamy się do alegorii, by równie powoli zajrzeć do wnętrza kołyski – ale tam tylko czeluść bezdenna, którą przechodzimy do kolejnego obrazu artysty. Beksiński byłby zachwycony. 

Ja VR też jestem zachwycona. 

3 i 4 listopada Warszawa stanie się europejską stolicą wirtualnej rzeczywistości. Podczas dwudniowej konferencji w Centrum Nauki Kopernik uczestnicy będą słuchali ekspertów, zapoznają się z najnowszymi trendami oraz dowiedzą się, jak może wyglądać przyszłość społeczeństw dzięki technologii VR.

54beaf81210b6kadr_o

Taką reklamę przeczytałam kilka tygodni temu w gazecie i postanowiłam w tym kongresie, jako dziennikarz, uczestniczyć. Mam już akredytację i w czwartek, 3 listopada, jadę do stolicy. Dlaczego mnie to zainteresowało? Bo mało co z VR (virtual reality) rozumiem. Ale po dwóch dniach zgłębiania wiedzy mam nadzieję wiedzieć więcej. Tą wiedzą, prostym językiem, się z Wami podzielę.

Gdyby ktoś był jednak chętny (niestety, bilety są bardzo drogie – na szczęście jako dziennikarz za akredytację nie płacę), to może jeszcze uczestniczyć w tym kongresie. Poniżej kilka oficjalnych słów na temat European VR Congress.

„European VR Congress to pierwsza konferencja w Polsce, która tak przekrojowo podchodzi do wirtualnej rzeczywistości. Kongres gościć będzie czołowych producentów sprzętu oraz twórców najbardziej innowacyjnych produkcji VR z Polski oraz z zagranicy.

Podczas prelekcji i debat prowadzonych przez zaproszonych ekspertów dowiemy się między innymi o wpływie VR na telewizję i kino. Postawione zostanie pytanie: czy media, w znanym dla nas formacie, przestaną w przyszłości istnieć? Czy relacje live w technice 360 zmienią nasze traktowanie rozrywki sportowej lub odbiór kultury. Jak VR przydaje się psychologom w leczeniu fobii i nieuleczalnych wcześniej traum. Zastanowimy się, jak VR może zmienić nasze kontakty z najbliższymi ludźmi, nasża pracę i czas wolny.

Prelegenci kongresu to eksperci, praktycy i wizjonerzy technologii. Wśród nich są Kelli Peter – International Account Director w Discovery Agency, która opowie o początkach, rozwoju i doświadczeniach w wykorzystywaniu VR przez Discovery; Marcin Łunkiewicz, który wprowadzi gości za kulisy tworzenia pierwszego serialu w 360° „Para Nie do Pary” oraz Barbara Berkan – współzałożyciel Mimo VR, która opowie, jak myśleć o VR, by przynosił finansowe korzyści. Swoje wykłady poprowadzą również: Katarzyna Jaklewicz – dyrektor Działu Rozwoju Cyfrowego Gazety Wyborczej, Paweł Surgiel – założyciel i CEO firmy BIVROST, Jakub Pędziwiatr – Prezes Lemon&Orange oraz wielu innych ekspertów o niezwykle bogatym port folio.

Równolegle do części teoretycznej odbywać się będzie expo, gdzie będzie można doświadczyć, co oznacza zanurzenie w wirtualną rzeczywistość i na co stać dziś producentów tej branży. Uczestnicy będą mogli przetestować najnowszą kamerę sferyczną Ricoh THETA S 360, a dzięki Home Broker SA i Wnętrza 3D zapoznają się z rzeczywistym wyglądem mieszkania, siedząc wygodnie w fotelu na stoisku firm.

Do przetestowania będzie też aplikacja VR Visio ‘Cadillac’ na Samsung Gear VR. Goście będą mogli również przyjrzeć się Warszawie ze specjalnej „podniebnej huśtawki”, posurfować u wybrzeży Hawajów, stanąć twarzą w twarz z gwiazdami polskiego ekranu oraz wejść do środka obrazów Beksińskiego”.

Mam nadzieję, że będzie mega.

Moje kulturalne lato

Brak komentarzy

Spojrzałam wstecz na minione lato i stwierdziłam z satysfakcją, że było kulturalne. Odwiedziłam dwa muzea i jedną czasową wystawę, obejrzałam cztery premiery filmowe oraz cztery sztuki teatralne, byłam też w czterech dobrych knajpach, ale o nich pisać nie będę. 

books-1702790_960_720Moje wrażenia z imprez kulturalnych są następujące. Jeśli chodzi o muzea, to zwiedziłam Zamek Królewski w Warszawie, Muzeum Żydów Polin (po raz drugi) oraz amerykańską wystawę Titanic, która jeździ po świecie, a w to lato zawitała do stolicy. Zamek mi się podobał, ale bez efektu „wow” – historia odbudowy jest bardzo ciekawa, nie miałam pojęcia, że został on odbudowany nie bezpośrednio po wojnie, ale w latach 70. Dopiero w lutym 1973 roku nad zamkiem wyrosła pierwsza wiecha… Muzeum Polin jest niezwykłe i każdy powinien je odwiedzić. Pieniądze są tam wpakowane ogromne, wiadomo jakie i dlaczego (muszę być prawomyślna), a obfitość zebranych eksponatów, materiałów, dokumentów, zdjęć i innych fascynująca. Wszystko meganowoczesne i multimedialne, świetnie oddające ducha i klimat epok, lepiej więc zaplanować sobie na zwiedzanie cały dzień. Plus obowiązkowo gęsi pipek w koszernej restauracji.

Największe wrażenie zrobiła jednak na mnie wystawa przedstawiająca tragedię Titanica. Zwiedzanie z audioprzewodnikiem trwało jakieś dwie godziny, ale wszystko mnie w tej opowieści fascynowało: pomysł budowy statku, jego realizacja, dokładnie odtworzone kajuty dla wszystkich klas, pełnowymiarowa ekspozycja wnętrz, przepych i bogactwo, która poraża nawet po latach,odtworzenie samego przebiegu katastrofy, prezentacja znalezionych na dnie oceanu rzeczy w liczbie około 200 sztuk należących do pasażerów. Historie samych pasażerów, między innymi pierwowzorów Kate i Jacka – 39-letniego właściciela sklepu z Anglii Samuela Morleya, który zostawił rodzinę, i jego 19-letniej kochanki Kate Philips, sprzedawczyni z jego sklepu, którzy w Ameryce chcieli rozpocząć nowe życie. On poszedł na dno, ona się uratowała. Dziewięć miesięcy później urodziła się ich córeczka.

hut-1698351_960_720Niesamowita opowieść o statku, który miał być niezatapialny, a już podczas pierwszego rejsu poszedł na dno. To jak w Smoleńsku – niefrasobliwość dotycząca szeregu drobnych, wydawałoby się kwestii, doprowadziła do tragedii, której można byłoby uniknąć. To ciągłe „gdyby nie to czy tamto…” dawało do myślenia.

Przechodzę do filmów. Jeśli chodzi o „Smoleńsk” – film jest nie do oglądania. Jedyny walor jest taki – oczywiście moim zdaniem – że pozbierał w całość skrajne emocje Polaków doświadczonych 10 kwietnia. Cała reszta to kit: gra aktorska, zwłaszcza w wykonaniu Beaty Fido, to jakaś pomyłka. Gra dziennikarkę, ale jestem przekonana, że nigdy nie była w żadnej redakcji, podobnie jak jej „zwierzchnik”, grany przez Redbada Klijnstra. Oboje są na ekranie co najmniej irytująco-żenujący, a cały film opiera się na roli generałowej Błasikowej w wykonaniu Aldony Struzik.

Ale może nie ma tego złego – dzięki takiej grze film na szczęście nie odniesie sukcesu (strach pomyśleć, co by było, gdyby taką dziennikarkę, u której rodzą się wątpliwości, zagrała z nerwem Agata Kulesza); z drugiej strony nawet jeśli po obejrzeniu filmu w widzu zrodzi się przekonanie, że był zamach, to Rosjanie tak nam dali w kość na przestrzeni ostatnich wieków i tyle od nich nacierpieliśmy niedoli, choćby wysiedlenie całych Kresów, że dobrze im tak! Generalnie film można sobie darować.

peonies-806580_960_720Podobnie darować można sobie „Śmietankę towarzyską” w reż. Woody Allena. Może Amerykanie fascynują się złotą erą Hollywood, bo w zasadzie o tym jest ta opowieść o niczym, ale nas to mało grzeje. Fantastyczne scenerie, treści zero. Zupełnie inaczej odebrałam „Boską Florence” z boską Meryl Streep, która zagra nawet zsiadłe mleko – nie dość, że na faktach, to jeszcze można się było pośmiać. Dobre kino.

„Ostatnia rodzina” w reż. Jana P. Matuszyńskiego to film niewykorzystanej szansy. Dlaczego? Zamiast skupić się na twórczości obu Beksińskich, ciekawego malarza-ojca i intrygującego artysty-syna, tłumacza i dziennikarza, filmowcy pokazują nam ich rodzinne relacje.

Po przeczytaniu książki Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny” o tej rodzinie wiedziałam już prawie wszystko, więc pokazywanie mi na ekranie jak Zofia podciera na starość pupy matce i teściowej, jak wyciera ścierą podłogę w kuchni, jak Zdzisław wynosi w baniakach i workach odchody, bo toaleta jest remontowana, jak Tomasz miewa napady złości i demoluje matce kuchnię albo jak jest niewdzięczny, gdy ta prosi go o spotkanie z babcią uważam za stratę czasu, gdy w tym czasie można było pokazać ich twórczość!

sloe-625743_960_720Tymczasem jeśli ktoś nie znał obrazów Beksińskiego, czy genialnego tłumaczenia przez Tomasza Monty Pytona ewent. jamesów bondów – po obejrzeniu filmu dalej na ten temat nic nie będzie wiedział. Przejmujące obrazy Beksińskiego są jedynie niewyraźnym tłem dla tego codziennego życia, które mnie przygnębia, a nie pociąga. Życie jak życie, moja Mama na przykład też przez dwa lata podcierała pupy dwóm babciom – swojej teściowej i dalekiej ciotce, obie leżały w jednym pokoju w pampersach – heroizm do kwadratu, ale żeby o tym kręcić film? Pan Matuszyński to młody człowiek i chyba dlatego zauroczył się bardziej Zofią, bo takich kobiet już nie ma. Film jest o niej, a Beksińscy czekają jeszcze na odkrycie. Brawa dla gry Andrzeja Seweryna i Aleksandry Koniecznej. Dawid Ogrodnik konkurencji nie wytrzymał.
„Wołyń” – jeszcze nie byłam.

rosehips-285436_960_720A teraz teatralne spektakle, wszystkie obejrzane w stolicy.
Nieporozumieniem była dla mnie sztuka „Pozytywni” w teatrze IMKA z rolami Olgi Bołądź, Grazyny Wolszczak, Łukasza Simlata i Janusza Chabiora. Tekst pisany na kolanie i zagrany od niechcenia – jeśli mam się śmiać z sympatycznego skądinąd pana Chabiora, tylko dlatego, że przebrał się za kobietę, to jednak to nie moje klimaty.

„Berek czyli upiór w moherze” w teatrze Kwadrat oraz „Kto się boi Wirginii Woolf” w teatrze Polonia to popis gry aktorskiej Ewy Kasprzyk, która w obydwu sztukach gra główne role. I robi to fantastycznie. Na pierwszy spektakl wybrałam się całą rodziną i nawet moje nastolatki były zachwycone, bo uśmiały się do łez (cała sala wypełniona po brzegi, spektakl zagrany po raz 500., a „załamany” Paweł Małaszyński grający w duecie, świetnie zresztą, pyta, kiedy widzom znudzi się przychodzić na tę właśnie sztukę); na drugi z przyjaciółmi i też nam się podobało (zagrał jeszcze Krzysztof Dracz, Agnieszka Więdłocha oraz Antoni Pawlicki).

Oczywiście sztuka to nie film z Liz Taylor i Richardem Burtonem, nie ta sceneria i nie ta wiarygodność aktorska, ale z czystym sercem można do Polonii się wybrać. 

berries-235860_960_720Przy okazji ciekawostka – poszperałam w necie, bo gnębiła mnie kwestia nazwy sztuki. Skąd ta Wirginia Woolf, angielska pisarka i feministka, o której w sztuce ani słowa? Wyczytałam, że jeśli chodzi o intrygujący tytuł sztuki: „Who’s afraid of Virginia Woolf?”, to jest on po prostu prześmiewczą przeróbką refrenu „Who’s afraid of the big bad wolf?”, piosenki śpiewanej przez Trzy Świnki w kreskówce Walta Disneya o wielkim złym wilku ze stanu Virginia: Kto by tam się wilka bał (tłumaczenie Mariana Hemara). Taka zabawa i gra słów wykorzystana dla żartu przez mocno już nietrzeźwą główną bohaterkę, Martę, graną właśnie przez Kasprzyk, która czasem grała jak jej koleżanka z teatru, Janda.

Obie te sztuki nijak się jednak mają do monodramu „Shirley Valentine” w teatrze Polonia granej właśnie przez genialną Krystynę Jandę. Trzymać w napięciu widzów przez ponad dwie godziny to istotnie prawdziwa sztuka. Zagrać ponad 700 razy tę samą rzecz z tym samym zapałem i atencją w stosunku do widzów – to już artyzm największego kalibru. Janda to nasze dobro narodowe i tyle w temacie.

Chodźmy do kina, teatrów, muzeów; na wernisaże, koncerty, a nawet kabarety. Ci ludzie tworzą dla nas, warto to docenić.

I znów każdy dopytuje, jak mi się mieszka na wsi. I jak mi smakuje poranna kawa na tarasie. Kawy na tarasie nie piję z dwóch powodów: po pierwsze nie mam tarasu, po drugie nie mam czasu.

tn_coffee-842020_960_720

Na wsi nie da się w łóżku leniwie poprzeciągać, zwłaszcza latem. Jest tyle do zrobienia! Jak wstanę o 9 to wiem, że wieczorem zabraknie mi dwóch godzin, żeby się ze wszystkim „obrobić”.

atn_20160806_133131Sobotę zaczynam (zwykle) od robienia prania. Upiorna ta czynność przestała być aż tak upiorna odkąd kupiłam suszarkę do ubrań. Teraz z największym praniem jestem w stanie uporać się w ciągu jednego dnia. Prań jest pięć, a nawet sześć, ale co wyjmuję z pralki przerzucam do suszarki i po godzinie czy dwóch wyjmuję piękne, pachnące, niepogniecione i od razu wkładam do szafy. Cudo! Dość wywieszania prania na dworze i biegania z nim po z powrotem do domu, bo oto zaczęło kropić, albo wiatr suszarkę przewrócił, albo pies porwał skarpetkę. Albo ciągle pada i w domu pranie nie chce schnąć, a po dwóch dniach czuję brzydką woń.

Suszarka jest super i cały dzień w duecie z pralką sobie chodzą, więc są tłem dla wszystkiego innego, co robię w weekend w domu na wsi.
Krzątam się po domu. Podlewam i pielęgnuję kwiaty, zarówno te na dworze, jak i w domu. Potem wychodzę z psami (jeśli ktoś czytał wcześniejsze wpisy, to wie, że mam dwa wielkie bydlaki), po drodze zbierając zielsko (zioło) o nazwie wrotycz, który rośnie na mojej wsi pasjami. Ponoć, wyczytałam, ma odstraszać muchy, więc chcę przetestować, czy to prawda.

tn_20160809_080509Poza tym uwielbiam zbierać zioła. Na strychu mam już w wielkich lnianych workach: własną pokrzywę, którą zbierałam cały kwiecień w ekologicznym lasku niedaleko domu, tymianek, majeranek, oregano, czyli po polsku lebiodkę i coś tam jeszcze, już nawet nie pamiętam co. Zaraz będę zbierać skrzyp.

Po powrocie nastawiam psom żarcie. I już jest 11. Mąż wzięty z centrum wielkiego miasta, z bloku, okazał się ognistym farmerem, więc co chwila donosi mi płody ziemi ze swojego ekoogródka.

atn_20160807_095035Na cukinię już wszyscy patrzeć nie możemy (robię z niej nieustająco leczo, zupy-kremy z oregano i placki w trzech wersjach); ogórki na okrągło kiszę lub robię w sosie musztardowo-miodowym, ewentualnie wykorzystuję do sałatki z kus-kus; z bazylii mąż robi rewelacyjne pesto, które jest naszym specialite de la maison; a dzisiaj dodatkowo przyniósł mi tonę pomidorów, które leżą i czekają na przerobienie.

tn_20160809_080334Te malutkie, koktajlowe, okazały się wielkim hitem, a sałatka z nich jest rewelacyjna. Mamy też własną cebulę, czosnek, słoneczniki, bób, zieleninę i wszystkie zioła. U rodziców na działce obok mam natomiast fasolę w kilku wersjach, borówki, maliny, jeżyny, czarne porzeczki, śliwki, morele, brzoskwinie, morwę, orzech, itd.; rośnie też winogrono i mnóstwo innych fantastycznych warzyw i owoców, których smak jest nieporównywalny do tych z marketów. Jak to kawałek właściwie uprawianej ziemi potrafi wyżywić, nie do wiary!

Na sobotni obiad robię zupę z cukinii, placki z cukinii, smażone rybki złowione przez mojego brata w jednej z najczystszych rzek w Polsce; do tego jakieś sałatki. Jest 13.

Jutro rodzice robią grilla, więc obiecałam zrobić im dwie sałatki i dwa ciasta. Upiekłam piernik, potem ciasto drożdżowe ze śliwkami, twarożkiem, imbirem i rozmarynem.

chocolate-cake-1552983_960_720Potem zrobiłam jeszcze uwielbiany przez moje nastolatki sernik na zimno z serkami homo oraz malinami i borówkami. Sałatki zrobię jutro, przed samym grillem, żeby były świeżutkie. Jest 16 i muszę położyć się na godzinę, bo tak mam i już.

red-currant-1508506_960_720O 17 jadę na zakupy do miasta, wracam o 19, daję psom jeść (na spacer wychodzi z nimi mąż) i zabieram się za nalewki.

tn_20160821_093249tn_20160817_083320_1

 

 

Kocham robić nalewki. Co roku je robię. W tym mam już truskawkową z miętą (wszystko z własnego ogródka), malinówkę (też), czosnkówkę i dwie różnego rodzaju wiśniówki. Dzisiaj zrobiłam natomiast likier z cukierków-kukułek, będzie na babskie wieczory lub na prezencik dla koleżanek.

Czeka mnie jeszcze jeżynówka, orzechówka i pigwówka. Jest po 20, a ja muszę jeszcze sprzątnąć, co przy 180 mkw. nie jest takie proste. Odkurzam tylko, jutro pomyję łazienki i zmyję chałupę na mokro, co i tak jest próżną robotą przy psach i ludziach ciągle kręcących się między domem, a podwórzem. Jak to na wsi. Jest 21.30, dzwonię do koleżanki na plotting. Po 22 oglądam TV, ale oczywiście mam wrażenie, że mnóstwa rzeczy nie zrobiłam.

tn_20160821_120601Powinnam popisać, ale o tej porze nie bardzo mi się chce. Cały czas mam w planach napisać posty o: Orianie Fallaci i zalewie islamu; kilku fajnych wydarzeniach artystycznych, które „zaliczyłam” i kilku fajnych książkach, które przeczytałam i chciałabym polecić ich lekturę innym oraz o matkach, które nie pozwalają spotykać się swoim dzieciom z ich ojcami.

tn_coffee-1159011_960_720Jeszcze a propos kawy.

Raz czy drugi zrobiłam ją z rana w sobotę dla siebie i męża. Starałam się ją celebrować: piłam powoli i majestatycznie przeglądając ostatni numer ekskluzywnego pisma dla kobiet (tak naprawdę cały czas myślałam, żeby wreszcie wyjąć pranie z suszarki, bo inteligentny sprzęt od dłuższego czasu sygnalizował, że skończył swoją pracę), gdy tymczasem mój mąż wpadł ze swojej działki z cukiniami pod pachą, złapał kawę, wypił ją jednym haustem i nawet na mnie nie spoglądając znowu pobiegł do ogródka. I to była moja „kawa na tarasie”…


  • RSS