nonsensorka

blog Agnieszki Kubik (pierwszy wpis w lipcu 2012 roku)

Książka jest niesamowita podobnie jak niesamowite było życie Liny Codiny, żony Siergieja Prokofieva, genialnego rosyjskiego kompozytora. Ale gdyby ktoś mi tej książki nie polecił nigdy bym jej nie kupiła, gdyż tytuł „Rosyjska namiętność” autorstwa Reyes Monforte skutecznie do tego zniechęca. Okładka i ten tytuł wskazują na tanie romansidło, a tymczasem od prawie 700 stron opartych na faktach trudno się oderwać.

Książkę można rozpatrywać na kilku poziomach, a każdy skłania do refleksji. Po pierwsze – dlaczego niektórzy mają tak nudne życie, jak nie przymierzając moje, a przeżycia innych są nadzwyczaj fascynującym materiałem na niejedną książkę. I czytając nie chce się wierzyć, że wydarzyły się one naprawdę.

Po drugie dlaczego kochający, wydawałoby się faceci, mający wspaniałą rodzinę, dzieci i luksusowe życie nagle odchodzą do kochanek niwecząc to wszystko, co osiągnęli.

Po trzecie do jakiego stopnia historia – w tym przypadku polityka – potrafi wedrzeć się w ludzkie życie i całkowicie je skomplikować.

Jak ułożyłoby się życie Liny, gdyby nie poznała i nie pokochała Prokofieva? Z pewnością nie przeszłaby gehenny, którą zgotował jej los.

2213be75953aCarolina Codina, zwana Liną, urodziła się w Madrycie, w rodzinie śpiewaków operowych, Olgi Nemyskiej i Juana Codina. Autorka książki opisuje Linę jako niezwykle atrakcyjną kobietę, z charyzmą, bardzo wykształconą – swobodnie posługiwała się pięcioma językami – o wielkich ambicjach artystycznych. Jako młoda dziewczyna mieszka z rodzicami w Nowym Jorku, gdzie pewnego dnia poznaje Siergieja Prokofieva, który w 1918 roku, gdy wybucha rewolucja październikowa, opuszcza Rosję i z trzema dolarami w kieszeni dopływa do Stanów Zjednoczonych.

Do ich pierwszego spotkania dochodzi w Carnegie Hall, gdzie wrażliwa na muzykę Lina zakochuje się w Siergieju słysząc kilka taktów jego I Koncertu Fortepianowego. Wkrótce nawiązują romans, zostają kochankami i poza sobą nie widzą świata.

pd1844480

Siergiej był starszy od Liny o sześć lat, urodził się w małej ukraińskiej wiosce Soncowka. Jego matka, mająca na niego duży wpływ Maria Grigorijewna, straciła dwie małe córeczki zanim powiła Siergieja. W ciąży wciąż grała na fortepianie. W wieku dwóch lat zaczął grać on sam, a gdy w wieku pięciu lat skomponował swój pierwszy utwór, wszyscy mówili, że rośnie drugi Mozart.

Romansujący Lina i Siergiej prowadzą niezwykle aktywne życie wśród amerykańskiej, a potem europejskiej awangardy, w świecie artystów, pisarzy, malarzy, mody. Coco Chanel, Artur Rubinstein, Ernest Hemingway, Pablo Picasso, Maurice Ravel, Henri Matisse; mieszkają we Francji, Włoszech, Szwajcarii, Niemczech; odwiedzają kluby, restauracje, hotele, sale koncertowe; prowadzą luksusowe i światowe życie. W 1923 roku zostają małżeństwem, rodzą się dwaj synowie: Światosław i Oleg.

 

Siergiej Prokofiev komponuje jak szalony, każde jego dzieło zostaje okrzyknięte genialnym, a Lina jest jego menadżerką i najlepszą opiekunką. Można powiedzieć, że mają wszystko, a Lina urodziła się pod szczęśliwą gwiazdą.

Ale tak nie jest.

Rosja Radziecka chce powrotu swoich genialnych synów, którzy opuścili ją tuż po rewolucji. Kusi i nęci, bo artyści mają tworzyć na chwałę ludu pracującego miast i wsi. A Siergiej coraz częściej wspomina łany rodzimych zbóż i zapach ulic Piotrogrodu, dzisiaj Petersburga, więc coraz trudniej mu się oprzeć nieustannym zaproszeniom z Kraju Rad. W końcu jadą, choć wielu przyjaciół ostrzega, że nie jest to dobra decyzja.

Wojaż po Rosji w 1927 roku jest wielkim sukcesem, są traktowani jak dzisiejsi celebryci, co skutecznie usypia ich czujność. Choć słyszą już o aresztowaniach i zamykaniu ludzi na Łubiance, a potem ich wywozach nie wiadomo dokąd.

Zesłaniu poety Osipa Mandelsztama, zagadkowej śmierci Włodzimierza Majakowskiego. Jego kolega po fachu Dmitrij Szostakowicz staje się wrogiem ludu, a Michaił Tuchaczewski ginie oficjalnie uznany za zdrajcę narodu. To efekt stalinowskich czystek, którego początkiem było zabójstwo Siergieja Kirowa w 1934 roku. Szacuje się, że w tym okresie około miliona Rosjan zostało zesłanych do gułagów lub straconych.

A jednak po którymś pobycie Prokofievów w Rosji, mimo ogromnych oporów Liny, rodzina osiedla się tam na stałe.

Dlaczego decydują się na ten krok – Bóg jeden raczy wiedzieć. Zdroworozsądkowa Lina chce niebawem wracać do Europy, ale Siergiej przestaje jej słuchać. Ona chce normalności, zwłaszcza dla swoich synów, on uważa, że normalność jest właśnie w Rosji. I wystarczy niczego złego nie zrobić, by nie zostać ukaranym.

Ona odwiedza wszystkim wokół, on boi się wychodzić z własnego mieszkania całkowicie skupiając się na komponowaniu. Ona chce prowadzić życie towarzyskie i artystyczne, on coraz bardziej zamyka się w sobie. Czy ich drogi zaczynają się rozchodzić? Siergiej ma chyba powoli dość światowej małżonki, która tak nie pasuje do siermiężnego życia w Moskwie i zawsze ma swoje zdanie.

I Siergiej znajduje idealną – a może partia mu ją podstawia, do dziś tego nie wiadomo – w osobie 20-letniej początkującej poetki Miry Mendelson.

eight_col_Mira_Mendelssohn_ProkofievZe zdjęć spogląda mało atrakcyjna młoda kobieta, której nie dane było zbudować szczęśliwego związku, bo takiego nie da się stworzyć na gruzach czyjegoś nieszczęścia. Ukrywanie romansu przed żoną, choć huczy o nim cała Moskwa, oszukiwanie Liny, wreszcie oficjalne już pozostawienie żony z synami i przeprowadzka do kochanki – te kartki książki czyta się jak przez sen. Nie chce się wierzyć, że Prokofiev jest do tego zdolny!

W życiu Liny zaczyna się najgorszy rozdział. Najpierw wojna 1941 roku, kiedy w Moskwie zostaje sama z dziećmi, podczas gdy Siergiej z Mirą wyjeżdżają w bezpieczne rejony Kaukazu. Brak jedzenia, brak pieniędzy, straszne choroby, na które wszyscy zapadają i które ledwie przeżywają, naloty bombowe i przede wszystkim brak jej ukochanego Siergieja, a potem informacja, że Mira zostaje jego żoną – to wszystko musi Lina przeżyć, bo najgorsze wciąż przed nią.

Musi się hartować.

Przestając być oficjalnie żoną Prokofieva – choć nigdy się nie rozwiedli, więc w świetle prawa kompozytor był bigamistą – Lina traci nad sobą parasol ochronny.

W lutym 1948 roku zostaje zwabiona do samochodu, wywieziona na Łubiankę i straszliwie torturowana. Nie chce się wierzyć, że ta słaba kobieta, tam jedynie numer 3939, przeżyła ciągłe bicie, karcery, noce w maleńkiej celi stojąc w lodowatej wodzie, brak snu, potem przenosiny do najcięższego moskiewskiego więzienia, do Lefortowa.

unnamedPod jakimś absurdalnym zarzutem zostaje skazana na 20 lat pobytu w gułagu niedaleko Workuty w obozie Abez. -55 stopni mrozu, noc polarna trwająca sześć miesięcy, praca przy wyrębie lasów, mały kawałeczek chleba pod wieczór. Ale i nieco szczęścia, gdy wartownicy rozpoznają w niej żonę wielkiego Prokofieva i dają dodatkowy sweter czy kawalątek słoniny.

O radzieckich gułagach napisano wiele, ale za każdym razem czyta się o tym piekle na ziemi z wypiekami na twarzy. Jak ktoś mógł w ogóle przeżyć choć dzień w tak nieludzkich warunkach? Jak mógł zachować godność, widząc i doświadczając zwierzęcego traktowania? Jak mogła przeżyć to wszystko Lina wiedząc, że jej ukochany mąż ma nową żonę, o niej ani o pozostawionych na pastwę losu dzieciach w ogóle nie pamięta, i że tak naprawdę została zesłana do łagru tylko dlatego, że tak bardzo go kochała?

 

Jednak Lina przeżyła. Po śmierci Stalina – los zrządził, że dokładnie tego samego dnia zmarł i Siergiej Prokofiev – karę obniżono jej do 8 lat. Gdy wyszła na wolność wszystko było już inne.

Lina Codina dożyła 91 lat, zmarła na raka żołądka w Londynie w 1989 roku, przeżywszy męża 36 lat. Mira Mendelson zmarła dużo wcześniej, w 1968 roku, i została pochowana we wspólnym grobie z Prokofievem, jej też, a nie Linie czy synom, przepisał prawa autorskie do swoich dzieł. Lina nigdy nie chciała się z Mirą spotkać mimo wielokrotnych propozycji. Po wyjeździe z Rosji w latach 70. Lina założyła fundację dbającą o dorobek artystyczny Siergieja Prokofieva, wywalczyła sobie również prawa do jego dzieł. Zapraszano ją do Rosji, ale zawsze odmawiała. „Dwa razy nie powtórzę tego samego błędu” – zwykła mawiać.

Do końca życia kochała męża i nigdy nie uwierzyła, że mógł być szczęśliwy z Mirą.

Dzieje Liny to kolejne potwierdzenie faktu, że prawdziwe życie jest o wiele ciekawsze niż najbardziej nawet wymyślny scenariusz.

 

Fot. internet

- Dziennikarstwo zeszło na psy – słyszę często i równie często się z tym określeniem zgadzam (choć honoru psów, jako posiadaczka trzech czworonogów, będę bronić). Jak wiemy, dziennikarstwo ma różne oblicza, między innymi: telewizyjne, radiowe, prasowe i internetowe. Najgroźniejsze zawsze jest to pierwsze, najbardziej zagrożone to trzecie, najniższy poziom reprezentuje to ostatnie.

dziennka

Dawniej dziennikarstwo było prostsze: notes, długopis, aparat fotograficzny. I własna głowa. Biegało się po przysłowiowych polach, do ludzi na wsiach i małych miasteczkach, na tak zwaną pierwszą linię frontu; wyszukiwało ciekawe, ale i pouczające historie, które innym dawały do myślenia i były formą profilaktyki; siedziało po nocach, byleby zdążyć napisać superciekawy tekst, bo deadline gonił.

Wtedy tekst pomagał zrozumieć otaczający nas świat. Nie było Internetu, więc tłumaczyli go między innymi dziennikarze. Na przykład mistrz Ryszard Kapuściński.

Dziś tekst zaciemnia świat wokół nas, gmatwa go i wprowadza chaos.

Wtedy najważniejszy był czytelnik. Dziś pieniądz.

Dobre i wyważone teksty publicystyczne oraz reportaże czytam w Polityce, Gazecie Wyborczej, Dużym Formacie, Wysokich Obcasach, coraz rzadziej w Twoim Stylu, ostatnio w Przekroju. Żałuję, że nie ma ich w prasie prawicowej, a także katolickiej (ale może za rzadko sięgam, choć właśnie z ww. powodów).

Ale nie należy mylić dobrego tekstu w papierowym wydaniu Gazety Wyborczej z tekstami na gazeta.pl – chyba, że są to płatne artykuły (tzw. paywall). W Internecie kwitnie gimbaza. Kwintesencją gimbalizmu są strony FB różnych tytułów, gdzie jest dobrze, jeśli pojawiają się jedynie zajawki tekstów. Gorzej, gdy stronę moderuje młody wilczek, który z dziennikarstwem ma tyle wspólnego, co jakaś pogodynka w TV, również dumnie nazywana „dziennikarką”.

Ale żeby nie było złudzeń, FB podobnie jak Google ma swoje „roboty” i one są najważniejsze – każdy lajk to większa popularność, większa popularność, to większa sprzedaż (czegokolwiek), większa sprzedaż, to większa kasa, większa kasa – wiadomo, cel osiągnięty, prezes może dostać premię. O błędach ortograficznych, stylistycznych i interpunkcyjnych nawet nie wspominam, dla pokolenia słowników w smartfonach przecinki nie istnieją, albo są złem koniecznym.

Dawniej bez dobrego redaktora, który z gniota potrafił zrobić wartościowy tekst, redakcja nie istniała. Teraz takich redaktorów wyrzuca się na bruk. Co tam, najwyżej internauci popsioczą na takiego dyletanta, który w tak zwanym międzyczasie skroi kilka kolejnych tekstów, jak nie przymierzając Remigiusz Mróz.

Dawniej ceniło się dziennikarzy, którzy, jak wcześniej wspomniałam, potrafili świat objaśniać. Ważne było oczytanie, kojarzenie faktów i zjawisk. Wybuch bomby w Kabulu – ok, ale chcę wiedzieć więcej: dlaczego?

Dzisiaj ważniejszy jest najgłupszy nawet filmik dodany do treści, bo za każde jego odtworzenie są realne pieniądze. W miejsce zwolnionych redaktorów przychodzi gimbaza, która potrafi nagrać ów filmik prosto z ręki. Czy filmik dotyczy wybuchu w Kabulu? Najczęściej nie, ale to i tak nie ma żadnego znaczenia.

Internetowe serwisy, nawet te poważne, dają taką papkę, że już nie wiem, czy to Stalin napisał Jadłonomię czy Rozenek prowadziła działania wojenne w Wilczym Szańcu. A sutek prześwitywał Stuhrowi czy może jednak Opole będzie w Kielcach. Co za różnica, zwłaszcza w dobie fake newsów.

I ta totalna medialna schizofrenia, której tak nie znoszę. Choćby informacja, która obiegła całą Polskę: w zoo w Borysewie lwy rozszarpały lwiątka. Zatroskane media pochyliły się nad ich losem oraz „przerażonych widzów zmuszonych” oglądać całą sytuację. No jak te lwy mogły – po czym spiker dodaje, że „film z tych przerażających” scen do obejrzenia na coś tam-coś tam 24.pl…

4-latek utopił się na basenie w Uniejowie – film z dryfującym ciałem chłopca dostępny na stronie…

Facet stoi na moście, chyba za chwilę skoczy do wody – film z tych strasznych chwil do obejrzenia…

Rotweiller zmasakrował twarz 6-latce – film do obejrzenia…

Matka zapakowała noworodka do beczki po kapuście – film do obejrzenia…

Jeśli nie będzie obrazu/filmiku tu, czytelnik przeniesie się gdzie indziej.

Telewizję ganię za upartyjnienie, a dziennikarzy tam pracujących za brak obiektywizmu. Taki Michał Rachoń (to jakaś zgroza!) czy Danuta Holecka nie powinni parać się dziennikarstwem w TV publicznej – bo jeśli przyjęłaby ich prywatna, to proszę bardzo. A tymczasem w Polsacie można posłuchać i pooglądać rzeczowych wywiadów prowadzonych przez Agnieszkę Gozdyrę, w TVN Bogdana Rymanowskiego (choć nie mogę mu wybaczyć, że do audycji o ustawie aborcyjnej zaprosił czterech facetów i żadnej kobiety!), w RMF Roberta Mazurka, który rzadko daje się zapędzić w kozi róg, podobnie jak Konrad Piasecki, obecnie w Radiu Zet. Wymieniam tylko dziennikarzy zajmujących się działką polityczną, ale tych lubię po prostu najbardziej.

Ale jeszcze bardziej od upartyjnienia i traktowania TV jak prywatny folwark doskwiera mi fakt, że newsy z zagranicy są podawane jedynie z kilku państw. TV, za którą płacę ciężko zarobione pieniądze, woli pokazać, że we Francji spadł właśnie śnieg, a w Niemczech pali się stodoła (autentyczne!), niż przybliżyć, co wydarzyło się np. w Czechach, na Słowacji, w Rumunii czy Chorwacji. Tam też żyją ludzie i też dzieją się przeciekawe rzeczy, o których próżno poczytać gdziekolwiek.

dziiii

Prasa, również ta naprawdę dobra, bo robiona przez dobrych dziennikarzy i jeszcze lepszych redaktorów, upada. Są jeszcze osoby, które nie wyobrażają sobie porannej kawy bez szelestu kartek i zapachu farby drukarskiej, bez zapoznania się z felietonem ulubionego autora, bez wczytania się w teksty publicystyczne. Coraz większej liczbie ludzi wystarcza jednak kilka klików w smartfona między jednym a drugim haustem tejże kawy (na trzeci nie ma już czasu). A potem wypisują bzdury pod różnymi tekstami w Internecie, bo nie mają wiedzy w danym temacie. Nie zadali sobie żadnego trudu, by go zgłębić.

A my, dziennikarze, dla takich właśnie osób musimy pisać nasze teksty. I kręcić filmiki. Może niedługo będziemy pisać pismem obrazkowym? Niewykluczone.

Prasa upada, bo dla czytelników przestaje być atrakcyjna. Cokolwiek by się nie wymyśliło, i tak TV czy Internet będą ciekawsze, bo szybsze, dynamiczniejsze, bardziej kreatywne, mające morze możliwości w porównaniu z gazetą.

Prasa upada, bo przestaje się opłacać utrzymywać dziennikarzy, którzy ją tworzą. Zwłaszcza tych dobrych. Zamiast jednego dobrego lepiej zatrudnić trzech młodych, którzy kręcą filmiki i wrzucają do Internetu. A jeśli nawet piszą teksty, to tak powierzchowne, że nie wiadomo, jak to czytać. Ale to są nasi następcy i to oni za chwilę będą redaktorami naczelnymi.

Prasa upada, bo gazetami rządzą księgowi, dla których najważniejszy jest Excel. Tam musi się wszystko zgadzać. Dla nich gazeta to jak fabryka produkująca papierowe kubki.

Prasa upada, bo do redakcji, zwłaszcza w TV czy większych gazet, idzie się po znajomości, a nie dlatego, że jest się dobrym dziennikarzem.

Prasa upada, bo każdy dziennikarz ma kredyt, z powodu którego zaciska zęby i wykonuje durne polecenia zamiast się im przeciwstawić. To zresztą dotyczy nie tylko dziennikarzy.

Tak to jest, gdy społeczeństwo zamienia być na mieć i zaraża się grypą dobrobytu. Uważam, że to jest właśnie sedno upadku mediów, a także wielu innych dziedzin życia w Polsce.

MOJE WPISY DOTYCZĄCE DZIENNIKARSTWA MOŻNA POCZYTAĆ TEŻ TUTAJ

Skończę dziennikarstwo i zostanę gwiazdą TVN

http://nonsensorka70.blog.pl/2013/04/19/kazdy-chce-byc-dziennikarzem/

W łóżku z panem Jackiem

http://nonsensorka70.blog.pl/tag/bal-dziennikarza/

Anna Mucha się porzygała

http://nonsensorka70.blog.pl/2014/07/12/anna-mucha-sie-porzygala/

 

 

Po moim wpisie o Magdalenie, matce Wojciecha, historia zatoczyła koło. Moje malutkie wspomnienie przeczytała Barbara Ahrens-Młynarska, córka pani Magdaleny i siostra Wojciecha Młynarskiego – ta ślicznie nabzdyczona na zdjęciu – od 46 lat przebywająca na emigracji w Szwajcarii.

rep-Arystokraci3-14Pani Basia nawiązała ze mną kontakt, a potem zaproponowała spotkanie w Warszawie, bo na kilka dni przyleciała do Polski celem zaplanowania cyklu wieczorów autorskich.

Barbara Ahrens-Młynarska wydała właśnie tomik poezji pt. „Ślady łez” z naprawdę cudownymi wierszami.

Cudowne było też nasze spotkanie w cukierni Słodki…Słony Magdy Gessler w centrum Warszawy.

Kobieta z wielką klasą i o wielkiej dobroci serca, której życie jest materiałem na książkę. I taka książka ma właśnie powstać, pewnie zostanie wydana w przyszłym roku. Już zachęcam do jej przeczytania, niektóre wątki będą po prostu fascynujące. Choćby o Neli Rubinstein, żonie wielkiego pianisty Artura Rubinsteina, ciotce pani Basi (ojciec Neli, Emil Młynarski, był bratem dziadka pani Basi), u której w Szwajcarii przebywała. 

Pani Basiu, dziękuję za wspólnie spędzony czas. I muszę zacytować choć jeden z wierszy:

„Tego walca nie zatańczy pan już ze mną,

bo po prostu czas upłynął, czas nasz minął,

Ja przytyłam i nie zmieszczę się w sukienkę,

którą tylko na ten jeden bal kupiłam.

Pan obiecał wtedy walca i coś więcej

Co? – nieważne, było, przeszło i nie wróci.

Pan tak mocno trzymał wtedy mnie za ręce,

a walc płynął, pan nie tańczył, lecz go nucił.

No, a dzisiaj, ja już nie chcę tańczyć walca,

Pan posiwiał i tak dziwnie jakoś zmalał.

Ja przytyłam i nie stanę już na palcach.

To już zresztą nie ten walc i nie ta sala.

Tego walca nie zatańczy pan już ze mną,

bo po prostu czas upłynął, czas nasz minął,

Pan posiwiał, ja nie zmieszczę się w sukienkę,

którą tylko na ten jeden bal kupiłam.”

Historia zatoczyła koło, gdyż jakieś 22 lata, podczas spotkania z Magdaleną Młynarską, wręczyłam jej pięknie ilustrowany album z psalmami. Matka Basi i Wojtka była bardzo wierzącą kobietą. 22 lata później jej córka wręczyła mi swój tomik poezji, który jest piękną puentą… no właśnie czego? Że wszystko jakoś do człowieka wraca?

Z Internetu: Polacy mieszkający w Szwajcarii doskonale wiedzą, że nikt, przez ostatnie dekady, nie zajmował się pielęgnowaniem polskiej kultury na ziemi Helwetów tak, jak Barbara Ahrens-Młynarska. Gdyby nie jej energia, konsekwencja, talenty organizacyjne oraz rozległe kontakty, a także odporność na przeciwieństwa i krytykę, nie byłoby tych wszystkich spotkań z ludźmi polskiej kultury i sztuki, które z pewnością wpłynęły na podniesienie jakości życia intelektualnego w polskich domach pod szwajcarskim niebem. 

Przez wszystkie te lata Barbara Ahrens-Młynarska niestrudzenie działała na rzecz szerzenia kultury polskiej na obczyźnie. Najpierw we współpracy z Domem Polskim w Zurichu, a od 1986 roku w założonym przez siebie Klubie Miłośników Żywego Słowa, zapraszającym cztery razy w roku polskich artystów sceny i estrady, dziennikarzy i pisarzy, muzyków i wokalistów. Kanapa, na której nocowali w pokoju gościnnym domu Barbary i Uwego, jej drugiego męża, powinna się nazywać „Łoże Mistrzów”. Spali na niej najwięksi: Ryszarda Hanin, Agnieszka Osiecka, Irena Kwiatkowska, Gustaw Holoubek, Tadeusz Łomnicki, Stefan Kisielewski, Andrzej Łapicki, Jan Nowak-Jeziorański, Ryszard Kapuściński, Tadeusz Konwicki – goście Klubu Miłośników Żywego Słowa, prezentujący polską kulturę szwajcarskiej Polonii.

Marcin Zieliński z mojej parafii uzdrawia ludzi mocą Ducha Świętego. Niewidomi odzyskują wzrok, niemi słyszą, a chromi schodzą z wózków inwalidzkich. Opis charyzmatu Marcina można znaleźć w Internecie, posłuchać relacji osób, które dzięki jego modlitwie zostały uzdrowione. Chłopak ma jakieś 25 lat i duchowe doświadczenia, które opisał w swojej książce „Rozpal wiarę, a będą działy się cuda”. Cuda, które sam sprowokował.

maercinMarcin zaimponował mi. Miał chyba z 16 lat, kiedy po nocy spędzonej na czuwaniu w kościele, w wigilię Zesłania Ducha Świętego, poczuł, że już nic nie będzie takie samo, jak wcześniej. Zaczął zgłębiać Słowo Boże.

Pisze tak: „A od czasów Jana Chrzciciela aż dotąd królestwo niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je” Mt 11,12. – ten fragment Pisma Świętego był w moim życiu kluczowy, by wejść w posługę uzdrowienia. Moment mojego nawrócenia z religijności do wiary rozbudził we mnie pragnienia, których nigdy wcześniej nie miałem. Zacząłem pragnąć widzieć królestwo Boże przejawiające się na ziemi przez moje ręce. Widziałem moc Bożą na kartach Ewangelii. Słyszałem świadectwa księdza na spotkaniach biblijnych. Dlaczego nie miałbym widzieć tego w moim własnym życiu? Co możesz zrobić, kiedy nikt nie zaprasza cię na posługi, nikt nie chce, byś się nad nim modlił, nikt nie dzwoni, nie pisze? Musisz wziąć sprawy w swoje ręce i zacząć walczyć o obietnice, które Bóg zostawił nam w Biblii. Czytałem słowa Jezusa, które obiecywały, że KAŻDEMU, kto uwierzy, te znaki towarzyszyć będą! W przypisach nie znalazłem komentarza „Każdemu oprócz Marcina Zielińskiego”. Każdemu! Więc i mnie! W ten sposób zaczęła się moja desperacka pogoń za uzdrowieniem”.

Marcin modlił się o uzdrowienia przez moc Ducha Świętego przez kolejnych kilka…lat, ale nie widział żadnych rezultatów. Ja pewnie zwątpiłabym w „swój charyzmat” po trzeciej próbie uzdrowienia. Jego też zniechęcano, podśmiewano się. Marcin nie zwątpił, gdy Jezus go „testował”.

Pisze dalej: „I tak minęło kilka lat posuchy, setki omodlonych osób, tysiące sytuacji, w których przełamywałem swój komfort, podejmowałem ryzyko wiary podchodząc do nieznajomych i narażając się na ośmieszenie. Pamiętam wiele nocy, kiedy wołałem do Boga ze łzami w oczach: „Gdzie są Twoje obietnice, gdzie one są w moim życiu?!”. Aż w końcu przyszedł moment, kiedy powiedziałem Bogu: „Niezależnie od tego, czy będę widział uzdrowienia czy nie – i tak będę to robił. Tak mówi Twoje słowo, więc nie obchodzi mnie, co widzą moje oczy, będę kładł ręce na chorych i w końcu zobaczę”. Na owoce tej modlitwy nie musiałem długo czekać”.

Marcin posługuje w grupie uwielbienia Głos Pana, jeździ zapraszany na spotkania z modlitwą o uzdrowienie po całej Polsce i świecie. Moja córka chodzi na spotkania grupy w każdy wtorek i mówi – ja jeszcze nie dotarłam, ale oczywiście zamierzam – że uzdrowienia są częste, a omdlenia ludzi trąconych skrzydłem Ducha Świętego to standard. – Mamo – mówi – ci ludzie nie padają wprost na posadzkę, ale osuwają się, a ich głowa jest jakby przez kogoś niewidzialnego podtrzymywana. Marcin nam mówi, że to sam anioł dba o to, by sobie nic nie zrobili…

Bywa, że pod kościół zajeżdża i kilkaset aut; ostatnio Marcin uzdrowił górala z Zakopanego, który przyjechał specjalnie na spotkanie do mojego miasta. Mężczyzna nie chodził, od 4 lat był na morfinie. 

dolindoW moje ręce wpadła też książeczka pt. „Jezu, Ty się tym zajmij”. Nie słyszałam wcześniej o ks. Dolindo Ruotolo, który zmarł 47 lat temu. Żył w Neapolu, o nim samym też można poczytać w Internecie, trwa jego proces beatyfikacyjny.

Jezus podyktował mu „Akt zawierzenia”, o którym miał powiedzieć, że „Nie ma skuteczniejszej nowenny niż ta”.

Czytam ten akt i przyznam, że jestem w szoku: tak naprawdę żadna modlitwa nie jest potrzebna! To powrót do pięknego fragmentu z Księgi Przypowieści 3:5-7 „Zaufaj Panu z całego serca i nie polegaj na własnym rozumie. Pamiętaj o Nim na wszystkich swoich drogach, a On prostować Będzie twoje ścieżki”.

Jezus mówi księdzu Dolindo tak (przytoczę kilka zdań, bo cały „Akt zawierzenia” jest bardzo długi, ale naprawdę warto go przeczytać): „Dlaczego wpadacie w zamęt niepokojąc się? Pozostawcie mnie troskę o wasze sprawy, a wszystko się uspokoi. Powiadam wam, że naprawdę każdy akt prawdziwego, ślepego, całkowitego zawierzenia się Mnie sprawia to, czego pragniecie i rozwiązuje najtrudniejsze sytuacje. Zawierzenie Mnie nie polega na podejmowaniu usilnych starań, wzburzeniu i rozpaczaniu, a następnie kierowaniu do mnie gwałtownej modlitwy, abym podążył za wami i przemieniał ten niepokój w modlitwę. Zawierzenie oznacza zamknięcie oczu duszy, odwrócenie myśli od zmartwienia i zdanie się na mnie, abym to ja sam działał, słysząc, jak mi mówicie: Ty się tym zajmij. (…) Jeśli mówicie Mi naprawdę: bądź wola Twoja, co oznacza to samo, co Ty się tym zajmij, działam z całą wszechmocą i rozwiązuję najtrudniejsze sytuacje. Oto widzisz, że dolegliwość przybiera na sile zamiast słabnąć? Nie niepokój się, zamknij oczy i powiedz z ufnością: bądź wola Twoja, Ty się tym zajmij. Powiadam ci, że zajmę się tym i zadziałam jak lekarz, a nawet uczynię cud, jeśli będzie trzeba (…)”.

o.macricnKsiążeczkę „Jezu, Ty się tym zajmij” podsunął mi o. Marcin Ciechanowski, egzorcysta, którego miałam okazję poznać podczas Jasnogórskich Dni Skupienia. On je prowadził, a na spotkania „zaciągnęli” mnie moi przyjaciele ze studiów. Było fajnie, bo ojciec to mądry kapłan.

Ale najważniejsze, że podczas tych ostatnich tygodni, właśnie dzięki Marcinowi, księdzu Dolindo oraz o. Marcinowi z Jasnej Góry, zrozumiałam, że: wiara i religia to dwie różne sprawy, że Jezus jest ciągle Ten sam, co dwa tysiące lat temu i że można go nie spotkać, nawet będąc codziennie w kościele, a dwa razy dziennie się modląc.

I chyba najtrudniejsze, bo wciąż wydaje mi się to fascynująco niesamowite, że w duchowej rzeczywistości znajdujemy się na równi z Jezusem, gdyż poprzez Jego mękę, śmierć i zmartwychwstanie otrzymaliśmy Jego autorytet. Na nic nie musimy już pracować, bo Jezus zrobił to za nas. Musimy tylko przyjąć to, kim się staliśmy.

„To objawienie zrewolucjonizowało moją modlitwę o uzdrowienie – pisze Marcin Zieliński w swojej książce. – Zamiast błagać i prosić, zacząłem deklarować, ogłaszać i zwracać się do chorób w autorytecie Jezusa. (…) On zostawił nam swój autorytet, abyśmy z niego korzystali. Po co ci milion dolarów w banku, skoro z nich nie korzystasz? Po co ci Jego autorytet, skoro nie będziesz go używał?”

Po co o tym wszystkim piszę? Bo coraz bardziej przekonuję się, że życie duchowe jest o wiele bardziej fascynujące niż to zwykłe, w realu. O wiele bardziej.

Przeprowadzam wywiad, a głowa leci mi do tyłu, jakby ktoś ją co chwila popychał. Wiem, że tego nie widać, więc dalej siedzę, niby pionowo, ale tak naprawdę czuję się jak na karuzeli. Zastanawiam się, czy jak wstanę, to się nie przewrócę. Mam zawroty głowy, zatkane ucho (za godzinę pewnie przejdzie, ale wtedy być może zaniewidzę na oko), ścisk w klatce, wewnętrzny dygot, nie mogę zebrać myśli, słowa nie chcą się układać w ładne zdania, a całe ciało jest napięte do granic możliwości. Za chwilę zemdleję…

wesSpokojnie, to tylko nerwica.

Nie-nerwicowcy niech dalej nie czytają, bo i tak nie zrozumieją.

Odkąd pamiętam czuję się źle. Po raz pierwszy odleciałam w wieku chyba 10 lat, gdy bawiłam się z dzieciakami przed domem. Piłka leciała w moim kierunku, a ja doświadczyłam odrealnienia rzeczywistości – i odlot. Nie upadłam, ale nie wiedziałam też, co się ze mną dzieje. Dzieci zawołały mojego ojca, który zaniósł mnie do domu. Leżałam i było dziwnie. Potem były omdlenia w kościele, w sklepie, w szkole. Nikt się tym nie przejmował, łącznie ze mną. Pół studniówki przesiedziałam na szkolnym korytarzu, bo nie potrafiłam określić, co mi jest. Znów było dziwnie, a powrót do bawiących się koleżanek i kolegów ponad siły.

Wyjechałam na studia do Rosji – i tam to się działo!

Jak tylko przyjechałam do Petersburga, na mojej prawej dłoni pojawiły się żywe rany. Krwawiły, więc zakładałam i wymieniałam bandaże. W sumie też się tym zbytnio nie przejęłam – tyle innych rzeczy się działo – aż w końcu koleżanka z trzeciego roku, przerażona widokiem, zaprowadziła mnie do jakiejś wojskowej przychodni przy placu Zimowym koło Ermitażu. Lekarka zawołała swoje koleżanki, wszystkie zadziwione coś tam nade mną po rosyjsku mówiły, w końcu przepisały maści, których nie wiem nawet, czy ostatecznie użyłam. Samo przeszło po kilku miesiącach.

Potem zaczęłam mieć uderzenia do głowy i ataki paniki. Koleżanki zaliczały kolejnych facetów, a ja co chwila umierałam. Co i rusz trafiałam do ruskich szpitali.

Za pierwszym razem do przybytku dla cudzoziemców i było super. Lekarze określili, że mam „brzucholca”, bo miałam ogromne problemy gastryczne – i leżałam sobie w poczuciu bezpieczeństwa, że nawet jak zemdleję na tym szpitalnym łóżku, to mnie szybko ocucą. Poznałam bardzo miłego Wietnamczyka i Polkę, która studiowała dyrygenturę w Rosji; znajomi mnie odwiedzali, sale były dwuosobowe z TV, a na deser podawano… pęcherzyki powietrza, które wyglądały jak mydlana piana. Jadło się to łyżką, a pielęgniarki mówiły, że piana zastępuje spacer na świeżym powietrzu. Leżałam kilka dni i jak tylko wyszłam zachciało mi się natychmiast wrócić.

Nie było to takie proste. Karetki pogotowia przyjeżdżały do mnie, a ja, zgłębiając codziennie rosyjską encyklopedię zdrowia (raczej chorób), wmawiałam lekarzom, co mi jest, a ci, o dziwo, wierzyli. Dostawałam kolejne leki, ale było tylko gorzej; ktoś, kto przeżył lub przeżywa nerwicę, wie doskonale, o czym piszę. Wystarczy, że napiszę słowo „kaloryfer” i dla nerwicowców wszystko będzie jasne.

Któregoś razu, znów umierając i dodzwaniając się na pogotowie usłyszałam w słuchawce, że znowu dzwoni „ta wariatka”, i że nie będą już do mnie jeździć. Strasznie nakrzyczałam, więc przyjechali, ale dali głupiego jasia i pojechali. Do rana nie mogłam ruszyć ręką i nogą, a nawet językiem, byłam sparaliżowana, a wewnątrz umierałam na dobre. To był mój najgorszy dzień w życiu. Więcej do nich nie zadzwoniłam.

Po kilku dniach, przekonana, że mam krwawienie wewnętrzne, sama poszłam do szpitala. Pierwszego z brzegu.

To była zima. Wdarłam się do jakiegos gabinetu i powiedziałam lekarzowi, żeby mnie zbadał, bo inaczej ze szpitala nie wyjdę. Zszokowany przebadał i powiedział, że wszystko jest okej.

A ja dalej, że stąd nie wyjdę, póki mnie nie wyleczą.

On, że nie ma miejsca.

Ja, że trudno, musi mi coś znaleźć.

Westchnął i zaprowadził do sali z jednym wolnym łóżkiem. Salka była 6-osobowa, ciasna jak cholera, na 5 łóżkach leżały babuleńki. Oznajmił, że wszystkie mają żółtaczkę, ale wcale mnie to nie zniechęciło. Powiesiłam swój kożuch na wieszaku w rogu sali i zaczęłam się rozbierać, by wreszcie położyć się do łóżka. Wtedy jedna z babć zaczęła krzyczeć, żebym wyniosła kożuch, bo ona jest uczulona na wełnę! Nie wiedziałam, co robić, ale wzięłam go i wyszłam na korytarz. Akurat szedł „mój” lekarz, więc powiedziałam, że nie będę w tej sali leżeć, niech szuka innej. Wkurzony pokazał mi w końcu wersalkę na korytarzu, którą obsiadły koty – koty w Rosji to jak krowy w Indii – i powiedział: chcesz, to się kładź!

Wybiegłam z tego szpitala! Nie wiem, jak dobrnęłam do domu, bo już wtedy nerwica nie pozwalała mi normalnie funkcjonować. Wyjście za próg mieszkania było horrorem, przejazd marszrutką do metra gehenną, a dojazd na uczelnię metrem, jakieś 40 minut pod ziemią, czarną przepaścią stąd do wieczności. Ciągle chciało mi się mdleć, dusiłam się z braku powietrza, serce mi trzepotało, cokolwiek nie zjadłam bolał mnie brzuch i całe ciało. W końcu nie byłam w stanie wstać rano z łóżka. Wokół wszyscy byli zdrowi i prowadzili ożywione życie towarzyskie, a ja leżałam w pościeli i umierałam.

Zioła, akupunktura, medytacja, wizualizacja, magiczny „piataciok” (kółko z dziurką za piekielne pieniądze, które miało mnie uzdrowić), czary-mary znachorów i Bóg wie jeszcze co. Wszystko o kant du… potrzeć.

Wsiadłam do samolotu (wypiłam wtedy na pokładzie, pamiętam, trzy butelki neospazminy) i wróciłam do Polski w przekonaniu, że na studia już nie wrócę, bo toczy mnie śmiertelna choroba. Rodzice byli przerażeni.

- Całą Rosję zwiedziłaś, a teraz z łóżka nie możesz wstać? – grzmiał Ojciec.

- Udajesz! Wstawaj i weź się w garść – krzyczała Matka.

Któryś z kolei lekarz orzekł w końcu, że to nerwica i dał leki uspokajające. Nerwica to przecież nie choroba.

Z ledwością skończyłam studia. Pod koniec ważyłam ze 40 kilo i gdy wsiadałam do pociągu w Petersburgu ostatniego dnia pobytu w Rosji, to nawet się za sobą nie obejrzałam! Do dzisiaj żałuję, że spędziłam tam pięć lat swojego życia.

Zaczęłam studia dziennikarskie, ale nerwica nie odpuszczała. Lęki miałam przeogromne. Trafiłam w końcu do psychoterapeuty i po jakimś roku poczułam, że wróciłam do jako takiej normy.

Jako takiej, bo złe samopoczucie towarzyszy mi ciągle. Akcję ze szpitalem w moim rodzinnym mieście też miałam nie raz – byleby tylko położyć się na szpitalnym łóżku, bo potworność istnienia nie pozwalała inaczej.

A na co dzień – nerwicowcy to znają – unikanie tłumów (nie da się), siadanie blisko drzwi, by w razie czego można było wyjść, szybka lokalizacja toalety, zero występów publicznych (zaliczam je ciągle), zero kościołów (chodzę, choć często wychodzę), teatrów czy kin (chodzę, bo kocham) i siedzenie w środkowych rzędach (siedzę i się pocę); słabość, uczucie duszności, splątany język i mnóstwo innych objawów. Widok z drugiego piętra przyprawia o mdłości, podobnie jak sama myśl o locie samolotem. Stany depresyjne. Fobie.

Nigdy nie wiesz, czym twój organizm zaskoczy cię następnego dnia.

A mimo to trzeba jakoś żyć. Pewnie to życie wyglądałoby zupełnie inaczej, gdybym nerwicy nie miała. Byłabym w innym miejscu i byłabym innym człowiekiem.

Czy byłabym szczęśliwsza? Nie wiem.

Wiem, natomiast, że nie jestem odosobniona i trochę nas jest.

Co mi pomaga?

Po przetestowaniu chyba wszystkiego Ameryki nie odkryję: intensywny fitness, że pot się leje oraz koncentracja na „tu i teraz”. Właściwa dieta czyli szczęśliwe jelita. Oczywiście pozytywne myślenie, o co w moim przypadku strasznie ciężko.

Witajcie w klubie?

Zmarł Wojciech Młynarski. Wszyscy wiemy, że miał dwie córki i syna. Ja miałam przyjemność poznać jego mamę, panią Magdalenę. To był rok 1995 lub 96, ona miała już 81 lat i przebywała w Domu Aktora Weterana w Skolimowie, gdzie realizowałam reportaż o aktorach-seniorach. Jeździłam tam wiele tygodni, przeprowadzałam wywiady z Ireną Byrską, Jerzym Blockiem, Marią Burską (pierwszą żoną Jeremiego Przybory), Ireną Górską-Damięcką, matką aktorów-bliźniaków, Kazimierzem Łabudziem i jego żoną Janisławą, Renatą Kossobudzką, ks. Kazimierzem Orzechowskim. I z nią, Magdaleną Młynarską. 

11230847_1025849804171674_358416456802603040_n

Pokoik pani Magdaleny wyglądał tak, jakby nazajutrz miała się wyprowadzić. Bardzo tęskniła za domem i bardzo przeżywała, że nie może do niego wrócić. Mnie, nieznanej osobie, wciąż opowiadała o rodzinie, o mieszkaniu, gdzie na balkonie hodowała najpiękniejsze w stolicy kwiaty. Każdy się nimi zachwycał.

Cały reportaż ukazał się w miesięczniku „Więź” w październiku 1997 roku.

O matce Wojciecha Młynarskiego pisałam tak: „(…) Nie muszę nawet pytać o nazwisko – podobieństwo jest uderzające. Matka sławnych dzieci. Przede wszystkim matka, bo żoną była zaledwie 3 lata. Mąż zmarł na gruźlicę. Czy nie chciała na nowo układać sobie życia? Miła tylko 27 lat…

- Nie, nigdy. I nie żałuję tego. Owszem, były różne zawirowania życiowe, ale mój umysł i wyobraźnia ogarniały także to, co się dzieje w takich związkach i później. Zresztą nie zapomnę nigdy jednej rzeczy. Jak syn (Wojciech) zrobił maturę, to rzucił mi się na szyję i powiedział „A tobie to dziękuję najbardziej za jedno, matuś, żeś za mąż powtórnie nie wyszła”. Więc myślę, że warto było iść przez życie w pojedynkę.

Gdy mówi o dzieciach, wilgotnieją jej oczy. Matka.

- Ja całe życie kierowałam się zasadami wiary. Bóg i modlitwa były dla mnie najważniejsze. Dlatego teraz łatwiej mi znieść pobyt tutaj, bo jest kaplica, wspaniały kapłan ksiądz Kazio Orzechowski. Jego prelekcje bardzo mi duchowo pomagają.

Jest cały czas zakłopotana, nieśmiało się uśmiecha, co chwila prosi o odpoczynek. Po jakimś czasie rozluźnia się i widać, że zwierzenia sprawiają jej przyjemność. Opowiada o młodości, mężu, muzyce, występach estradowych, o pracy w radiu, o rodzinie. I o dzieciach, wnukach i prawnukach. O domu przy jednej z ulic warszawskiego śródmieścia. O tym prawdziwym domu. Tylko, żeby dzieci się o tym nie dowiedziały, bo po co mają się denerwować. Ona nie chce nikogo martwić i sprawiać jakichkolwiek problemów. Ale czy to jej wina, że tak tęskni za domem…

- Na jesieni 1994 roku przeszłam zawał i wprost ze szpitala przewieziono mnie tutaj. Tu jest opieka lekarska, regularne posiłki, wszyscy są dla mnie dobrzy i mili, ja wiem… Ale ja cały czas nie tracę nadziei, że do domu wrócę…

Mówi teraz szybko, jakby chciała zrzucić ciężar, który ją przygniata. Twierdzi, że nie miałaby przecież żadnych wymagań. Żeby tylko znaleźć uczciwą opiekunkę, która by przychodziła na kilka godzin dziennie. Ot i wszystko. Może siostry z Wilczej…Co pani o tym sądzi? – pyta mnie nagle z nadzieją w głosie, jakby mogła jej w tej kwestii pomóc, rozwiązać ją, wstawić się za nią u rodziny. – Może za słabo się do tej pory szukało? Bo nikt nie chciał się zgłosić. Ale z drugiej strony rozumie, że byłby to kłopot dla dzieci. Córka za granicą, syn – to człowiek oddany społeczeństwu. Można więc powiedzieć, że to już nie jej syn, ale całego narodu. I w sumie za takiego syna powinna Bogu dziękować, a nie wciąż tęsknić.

- Modlę się i ufam Panu. Widać taka jest Jego wola. Zresztą ksiądz Orzechowski powiedział, że my już do innego domu zdążamy.

Czy nie czuje się trochę pokrzywdzona przez los?

- Trochę tak. Inaczej wyobrażałam sobie moje życie. Nie było mi łatwo rozstać się z moim mężem. Ale nie myślę o tym, żyję dniem dzisiejszym. Moje dzieci rekompensują mi wszystko. Strasznie się cieszę, gdy mnie tu odwiedzają. Ale one też mają swoje zajęcia, mało czasu. Ja wciąż o nich myślę i się za nie modlę.

Uśmiecha się nieśmiało, chce mi powiedzieć coś bardzo ważnego.

- Wie pani, że starych drzew się nie przesadza… Ale tego niech pani nie pisze. Po co moje dzieci mają się denerwować”.

Nie wiem, jak długo jeszcze żyła Magdalena Młynarska, w każdym razie miło było mi ją poznać. I zawsze, gdy słyszę o Wojciechu, o Agacie, Paulinie i Janie, widzę ją, starszą panią, strasznie tęskniącą za domem. 

…Nie ma jak u mamy ciepły piec cichy kąt ! 

Nie ma jak u mamy kto nie wierzy robi błąd! 

Nie ma jak u mamy cichy kąt ciepły piec! 

Nie ma jak u mamy kto nie wierzy jego rzecz! 

PS. To cudne zdjęcie pozwoliłam sobie ściągnąć z Internetu. W zasadzie to ono zainspirowało mnie to tego wspomnieniowego nieco wpisu. Ten nabzdyczony złotowłosy aniołek to Wojciech, obok jego siostrzyczka Basia. Piękna kobieta, ich matka, to Magdalena Młynarska. 

computational-2048166_960_720W Warszawie dobrze się żyje może Kożuchowskiej i innym gwiazdom zarabiającym krocie. Szaremu człowiekowi niekoniecznie, chyba, że dostosuje się do przednówkowej szarości stolicy. Stolica i jej tempo zwykle mnie doenergetyzowywało, ale ostatnim razem było inaczej.

Głównie po stolicy jeżdżę, tym razem się przeszłam. Pierwszy słoneczny dzień, słońce wylało się na ulice i odsłoniło ich brzydotę. 

Najpierw poszłam z córką na prześwietlenie zębów do jednej z klinik na Świętokrzyskiej. To był poniedziałek, w piątek zostałam poinformowana, że podwójne rtg będzie mnie kosztować 140 złotych.

- Popsuła nam się dzisiaj drukarka, więc możemy dać pani tylko płytkę – słyszę. – To co, robimy?

- Robimy – powiedziałam po chwili namysłu, bo i tak nie miałam wyjścia: za dwie godziny musiałam być u ortodonty, na którą to wizytę czekałam dwa miesiące. – To ile płacę?

- 140 złotych – słyszę.

- Skoro bez wydruku, to chyba powinno być taniej? – jakoś mi się wymsknęło.

- Nie, cena bez wydruku jest 140 złotych – słyszę.

- A z wydrukiem?

- 145 złotych – słyszę.

Ta logika wydała mi się podejrzana. – W piątek pytałam o cenę i usłyszałam, że podwójne rtg zęba kosztuje 140 złotych. Skoro dzisiaj popsuła się wam drukarka, a w piątek była sprawna, więc powyższa cena obejmowała i płytę, i wydruk… – dowodziłam, ale wychodziło na to, że jestem niemiłą czepiającą się babą, która w tej pięknej sterylnie czystej i delikatnie kremowostonowanej kolorystycznie przychodni robi niepotrzebne larum i psuje innym humor.

- To co, robimy? – pyta znudzona recepcjonistka.

- Tak… Mówiłam, że nie mam wyjścia.

Wyszłam lżejsza o 140 złotych z płytką, która, jeśli moja ortodontka nie będzie miała drukarki, będzie bezużyteczna i z dwumiesięcznego czekania na wizytę nici.

Ponieważ miałam z córką jeszcze prawie dwie godziny, postanowiłyśmy coś zjeść. Na przykład w Sphinksie w Alejach Jerozolimskich.

- Jak smakuje kasza bulgur? – pytam kelnera, bo zamarzyła mi się sałatka z takim składnikiem.

- Nie wiem, nie próbowałem – mówi miły pan, pewnie dorabiający student, więc nie mogę wymagać za wiele. – Ale mogę przynieść tester za 6 złotych.

Poprosiłam.

Niestety, choć kasza była smaczna, inne składniki mnie nie zachwyciły. Poprosiłam więc sałatkę Cezar, która wyglądała tak: kilka rodzajów sałat (z tych gotowych kupowanych w każdym markecie w torebkach foliowych), na to jeden pokrojony pomidor o smaku nie przypominającym niczego, na to jakieś okropne grzanki. I chyba ser żółty. Do tego dwa oddzielne tosty z masłem czosnkowym – sama robię lepsze. Zero sosu, więc jadłam tę suchą sałatę wrzuconą wprost z torebki foliowej, z pomidorem i zagryzałam grzankami.

Wyliczyłam, że realna wartość tej sałatki to może jakieś 10 złotych – ale w Sphinksie w alejach zapłaciłam za nią około 28 złotych.

Nieco wkurzona bylejakością poszłam do pobliskiej Żabki kupić bilety na tramwaj. Nie było, więc poprosiłam o gumę do żucia. Z 5 złotych zostało mi wydane 2 złote.

- Przepraszam, ale tu pisze, że guma kosztuje 2,69 złotych – mówię do bezzębnej pani.

- Jakie 2,69? 2,99! – oponuje, a ja już mam zamiar zapytać, gdzie w takim razie podział się 1 grosz reszty.

- Tu jest cena 2,69 zł – pokazuję palcem na karteczkę z ceną.

- Ojej, bo się poprzedniczka pomyliła, ciągle to samo – pani wyszła i zaczęła mocować się z karteczką, nie wiedzieć czemu, bo leżało tam całe spektrum gum i pod każdą cena również była 2,69 zł. Musiałaby wyrwać i zmienić wszystkie. – Proszę – kobieta oddała mi 30 groszy (grosika dalej nie odzyskałam, ale bezzębność ekspedientki, podczas gdy ja wydałam już setki złotych na warszawską ortodontkę mojej córki, sprawiła, że dałam spokój).

Nie będę już opisywać zatłoczonych tramwajów i śmierdzących włóczęg, którzy zawsze mają miejsce siedzące, a nawet dużo przestrzeni wokół siebie, a także kolejnej 5-minutowej wizyty u ortodontki, za którą jak zwykle zapłaciłam stówę (drukarkę miała)– przejdę do rzeczy najważniejszej.

Otóż – jak wspominałam na początku – zamiast jeździć przeszłam się ulicami w centrum stolicy. I złapałam się za głowę! Wiecie jak trudno znaleźć jakieś polskie nazwy na sklepach, bankach, miejscach usług?

20170227_143419Bracka, Krucza i nazwy: Lokaah, Good of The Worlds, New Collection, Pancake Corner, Cafe Nero, Costa Coffee, Coffe Heaven, Starbucks Coffee, Green Caffe Nero, Boulangerie, Patisserie - jedynym wytchnieniem dla moich oczu było typowo polskie, acz pretensjonalne, Zjedzone Wypite…

- Córko – mówię – patrz, Wedel. Chodź pokażę ci, jak wygląda ten staroświecki, chciałam dodać polski sklep, gdzie twoja mama i twoja babcia czasem godzinę stały za PRL po kilka czekolad, które tu zawsze można było kupić. To najstarsza fabryka czekolady w Polsce, założona przez niemieckiego cukiernika, teraz przejęta przez koncert japońsko-koreański…

- Wedel nie jest polski? – zdziwiła się córka.

No nie.

Potem natknęłam się na Dom Książki (obok KFC). Dawniej wydawnicza potęga, teraz zdominowana przez zachodni kapitał typu Empik czy Amazon. Neon świadczy o tym najwymowniej: ledwie go widać, jest cały pordzewiały i na tle innych, zachodnich oczywiście, pięknie odmalowanych, świadczy o upadku. Tak to odebrałam i zrobiło mi się bardzo przykro.

Jak nigdy z przyjemnością wróciłam do swojego 50-tysięcznego miasteczka, sennego nieco, ale gdzie Zachód nie wkroczył jeszcze tak nachalnie, a życie jest prostsze i nieco tańsze – choć na „oszukańców” też trzeba uważać. 

Konrad ma 31 lat i perspektywę życia pod warunkiem, co już brzmi groźnie, zebrania miliona 200 tys. złotych. Mężczyzna ma szczęście, że w ogóle jeszcze żyje – gdyby ktoś przejrzał historię jego choroby z ostatnich 13 lat, to chyba by nie uwierzył; i pecha, bo lek, która ma uratować życie nazywa się eculizumab i znajduje się na liście 10 najdroższych leków świata, a nasz NFZ go nie refunduje. W Europie nasz i rumuński, dodajmy. 

konrad foto

Mówi jego siostra: Konrad – wysportowany, pełen energii i życia, pogodny, beztroski chłopak, trenował judo i grał w piłkę. Taki był. Do momentu, kiedy to w 2003 roku zdiagnozowano u niego anemię aplastyczną. Cały świat się zawalił. To był szok. Okresowe badania, które robił jako sportowiec co pór roku wykazały, że wszystkie wartości są mocno poniżej normy. Konrad z dnia na dzień gasł. Leczenie było ciężkie, bardzo bolesne i wyczerpujące ale nie poddawał się. Walczył i tę walkę wygrał. Przynajmniej tak się wydawało… Po dwóch latach, w wyniku leczenia anemii aplastycznej tymoglobuliną (lekiem, który uratował Konradowi życie), zdiagnozowano u niego nocną napadową hemoglobinurię.  To był kolejny cios! Objawy:Hemoliza wewnątrznaczyniowa (krwinki czerwone rozpadają się atakując narządy wewnętrzne), hemoglobinuria, małopłytkowość, zakrzepy, aplazja szpiku. Znowu niewyobrażalne cierpienie. 

Lek ma przygotować Konrada, który ma już przeszczepioną wątrobę, do przeszczepu szpiku. Inaczej zdrowego i przystojnego mężczyznę czeka powolna śmierć, w dodatku w wielkim bólu, bo już teraz wyje nocami, gdy łapie go ta jego nocna napadowa hemoglobinuria.

Oczywiście w moim mieście została uruchomiona akcja, a nawet cały cykl akcji, by tę niebotyczną kwotę zebrać. W Konrada wstąpiła nadzieja, bo do tej pory nie wierzył, że skapnie mu coś z nieba. Do tej pory niebo raczej przychylne dla niego nie było – oczywiście jeśli chodzi o jego zdrowie, bo w chorobie – a i owszem.

To kolejne akcje zbierania pieniędzy na chorych. Do tej pory były to dzieci, które trzeba było ewakuować do Niemiec, bo tylko tam dr Malec, Polak zresztą, potrafił tak reperować serca, że rodzice chorych dzieci nie chcieli je powierzać polskim lekarzom w Polsce.

Zawsze myślę, nagłaśniając jako dziennikarz kolejne tego typu zbiórki ze zrozpaczonymi rodzicami w tle: ile jeszcze? Dlaczego w Anglii, podpytywałam znajomego Anglika, nikt o czymś takim nie słyszał? – Pieniądze na chore dziecko? O czym ty mówisz? Wszystko załatwia kasa chorych, czyli państwo – mówi mi Geoff. 

Stąd nośność akcji WOŚP, która, z czego jesteśmy dumni, jest typowo polskim wymysłem. Żeby starczyło na noworodki, dzieci, seniorów, itd., bo w kasie polskiego państwa jest na wszystko – na przykład na 30 limuzyn za 35 mln zł – ale nie na normalne leczenie ludzi. Opinie o dzikim kraju, o państwie bananowym, o państwie teoretycznym są jak najbardziej na miejscu.

Fundacje, które dostają najwięcej – w ubiegłym roku lider w tabeli, Fundacja Zdążyć z Pomocą, otrzymała 144 miliony, z czego, jak dobrze wiemy, kilka milionów jest przeznaczanych na reklamę, drugie tyle na wynagrodzenia – reszta, wyskubana z naszych portfeli, trafia już bezpośrednio do chorych dzieci, czyli często do lekarzy, którzy powinni leczyć za darmo, w ramach publicznej opieki zdrowotnej, na którą wszyscy łożymy. Ale tak nie jest.

Oczywiście wpłacam na Konrada i na chore dzieci, bo tak mi nakazuje sumienie. Piszę o tym jako dziennikarz, nagłaśniam, proszę.

Jeśli ktoś miałby ochotę wspomóc Konrada oraz jego rodzinę z jego straszną chorobą, podaję nr konta:

Fundacja Pomocy Społecznej ” Chodźmy Razem”, Podaruj 1% podatku.

KRS: 0000276365, Bank Zachodni WBK 1 oddział w Skierniewicach

nr konta: 72 1090 2590 0000 0001 3389 9150 – z dopiskiem ” Na leczenie Konrada Sobolewskiego”

Wiem, że każdy ma wiele osób, którym należy pomóc, trudno wybrać tę jedną czy dwie, których ostatecznie wesprzemy. Może to będzie akurat Konrad?

Ja jednak bardzo wierzę, że każda nasza pomoc wraca do nas jak bumerang. Sprawdźcie, a sami się przekonacie!

child-1835730_960_720

Matki, które nie pozwalają się widzieć dzieciom z ich własnym ojcem, powinny smażyć się w piekle.

Chodzi o te rozwiedzione, będące w separacji oraz te popier…, bo inaczej nie da się je nazwać.

Rozmawiam z różnymi ojcami, których eks wydała zakaz kontaktu z dzieckiem czy dziećmi. Będąc w podobnej sytuacji czułyby się tak samo źle, jak ci ojcowie, ale ponieważ są to małpy, odczuwają z tego tytułu jedynie satysfakcję. - Cierp ty gnido… Moje dziecko jest tylko moje i kocha mnie bardziej niż ciebie – myślą. – A jeśli tak nie jest, to zrobię wszystko, by tak było!…

Byli ojcowie są tymi najgorszymi. Gorsi są chyba tylko bezdomni z Dworca Centralnego. Małpy będą całymi dniami sączyć dzieciom do ucha, że tak właśnie jest, aż w końcu dzieci uwierzą. Małe dzieci wierzą swoim matkom. I swoim babciom, mamom swoich mam. Powoli same stają się małpami.

Jarek ma dwoje dzieci, ale już do nich nie jeździ. Jest niemile widziany. Początkowo tylko przez eks i jej mamę (te mieszkają razem), ale po kilki latach systematycznych odwiedzin wyczuł, że dzieci już za nim nie tęsknią. 10-letnia córka zaczęła pisać do niego sms-y tylko wtedy, gdy potrzebowała doładować telefon albo kupić nowy. Gdy on pytał, co słychać – milczała.

Płakał kilka tygodni z bezsilności. Ale jaki można mieć kontakt z dzieckiem, gdy eks pozwala się z nim widzieć raz na miesiąc, w pokoju obok?

Dzień wcześniej musiał przesłać sms-a, że jedzie. Gdy raz tego nie zrobił, zastał zamknięte na głucho drzwi. Spóźniać się też nie mógł, z miejscowości oddalonej o godzinę drogi, musiał być równo o godzinie 8.30. A potem siedział w aucie pod blokiem do czasu, eks napisze: możesz wejść, dzieci wstały. Zaciskał zęby i szedł.

Eks nie pozwalała na zabranie dzieci na spacer, nawet na plac zabaw pod blokiem. W największe upały wszyscy smażyli się na czwartym piętrze w bloku. -Od godziny 9 zabawa do 15 cały czas na kolanach: samochodziki, koparki, samochodziki, koparki, samochodziki, koparki, aż się małemu nudzi – mówi. -  piłkę grać nie można, bo babci przeszkadza, na spacer wyjść nie można, bo mama zabrania. Dwa tygodnie wcześniej z synkiem bawimy się, że piszczy już następnym razem słyszęTata, tak się nie bawimy, mama nie pozwala”. Tak było z każdą zabawą.

Jarek nie mógł liczyć na herbatę, nie mówiąc o obiedzie. Gdy RODZINA: mama, jej mama oraz dzieci zasiadały do stołu, on schodził do Biedronki kupić wodę i jakieś parówki. Gdy synek kładł się spać o 15, musiał jechać, choć córka jeszcze chciała z nim pobyć. Gdy był jeszcze czas, że płakała za odjeżdżającym ojcem, matka, trzaskając drzwiami za wychodzącym Jarkiem, skutecznie jej te łzy wybijała z głowy.

Z przedszkola i szkoły dzieci może odebrać tylko mama i babcia, taka informacja poszła do dyrekcji. Ojciec, gdyby nawet się pojawił, absolutnie nie może, w takiej sytuacji trzeba wezwać policję.

Raz eks pozwoliła mu wziąć małą do McDonald’s przecznicę dalej. Zapowiedziała, że jak tylko powie małej cokolwiek na nią, matkę, to nie pozwoli mu nigdy więcej zobaczyć się z dziećmi. Nawet nie miał takiego zamiaru. Rozmawiali o niczym, cały czas baczył na każde wypowiedziane słowo, a jednak i tak zabroniła.

Na komunię małej pojechał, ale stał w rogu kościoła – w końcu miejsce publiczne – i patrzył z daleka. Na komunijnym obiedzie była RODZINA: mama, babcia i braciszek. Dla taty, drugich dziadków, a także chrzestnych zabrakło miejsca.

Co miesiąc płaci alimenty. Jak bankomat.

Eks, w swojej zawiści, nawet nie wie, co odbiera dzieciom.

Nie znają rodziny Jarka, i nawet nie będą miały ochoty nigdy jej poznać. Nie pojadą z ojcem na wycieczkę rowerową, na wspólną wyprawę na ryby, na lodowisko i sanki; Jarek nie pomoże im w zadaniach szkolnych i nie będzie na ich studniówce. Swoim dzieciom jawi się jak coraz bardziej mglista postać, która wkrótce w ogóle zniknie w mrokach pamięci.

Od eks dostaje tylko sms-y: trzeba kupić aparat ortodontyczny małej, wykupić ponadobowiązkowe szczepionki, jadą na wakacje i muszą mieć dodatkowe pieniądze. – Jeśli nie dasz, idę do sądu – usłyszał, gdy raz się postawił.

Myślał o sądzie. Jego kolega wygrał podobną sprawę. – Podjeżdżał do domu, a eks darła się, że nie da dzieciaka – mówi Jarek. – Raz wezwał policję, ale syn wyrywał mu się z objęć, ryczał, krzyczał, w końcu kolega odpuścił. Ja bym chciał, żeby moja córka i mój synek sami do mnie przyszli, z radością, że idą do taty, a nie z musu, bo policja tak im każe. Wiem, że to nigdy nie nastąpi, a przepaść między nami tylko się pogłębia.

kamieniec ojciecJarek, normalny facet, jest strzępkiem człowieka. Cierpi na bezsenność i depresję. Cały czas myśli tylko o swoich dzieciach, które już nie są jego. Którym sprano mózgi, i którym wmówiono, że do szczęścia wystarcza im tylko mama z babcią. To, co mają dorośli do siebie, nie powinno mieć wpływu na relację z ich dziećmi. Dotyczy to obu rodziców.

Uważam, że takie matki powinny smażyć się w piekle, bo na ziemi nie doświadczą nigdy tych stanów, które fundują ojcom swoich dzieci. 

Na skrzynkę pocztową dostałam takiego oto mejla. Nadawcą był bliżej mi nieznany ksiądz, który uznał, iż warto przypomnieć słowa ludzi bliskich Bogu. Najpierw przeczytajcie, a na końcu zadam pytanie.

water-464953_960_720

Siostra Łucja, wizjonerka z Fatimy: „Naród polski przejdzie drogę odrodzenia. Po raz pierwszy odczyta i zrealizuje prawdziwe cele ludzkości. Od niego zależeć będzie przyszłość Europy (…). W Polsce rozpocznie się odrodzenie świata przez ustrój, który wytworzy nowe prawa.”.

Niemiecka stygmatyczka Teresa Neumann: „Wy, Polacy macie do nas, Niemców, żal, bośmy was skrzywdzili. Macie rację. Ale przez to wyście już wszystko odpokutowali. Na nas, Niemców, przyjdzie jeszcze pokuta. Wy możecie czuć się spokojni (…). Za wami wstawia się Czarna Madonna, która będzie chodzić po ziemiach polskich. Wam się już nic złego nie stanie.”. „W języku polskim będą głoszone najmądrzejsze prawa i najsprawiedliwsze ustawy.”

Ojciec Andrzej Klimuszko: „Przez Europę przejdzie fala wojen i kataklizmów, tylko nad Polską nie widzę krwi i zniszczeń, lecz promienne blaski przyszłości. Polska będzie źródłem nowego prawa na świecie, zostanie tak uhonorowana wysoko, jak żaden kraj w Europie (…). Polsce będą się kłaniać narody Europy. Widzę mapę Europy, widzę orła polskiego w koronie. Polska jaśnieje jak słońce i blask ten pada naokoło. Do nas będą przyjeżdżać inni, aby żyć tutaj i szczycić się tym. (…) Jeśli chodzi o nasz naród, to mogę nadmienić, że gdybym miał żyć jeszcze pięćdziesiąt lat i miał do wyboru stały pobyt w dowolnym kraju na świecie, wybrałbym bez wahania Polskę, pomimo jej nieszczęśliwego położenia geograficznego. Nad Polską bowiem nie widzę ciężkich chmur, lecz promienne blaski przyszłości.”

Błogosławiony Bronisław Markiewicz: „Pokój wam, słudzy i służebnice Pańscy! Wojna będzie powszechna na całej kuli ziemskiej i tak krwawa. Groza jej będzie tak wielka, że wielu ze strachu postrada rozum. Za nią przyjdą następstwa jej: głód, mór na bydło i dwie zarazy na ludzi, które więcej ludzi pochłoną aniżeli sama wojna. (…) Wy, Polacy, przez niniejszy ucisk oczyszczeni i miłością wspólną silni, nie tylko będziecie się wzajem wspomagali, nadto poniesiecie ratunek innym narodom i ludom, nawet wam niegdyś wrogim. I tym sposobem wprowadzicie dotąd niewidzialne braterstwo ludów, Bóg wyleje na was wielkie łaski i dary, wzbudzi między wami ludzi świętych i mądrych i wielkich mistrzów, którzy zajmą zaszczytne stanowiska na kuli ziemskiej. Języka waszego będą się uczyć w uczelniach na całym świecie. Cześć Maryi i Najśw. Sakramentu zakwitnie w całym narodzie polskim. Pokój wam!”

Kardynał Augustyn Hlond: „Polska nie zwycięży bronią, ale modlitwą, pokutą, wielką miłością bliźniego i Różańcem. Trzeba ufać i modlić się. Jedyną broń, której Polska używając odniesie zwycięstwo – jest Różaniec. (…) Nowa Polska będzie dostojna, mocna, wielka, a nawet atrakcyjna i przewodząca właśnie przez to, że szczerzej niż kiedykolwiek i konsekwentniej niż inni oprze swe życie i swą politykę na zasadach Chrystusowych (…) Jesteśmy świadkami zaciętej walki między państwem Bożym a państwem szatana. (…) Chrystusa.”

A nawet św. Malachiasz (1128 rok): „Polska, powstając majestatycznie jak feniks z popiołów, mężnie zrzuci pęta niewoli i stanie się jednym z mocarstw w Europie”… oraz Matka Najświętsza do Giulio Mancinelliego (1608 rok): „Dlaczego nie nazywasz mnie Królową Polski? Ja to królestwo bardzo umiłowałam i wielkie rzeczy dla niego zamierzam, ponieważ osobliwą miłością do Mnie płoną jego synowie. (…) Ja jestem Królową Polski. Jestem Matką tego Narodu, który jest mi bardzo drogi, więc wstawiaj się do Mnie za nim i o pomyślność tej ziemi błagaj Mnie nieustannie, a Ja będę ci zawsze, tak jak teraz, miłosierną”.

Moje pytanie brzmi: czy te wszystkie wizje/proroctwa/przepowiednie już się sprawdziły, czy nadawca listu wierzy, że to wszystko dopiero przed nami? 


  • RSS