- To gdzie pani córka wybiera się na studia? – pytam znajomą, bo sama zagaiła rozmowę. – Chciała na fotografikę, ale w końcu poszła na kulturoznawstwo. Nie podobało jej się, więc postanowiła zostać dziennikarzem – mówi dumna mama. – Coś już pisze? – zaciekawiam się. – Nie, jeszcze nie, bo dopiero od października pójdzie na studia – słyszę. – A może u pani w redakcji znalazłaby się jakaś praca? -Praca nie, ale niech przyjdzie, to z nią porozmawiam – proponuję.

To już moja trzecia rozmowa na ten temat w ostatnim czasie. Po raz kolejny będę prać mózg młodej osobie, która nie ma pojęcia o pracy dziennikarza, choć chce nim zostać.

A dziennikarzem zostać chce każdy – ostatnio było 20 kandydatów na jedno miejsce.

 Za godzinę do redakcji wchodzi Maja. Młoda fajna dziewczyna. Trajluje trzy po trzy, a jej wyobrażenia o pracy dziennikarza sprowadzają się do jednego: jak tylko skończy studia poprowadzi główne wydanie Wiadomości. Ewentualnie Pytanie na śniadanie w TVN. Gdyby jej się ewentualnie nie powiodło, to zawsze pozostaje TVN 24, Polsat, no w ostateczności Newsweek i Wyborcza.

- Masz tam znajomości?

-Nie.

-Piszesz? Fotografujesz? Kręcisz filmy? Montujesz? Może już gdzieś publikujesz, albo publikowałaś?

-Nie, ale zawsze lubiłam pisać i dobrze szedł mi polski.

- Coś umiesz?

- W jakim sensie?

-Dziennikarz musi mieć jakąś wiedzę, nie tylko o świecie, ale na przykład z zakresu ekonomii, prawa, filmu, itd., najlepiej, gdyby był ekspertem, wtedy jest szansa, że branżowe pismo go zatrudni. Dla pracodawcy musisz być wartością dodaną.

- Nie, ale po to idę na studia dziennikarskie, by się nauczyć…

No tak. Po ukończeniu studiów poszłam na dzienne podyplomowe studia dziennikarskie, dwuletnie, i już wtedy – a było to lata temu – wykładowcy zastanawiali się, czy nie zostawić tylko takiej formy nauki.

Młodzi ludzie idą na 5-letnie studia dziennikarskie, choć równie dobrze mogliby iść na politologię, europeistykę czy administrację. Szanse znalezienia pracy są podobne, a dostać ją można pod następującymi warunkami: absolwent ma znajomości w mediach lub jest dzieckiem celebryty – co na jedno wychodzi.

Niemający znajomości, za to trochę szczęścia i wytrwałości, mogą na początek zaczepić się w jakiejś redakcji, by: odbierać telefony od czytelników, często na nocnych dyżurach, pisać o dziurach w drodze i psich kupach (z całym szacunkiem, tak zaczynali najwięksi w tym zawodzie) czy iść na konferencję upadającego polityka licząc się z faktem, że relacja ze spotkania i tak trafi do kosza.

Mający więcej szczęścia i wytrwałości – w tej grupie są też materiały na dobrych i bardzo dobrych dziennikarzy – zaczną pisać normalne teksty, budząc tym samym grozę doświadczonych wyg, mających uzasadnione obawy, że za chwilę wylądują na bruku.

 Jedna podstawowa uwaga: mało kto z najlepszych polskich dziennikarzy ukończył studia dziennikarskie. Nie mają one żadnego znaczenia i na pewno nie nauczą predyspozycji do tego zawodu, które po prostu trzeba mieć. Nie nauczą też pisania, bo każda redakcja oczekuje inaczej zredagowanych tekstów, a poza tym dobry redaktor nawet z gniota zrobi piękne czytadło.

Pracując w ogólnopolskich tytułach miałam kilku szefów, świetnych dziennikarzy. Nie wymieniając nazwisk: jeden nie miał matury, drugi pół życia pracował w zupełnie innym biznesie, trzeci zaczynał jako goniec w redakcji.

Jak bardzo sfrustrowany może czuć się młody człowiek po 5-letnich studiach dziennikarskich, który przychodzi do redakcji, a człowiek bez matury mówi mu, że nic tak naprawdę nie potrafi?

Bo istotnie nic nie potrafi. To już lepiej być fryzjerem lub kucharzem.

Do naszej lokalnej redakcji ciągle przychodzą młodzi ludzie, którzy mają zamiar pisać. Chcą to robić przy biurku, mając do dyspozycji komputer, aparat fotograficzny i telefon służbowy. Ok – udostępniamy. – To co mam pisać? – pyta zadowolony przyszły dziennikarz moszcząc się w gniazdku. – To ty musisz nam zaproponować tematy – mówimy. – W naszym zawodzie nieustanne wymyślanie tematów jest najtrudniejsze.

Adept wymyśla jeden temat, drugi, trzeci. Po tygodniu – dwóch najczęściej już go nie ma. Wszystko mu się jakoś rozłazi, pomysłów brak, a tematy nie chcą leżeć na ulicy. Weekendy zajęte, od stołu wigilijnego trzeba wstać i jechać do pożaru, a w dodatku po pierwszym artykule dzwoni jakiś gość i opieprza, że przekręcił mu nazwisko. Tak ma wyglądać dziennikarstwo? Chrzanić to.

Potem przychodzi następny, i następny, i następny. Średnia wieku w redakcji coraz większa, a narybku brak.

Konkluzja: dziennikarzem może być KAŻDY – nawet bez studiów i matury – pod warunkiem, że jest to jego pasja. Bez pasji w redakcji popracuje tydzień lub dwa, a każdy dzień będzie wielkim stresem.

Ale jak już się tę pasję odkryje, wtedy dziennikarzem jest się do końca życia.