Za oknem lało, więc poszłam do sklepu i kupiłam Vivę, Party i Galę na poprawienie nastroju. Po 20 minutach lektury pożałowałam 5,97 zł, które wydałam na te trzy kolorowe pisma. Ile można pisać na okrągło o tym samym? Ale to jeszcze nic.

Z Gali uśmiechała się do mnie Joanna Brodzik w bokserskich rękawicach. Krzyczała: wracam do walki! Na trzeciej stronie znów aktorka, tym razem w ładnych butach. A na 22 pani Joasia oświadcza, że po sześciu latach wraca na ring, i to w roli „bokserki-lesbijki w filmie „Di, Viv i Rose”, która otworzyła przed nią „nowe perspektywy pozazawodowe i pozateatralne”. Ja cię kręcę.

Na stronie 10 Anna Wendzikowska (kto to jest?) obwieszcza światu, że się zakochała w Patryku. Wrzucają wspólne zdjęcia na fejs i instagram. Koniec tekstu brzmi tak: „Wydaje się, że zakochani nie rozstają się ani na moment… z aparatami fotograficznymi, którymi robią sobie nawzajem mnóstwo zdjęć i wrzucają je do sieci. Ale czy nie tak właśnie wygląda miłość w XXI wieku?”

Moim zdaniem nie tak, ale autor tekstu dodaje jeszcze: „Jest jedna rzecz, którą Wendzikowska wciąż trzyma tylko dla siebie. To pierścionek zaręczynowy od Patryka. NADAL NIKOMU NIE UDAŁO SIĘ GO SFOTOGRAFOWAĆ, CHOĆ PAPARAZZI NIEUSTANNIE NAD TYM PRACUJĄ”.

Ładna praca: wstaję rano i jedynym moim celem jest ustrzelenie pierścionka zaręczynowego jakiejś Wendzikowskiej. No to się namęczyłam!..

Wywiady z Piotrem Adamczykiem (o rolach) i Joanną Horodyńską (o ciuchach) są tak samo drętwe i o niczym jak z Joanną Brodzik.

Później na kilku stronach Gali są mało interesujące teksty o jeszcze mniej interesujących celebrytach. Nawet nie staram się tego czytać. Poza tym najmodniejsze tego lata kolory, fryzury, okulary, perfumy, torebki, sandały, kapelusze, itd… nuuuda.

Fotka koktajlu arbuzowego na stronie 84 (uff, dobrnęłam) uprzytomniła mi, że chce mi się pić, więc poszłam do kuchni. Horoskop, krzyżówkę i fotogalerie CIĄGLE TYCH SAMYCH WARSZAWSKICH CELEBRYTÓW NA ŚCIANKACH darowałam sobie – rzucając pismo za 0,99 zł na podłogę, i z nadzieją biorąc nieco droższe, Party za 1,99 zł.

Tu Edyta Górniak obwieszcza z kolei, że jej rozstanie z partnerem było zaplanowane.

Na okładce musi być celebrytka, a czy rzuca jednego, a znajduje drugiego, podbija fleki u szewca czy idzie po marchewkę na ryneczek nie ma znaczenia.

I znowu to samo: ślub jakiejś Izy Janachowskiej z jednym z największych producentów świec w Europie, jakaś Katarzyna Zielińska dostała nową rolę, a Tomasz Karolak był na zakończeniu roku szkolnego u swojej córki. Potem Ewa Chodakowska z mężem, no i i cała biografia Edyty Górniak plus kolejny odrzucony kochanek. Magdalena Boczarska, wręcz odwrotnie, pokazuje swoją nową miłość, a niejaka Kate Rozz pojechała do Brazylii, by kręcić tam film. Potem dylematy życiowe Małgorzaty Rozenek, które kompletnie nie interesują, a potem kilkanaście stron o niczym.

Ale prawdziwy hit czeka na mnie na stronie 77 (uff, znów dobrnęłam): felieton Anny Muchy.

Aktorka (osobiście pamiętam ją tylko z roli w „Pannie Nikt”, więc czy to rzeczywiście aktorka?) opisuje zakończenie roku szkolnego z dzieciństwa.

No więc ta aktorka pisze tak: „Oto wszystkie oczy skierowane są na mnie, na poczet, na sztandar! Cała szkoła i dyrekcja patrzą na nas, nadzieję narodu. Nie mogło nie zrobić to na mnie wrażenie… I SIĘ PORZYGAŁAM. Do dziś pamiętam, jak pani od historii ściągała ze mnie zarzyganą szarfę”, itd.

Tak infantylnych bzdur dawno nie czytałam! Miałam dotychczas resztki złudzeń, że pisanie w ogólnopolskiej gazecie do czegoś zobowiązuje, ale gdzie tam! Mucha i tak była, jest i będzie na topie, więc poziom przekazu może mieć głęboko. No i ma.

Party ratowałby tekst o Beacie Jałocha, kobiecie, która jeździ na wózku po tym, jak samobójca spadł na nią z któregoś tam piętra. Ratowałby gdyby nie fakt, że w kolejnym genialnym piśmie, które kupiłam, w Vivie, jest dokładnie taki sam reportaż. Inaczej wprawdzie napisany, i zdjęcia też są inne, ale o tej samej pani Beacie. Już nie ma innych bohaterów?

Viva, choć graficznie o wiele lepsza, rozczarowała mnie również. Na okładce oczywiście Kinga Rusin, bo z domem pt. TVN trzeba żyć dobrze.

Bo nie interesuje mnie miłość Roberta Janowskiego i jego żony Moniki (tak wystylizowanej, że wygląda jak Magdalena Boczarska), a zdjęcia Ewy Błaszczyk, Kingi Rusin, Natalii Kukulskiej, Anity Werner czy Olgi Frycz są nawet OK, ale co one wnoszą? I te odkrywcze zwierzenia aktorek/piosenkarek/celebrytek pt. nie lubię się malować, wolę być naturalna.

Jedyny artykuł, który mnie zainteresował, to tekst Zuzanny O’Brien o Stelli Mc Cartney. Na trzy kilkudziesięciostronicowe ogólnopolskie pisma!

Czy w tych redakcjach ma ktoś jeszcze pomysły na cokolwiek? Czy komuś chce się ruszyć pupę dalej niż za rogatki? Jeśli kreatywności brak, to wkrótce cena zejdzie do 10 groszy za produkt (tyle, co paczka zapałek), a i tak nikt tego chłamu nie kupi.

Trzy kolorowe pisma wrzuciłam do kosza. Uznałam, że to pisma bez polotu pisane przez warszawianki o warszawiankach i dla warszawianek, i tylko w Warszawie powinny być w sprzedaży.

Jakby panie naczelne tych pism nie wiedziały, to uprzejmie informuję: życie toczy się także poza stolicą. I to dużo ciekawsze.