Tytuł miał brzmieć: Nie bierz psa ze schroniska, ale pomyślałam, że może istnieje kilka psów, które nawet wzięte ze schroniska mogą się okazać fajne, mądre, ciepłe i bezproblemowe, więc nie mogę uogólniać.

Ja mam w zasadzie same złe doświadczenia. Więc zanim weźmiesz takiego psa, przeczytaj.

 Stereotyp jest taki; idziesz do schroniska, wszystkie pieski wypatrują cię jak zbawienia, więc jak już któregoś weźmiesz, to będzie ci wdzięczny do końca życia, a ty zyskasz przyjaciela. Będzie się do ciebie łasił, a ty, siedząc na progu swojego domu, będziesz go głaskać po mordce i podsuwać smakołyki. Idylla. Real tymczasem rządzi się prawem Murphy’ego, które głosi, że jak coś ma się popieprzyć, to się na pewno popieprzy.

Po przeprowadzce na wieś do wielkiego domu z wielkim ogrodem uległam córce, która naoglądała się filmików na youtube z idyllicznymi psami w tle. W domu mieliśmy już jacka russel terriera, chowanego od szczeniaka, więc jakieś doświadczenie z psami miałam.

Pojechaliśmy do schroniska raz, drugi i trzeci. Małgosia mówiła, że między nami a psem ma zaiskrzyć. Ale nic nie iskrzyło, a wybierane przez nas psy okazywały się, zdaniem pracowników schroniska, „felerne”: albo za stare, albo chore, albo wyskakujące przez ogrodzenie, albo, co najistotniejsze, miały nie akceptować innych psów. Po dwóch tygodniach stwierdziliśmy więc, że bierzemy jakiegokolwiek psiaka. Opisywałam to już na tym blogu.

Psa przywieźliśmy w sobotę, a już w niedzielę rano przeskoczył przez ogrodzenie i tyle go widzieliśmy. Szukanie po wsi, przyprowadzanie, potem znów ucieczka – i tak na okrągło. Pluto w ogóle nas nie słuchał – nawet nie o to chodzi, że nie był posłuszny, ale on w ogóle nie reagował na nasz głos, niezależnie czy go karciliśmy czy chwaliliśmy. Głaskanie, przytulanie, pochwała, itd. nie sprawiały mu przyjemności. Pierwsze miesiące były bardzo chaotyczne – Pluto uciekał sobie kiedy chciał, wracał wieczorami na miskę jadła, potem spał, gdzie mu pasowało, choć wielka buda czekała na niego wielkim otworem. Przeszczekiwał się z psem sąsiada, a bieganie wzdłuż siatki i jazgotanie było na porządku dziennym. Coraz częściej dołączał do nich nasz mały terrier. Czasem myślałam, że oszaleję.

Pluto był łagodny, ale z drugiej strony skąd mogłam mieć pewność, że taki właśnie jest? W zasadzie go nie znałam, nie znałam też jego przeszłości. Siedział pod bramą od strony ulicy i rowerzyści czy spacerowicze spoglądali na niego z przestrachem. Skarg nie było, ale wiedziałam, że to kwestia czasu. Od czasu do czasu wiązaliśmy go na łańcuchu, ale Małgosia powiedziała, że od łańcucha psom się wichruje psychika… Kojec był w planach, bo ciągle nam się wydawało, że go okiełznamy.

Po paru miesiącach, w grudniu, z jednej ze swoich wycieczek Pluto przyprowadził wielkiego, czarnego, pięknego labradora. Dałam ogłoszenie do gazety, wrzuciłam info na fejsa – cisza. Najpierw go odganialiśmy – sąsiedzi obok również – ale że wyskoczyły mrozy po -20 stopni, żal nam się go zrobiło. Poza tym nawet jak go odganialiśmy, to nauczył się od Pluto pięknie przeskakiwać ogrodzenie. Na naszą stronę.

I w zasadzie od podania — w odruchu serca — miski strawy bidnej przybłędzie, stajesz się jego właścicielem. Choćbyś nie chciał. Gdy za jakiś czas labrador poturbował nieco sąsiada (zaraz do tego dojdę), który wcześniej go przepędzał, to rozeźlony sąsiad wezwał policję. Dostaliśmy mandat, żeśmy labradora nie upilnowali, a w dodatku nie zaszczepili.

Mieliśmy więc dwa psy i morze udręk z tego tytułu. Teraz obydwa przeskakiwały przez ogrodzenie, biegały całe dnie szczęśliwe po wsi, wracały wieczorami na strawę, spały w ogrodzie, gdzie chciały – ale zawsze w siebie wtulone – a następnego dnia wszystko zaczynało się od nowa. W końcu, gdy ludzie zaczęli dawać do zrozumienia, że dwa wielkie psy biegające wokół posesji budzą strach, zrobiliśmy kojec. Tydzień zajęło im rozpracowanie, jak z niego wyskoczyć, choć wydawało się to niemożliwe! Zrobiliśmy więc zadaszenie.

Psy w kojcu oznaczały codzienne spacery, czego wcześniej nie braliśmy pod uwagę. W końcu był wielki ogród i biorąc Pluto ze schroniska myślałam, że będzie sobie biegał po nim szczęśliwy.

Wychodziliśmy więc z Pluto na spacery, a labrador, który przecież nie był „nasz”, biegał wokół wyprowadzanego na smyczy Pluto luzem.

W Wielki Piątek wieczorem Pluto wyczuł w lasku obok nas sarnę, przegryzł – nie zerwał, ale przegryzł – smycz i tyle go widziałam. Czarny za nim. Czekaliśmy do 1 w nocy na ich powrót, by zamknąć w kojcu, ale na próżno. Rano w Wielką Sobotę pod domem czekała już policja. Okazało się, że psy wróciły i gdy o 5 rano sąsiad wyszedł na spacer ze swoim psem, czworonogi próbowały ustalić hierarchię ważności. Mimo, że niejednokrotnie sąsiad w takiej właśnie konfiguracji na spacery już wychodził (jego pies i nasze dwa biegające wokół), tym razem Pluto rzucił się na psa sąsiada. Ten próbował go obronić, wtedy do akcji wkroczył Czarny i sąsiad został pogryziony w rękę i trochę w nogę.

Myślałam, że zapadnę się pod ziemię, a psy uśpię, albo przywiążę w lesie do drzewa i zostawię. W tym momencie rozumiałam ludzi, którzy tak z psami postępują. Sąsiad miał założone szwy, a my dostaliśmy mandat. Potem była cała procedura z weterynarzem, który musiał obserwować Czarnego, czy nie jest wściekły. Musieliśmy go zaszczepić. Była obawa, że możemy dostać karę z inspektoratu w wysokości nawet 5 tysięcy złotych. Dobrze, że sąsiadowi nic poważnego się nie stało, ale nasze relacje zostały mocno nadszarpnięte i chociaż nic do siebie nie mamy, to jednak psy stanęły między nami jak cień.

Ostatecznie zwierzaki cały czas przebywają w kojcu, a my musieliśmy nauczyć się wychodzić na smyczach z dwoma psami naraz. To wcale nie takie proste.

Mamy więc dwa psy (trzeci w domu, ten to ma charakterek!), ale nie ma z nich ani żadnego pożytku, ani radości. Jeśli w swojej naiwności sądziłam, że biorę psa ze schroniska po to, by biegał po ogrodzie i „pilnował domu”, albo był nam wdzięczny, że go pokochaliśmy, to szybko musiałam się z tych naiwności wyleczyć.

Rano trzeba z nimi wyjść ( co oznacza użeranie się z dwoma bydlakami, które w ogóle cię nie zauważają i w ogóle nie słuchają, za to wyrywają się do wszystkiego, co idzie, biega, fruwa, itd. – aha, i uwielbiają kopać doły w naszym ogrodzie!), potem siłą je zapędzić do kojca, bo oczywiście nie mają ochoty tam wracać; wieczorem daję im karmę, ale trzy razy w tygodniu gotuję mięso z ryżem i włoszczyzną, potem znowu spacer. W weekendy na spacery wychodzimy częściej. Dbamy o nie jak umiemy najlepiej, myślę, że mają u nas bardzo dobrze. Pluto jakby się trochę wyciszył (zwykle miał ADHD) i chyba sprawia mu frajdę, że ma uporządkowane życie. Zaczął nawet słuchać, czyli od czasu do czasu skupia na nas swój wzrok. Czarny jest mniej szczęśliwy, chętnie by uciekł — z drugiej strony może nie powinnam mu tego zabronić, bo w końcu jak kiedyś do nas przyszedł, tak może kiedyś odejść. Ale jak czasem się urywa (zanim założy mu się smycz, to wyskakuje przez ogrodzenie), to po pół godziny wraca. Pewnie do ukochanego Pluto, a nie do nas.

Uważam, że w schroniskach przebywają nie biedne psiaczki, którym trzeba nieba przychylić, tylko niezsocjalizowane (oczywiście to wina ludzi) czworonogi, które tylko czekają, jak tu czmychnąć i poczuć zew wolności. Bo dlaczego niby znalazły się w schronisku? Gdyby były miłe, posłuszne i kochane, miałyby właścicieli. Oczywiście jest to wszystko bardziej skomplikowane, ale nie wchodzę w szczegóły, bo to zwykły wpis, a nie książka.  

Zanim weźmiesz psa ze schroniska (ja teraz tak bym zrobiła) przetestuj go przez tydzień czy dwa. Weź do domu na próbę. Mnie tego nikt nie zaproponował, a szkoda. Nie czyń sobie wyrzutów, że oddajesz go  z powrotem, gdyż nie spełnił oczekiwań.  To jest twój pies na najbliższe kilka lat, więc masz prawo wybrać tego najodpowiedniejszego. To nie pracownicy schroniska, ale ty, będziesz z nim mieszkać, dzielić swój dom i czas. Pomijam koszty utrzymania psa, bo decydując się na czworonoga chyba każdy się z tym liczy. 

To są moje doświadczenia, każdy ma inne. Psy zdominowały nasze życie pod każdym względem, w zasadzie od roku – bo już niedługo minie rok od wzięcia Pluto – wszystko kręci się wokół tych czworonogów. Czy było warto je przygarnąć? Uważam, że nie, ale łudzę się, że z każdym rokiem będzie lepiej. 

Za miesiąc jedziemy na wakacje. Co zrobić z trzema psami?