Duśdać” – co to za słowo? Jak to w ogóle przetłumaczyć na język obcy? Moja matka duśda ostatnio schab, aby później wsadzić go w pończochę i powiesić w spiżarni – karmi nas nim na okrągło, więc powiedziałam już pani Idzi, żeby na przyszłość matce nie podsuwała tych swoich odkrywczych przepisów, bo nie dość, że muszę jeść mięso z pończochy, wypranej oczywiście, ale źle się kojarzy, to jeszcze ciągle słyszę, jak matka „duśda” ten schab. – Wiesz, bo trzeba wziąć sól i cukier, i tak duśdać i duśdać w misce, żeby mięso ładnie przeszło – opowiada mi za każdym razem. – To duśdanie jest bardzo ważne, jak nie wyduśdasz, to będzie klops.

Zaintrygowana wyguglałam i duśdać to znaczy „ugniatać”, ale też „umęczyć”, „wybujać, wykołysać”, a jeśli zmienimy „duśdać” na „duźdać” – to już pojawia się kontekst erotyczny.

W takim razie duśdani jesteśmy wszyscy i na okrągło.

Matka, emerytka, duśdana jest przez ZUS czyli państwo polskie. Po 30 latach pracy ma niecały tysiąc złotych miesięcznie, a niedawno dostała 1 zł podwyżki. Znaczek na kopertę, w której znalazła się informacja o podwyżce, kosztował 1,50 zł.

Ojciec też uznał, że został wyduśdany, zresztą jak prawie pół Polski. Banki zwiększają koszty bycia ich klientem. Aby o tym poinformować przysyłają listy. List waży 37 gram, cztery kartki formatu A4. Taki list przyszedł właśnie do mojego Ojca, oddzielnie do mojej Mamy, do mnie i do mojego męża, oddzielnie do każdego klienta, a jeśli wierzyć zapewnieniom tego akurat banku, to ma ich 8,9 mln. Razy 37 gram co daje ponad 320 ton papieru, nie mówiąc o kopertach, znaczkach i ludziach, którzy muszą to wszystko wysyłać? Ile drzew wycięto, żeby nas poinformować o zmianach stawek z wysokich na wyższe, bo trzeba patologii dzieci sfinansować (tu moje zdanie pozostaje niezmienne).

Duśdają nas kredyty, to oczywiste. Tu z kolei wszystkiemu winne domy pod miastem. Z labradorem. Z trawniczkami równo przystrzyżonymi, z bijącą po oczach zielenią, sztuczną niemalże. Z podjazdem z kostki, z autem najlepiej wypasionym. Z dużymi oknami, w których firanki z gipiury. Obowiązkowo ze storczykiem. Z klinkieru wszystko, albo z kamienia, albo z drewna. Coś przypominającego babciną wieś, stylizowanego. Z dachówką czerwoną albo czarną. Wszystko na kredyt, prawie u wszystkich.

Kredyt determinuje wolność i możliwość wyboru. Nie masz wolności i możliwości wyboru, jeśli musisz co miesiąc przelewać grube pieniądze do banku. Jak smokowi, który pochłania swoją daninę, wiedząc, że jeśli nie dasz, połknie cię w całości.

Patrzę na ludzi i po twarzy widzę, kto przez życie idzie z kredytem. Widać to po podejmowanych decyzjach, po ciszy na spotkaniach z szefem, po (nie)spędzanych wakacjach.

Co z tego, że masz, skoro nie masz? Żyjesz i pracujesz, ale nie cieszysz się, że żyjesz i pracujesz, bo kruchość życia i pracy przeraża się każdego dnia. Będę miał dla smoka? Uf, mam. Wyduśdał mnie, ale mam.

Duśda mnie Orange, któremu co miesiąc płacę, a internet, który Orange mi rzekomo gwarantuje, dociera na moją wieś jak mu pasuje, czyli raz jest, a trzy razy nie; duśdają mnie ubezpieczyciele, operatorzy i wszelkiej maści usługodawcy; duśda mnie rząd Szydło, której wydaje się, że Polska trafiła na niekończące się złoża ropy naftowej, jak nie przymierzając Kuwejt w roku 1938, i co parę miesięcy obwieszcza nowy program polepszenia warunków życia rodaków; duśdają mnie media, które coraz mniej rozumiem; politycy, na których nie mogę patrzeć. Takich przykładów mogę wymieniać jeszcze wiele. Mam wrażenie, że każdego dnia ktoś mnie duśda – i w sumie znalazłam właściwy synonim na słowo duśdać – inaczej przeczołgać.

Czuję się przeczołgiwana, a ponieważ jestem dziennikarzem, przeczołgiwanie jest zwielokrotnione przez doświadczenia wielu ludzi, którzy przychodzą do mnie czy do redakcji i opowiadają, jak oni są duśdani. Ma wrażenie, że im biedniejsi i mniej zaradni, tym bardziej.

Ot, taki sobie tekścik o duśdaniu.