Kolejna studniówka i kolejne zdjęcia do zrobienia. Para za parą, piękni, młodzi, eleganccy, roześmiani – młodość. Do głowy mi nie przychodzi, że jedno z tych zdjęć rok później będzie nagrobnym dla jednego z nich. No bo skąd?

Rodzice w czerni, nie wiadomo nawet jak pocieszyć. Znam takich rodziców, w swojej pracy miałam z nimi kontakt nie raz i nie dwa. Zero nadziei w oczach. Ciągle tylko płacz i łzy. Życie nie ma już żadnego sensu. Żadnego.

Ci od Michała od kilku lat stają na głowie, by znaleźć kierowcę, który potrącił ich syna. Jechał rowerem do swojej babci mieszkającej kilka domów dalej. Tym razem nie dojechał. Kierowca uciekł z miejsca wypadku, nie udzielił pierwszej pomocy. Policja szuka go do tej pory, ale kamień w wodę. Najgorsze, że jedynak. Pokój ze storczykami, śladu kurzu. A ojciec z dużym biznesem, syn miał przejąć. Po co żyć?

Ci od Moniki są przekonani, że ukochaną córkę otruł arszenikiem zięć, ale dowodów brak. Poszlaki to mało, aby skazać człowieka, a śledczy popełnili tyle błędów, że nigdy już chyba nie dowiedzą się, jak było. Na grobie zawsze świeże kwiaty i jeśli rozmowa, to tylko na jeden temat.

Ci od Łukasza muszą żyć dla małej córeczki, która NIC nie rozumie. Nigdy sobie nie wybaczą, że poprosili syna, by wsiadł na motor i pojechał do apteki po leki dla małej, jakieś przeciwalergiczne. Przejechał go samochód ciężarowy. Przecież obyliby się bez tych lekarstw – gdyby choć jedno z nich miało jakieś przeczucie.

Ci od Konrada właśnie przeprowadzili się do własnego wymarzonego domu. Cudny, na nic nie pożałowane. W pokoju Konrada nawet jakieś wodne fontanny na ścianach, pokój-marzenie dla każdego nastolatka. Dwa tygodnie później Konrad przechodził przez tory, chyba miał słuchawki na uszach, chyba nie usłyszał i pociąg go przejechał. Całe miasto płakało.

Ci od Piotrka, Tomka, Jędrka, Emila i Eryka (pięciu jechało samochodem z dyskoteki) pokazywali ich pokoje – jedne wypasione, inne biedne. — Wyśniło mi się pani redaktor – płakała babcia Emila i Jędrka – wyśniło mi się; oba mi się pokazały i mówią do mnie: Babciu, my zabite jesteśmy!… Do dziś pamiętam te słowa. Na drzewie, w które uderzyli, ojciec jednego z nich przybił pięć krzyży. Po roku trasę tam budowali, drzewo wycięli, a co się stało z krzyżami – nie wiem.

Matka Malwiny cały czas powtarzała Zdrowaś Mario, mówi, że tylko to ją uspokajało. Ale nic nie uspokoi, jeśli twoja własna córka dostaje 30 ciosów nożem w biały dzień od swojego chłopaka, z którym właśnie zerwała. Gdy przyszedł ją, matkę, pocieszyć jeszcze nie wiedziała, że to on. Płakali razem. Teraz on siedzi w więzieniu, a ona prawie nie żyje. Nie ma dla kogo.

Ci, co przyszli do redakcji po zdjęcie, też stracili syna z powodu zawiedzionej miłości. — Student, jeszcze tydzień wcześniej zakochani w sobie, a potem ona z nim zerwała – mówiła mama, ale nie wiem, czy wiedziała, co się wokół niej dzieje. — Nie winię dziewczyny, uczucia są zmienne. Nie powinniśmy go zostawiać z tym problem samego…

Szukam zdjęć z tej studniówki sprzed roku („widzieliśmy je w internecie, chcemy oryginał, żeby na grób zrobić, bo ładniejszego nie mamy”), przeglądamy kolejne pary. — O ten, to nasz syn – mówi ojciec. — Był… — poprawia go żona i zalewa się łzami. — Jest! Zawsze będzie naszym synem – mówi ojciec. — Z nią, to ona… – dodaje patrząc na zdjęcie i czekając na słowa, których nigdy nie usłyszą „to tylko sen, wróćcie do domu, syn na was czeka”.