Spojrzałam wstecz na minione lato i stwierdziłam z satysfakcją, że było kulturalne. Odwiedziłam dwa muzea i jedną czasową wystawę, obejrzałam cztery premiery filmowe oraz cztery sztuki teatralne, byłam też w czterech dobrych knajpach, ale o nich pisać nie będę. 

books-1702790_960_720Moje wrażenia z imprez kulturalnych są następujące. Jeśli chodzi o muzea, to zwiedziłam Zamek Królewski w Warszawie, Muzeum Żydów Polin (po raz drugi) oraz amerykańską wystawę Titanic, która jeździ po świecie, a w to lato zawitała do stolicy. Zamek mi się podobał, ale bez efektu „wow” – historia odbudowy jest bardzo ciekawa, nie miałam pojęcia, że został on odbudowany nie bezpośrednio po wojnie, ale w latach 70. Dopiero w lutym 1973 roku nad zamkiem wyrosła pierwsza wiecha… Muzeum Polin jest niezwykłe i każdy powinien je odwiedzić. Pieniądze są tam wpakowane ogromne, wiadomo jakie i dlaczego (muszę być prawomyślna), a obfitość zebranych eksponatów, materiałów, dokumentów, zdjęć i innych fascynująca. Wszystko meganowoczesne i multimedialne, świetnie oddające ducha i klimat epok, lepiej więc zaplanować sobie na zwiedzanie cały dzień. Plus obowiązkowo gęsi pipek w koszernej restauracji.

Największe wrażenie zrobiła jednak na mnie wystawa przedstawiająca tragedię Titanica. Zwiedzanie z audioprzewodnikiem trwało jakieś dwie godziny, ale wszystko mnie w tej opowieści fascynowało: pomysł budowy statku, jego realizacja, dokładnie odtworzone kajuty dla wszystkich klas, pełnowymiarowa ekspozycja wnętrz, przepych i bogactwo, która poraża nawet po latach,odtworzenie samego przebiegu katastrofy, prezentacja znalezionych na dnie oceanu rzeczy w liczbie około 200 sztuk należących do pasażerów. Historie samych pasażerów, między innymi pierwowzorów Kate i Jacka – 39-letniego właściciela sklepu z Anglii Samuela Morleya, który zostawił rodzinę, i jego 19-letniej kochanki Kate Philips, sprzedawczyni z jego sklepu, którzy w Ameryce chcieli rozpocząć nowe życie. On poszedł na dno, ona się uratowała. Dziewięć miesięcy później urodziła się ich córeczka.

hut-1698351_960_720Niesamowita opowieść o statku, który miał być niezatapialny, a już podczas pierwszego rejsu poszedł na dno. To jak w Smoleńsku – niefrasobliwość dotycząca szeregu drobnych, wydawałoby się kwestii, doprowadziła do tragedii, której można byłoby uniknąć. To ciągłe „gdyby nie to czy tamto…” dawało do myślenia.

Przechodzę do filmów. Jeśli chodzi o „Smoleńsk” – film jest nie do oglądania. Jedyny walor jest taki – oczywiście moim zdaniem – że pozbierał w całość skrajne emocje Polaków doświadczonych 10 kwietnia. Cała reszta to kit: gra aktorska, zwłaszcza w wykonaniu Beaty Fido, to jakaś pomyłka. Gra dziennikarkę, ale jestem przekonana, że nigdy nie była w żadnej redakcji, podobnie jak jej „zwierzchnik”, grany przez Redbada Klijnstra. Oboje są na ekranie co najmniej irytująco-żenujący, a cały film opiera się na roli generałowej Błasikowej w wykonaniu Aldony Struzik.

Ale może nie ma tego złego – dzięki takiej grze film na szczęście nie odniesie sukcesu (strach pomyśleć, co by było, gdyby taką dziennikarkę, u której rodzą się wątpliwości, zagrała z nerwem Agata Kulesza); z drugiej strony nawet jeśli po obejrzeniu filmu w widzu zrodzi się przekonanie, że był zamach, to Rosjanie tak nam dali w kość na przestrzeni ostatnich wieków i tyle od nich nacierpieliśmy niedoli, choćby wysiedlenie całych Kresów, że dobrze im tak! Generalnie film można sobie darować.

peonies-806580_960_720Podobnie darować można sobie „Śmietankę towarzyską” w reż. Woody Allena. Może Amerykanie fascynują się złotą erą Hollywood, bo w zasadzie o tym jest ta opowieść o niczym, ale nas to mało grzeje. Fantastyczne scenerie, treści zero. Zupełnie inaczej odebrałam „Boską Florence” z boską Meryl Streep, która zagra nawet zsiadłe mleko – nie dość, że na faktach, to jeszcze można się było pośmiać. Dobre kino.

„Ostatnia rodzina” w reż. Jana P. Matuszyńskiego to film niewykorzystanej szansy. Dlaczego? Zamiast skupić się na twórczości obu Beksińskich, ciekawego malarza-ojca i intrygującego artysty-syna, tłumacza i dziennikarza, filmowcy pokazują nam ich rodzinne relacje.

Po przeczytaniu książki Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny” o tej rodzinie wiedziałam już prawie wszystko, więc pokazywanie mi na ekranie jak Zofia podciera na starość pupy matce i teściowej, jak wyciera ścierą podłogę w kuchni, jak Zdzisław wynosi w baniakach i workach odchody, bo toaleta jest remontowana, jak Tomasz miewa napady złości i demoluje matce kuchnię albo jak jest niewdzięczny, gdy ta prosi go o spotkanie z babcią uważam za stratę czasu, gdy w tym czasie można było pokazać ich twórczość!

sloe-625743_960_720Tymczasem jeśli ktoś nie znał obrazów Beksińskiego, czy genialnego tłumaczenia przez Tomasza Monty Pytona ewent. jamesów bondów – po obejrzeniu filmu dalej na ten temat nic nie będzie wiedział. Przejmujące obrazy Beksińskiego są jedynie niewyraźnym tłem dla tego codziennego życia, które mnie przygnębia, a nie pociąga. Życie jak życie, moja Mama na przykład też przez dwa lata podcierała pupy dwóm babciom – swojej teściowej i dalekiej ciotce, obie leżały w jednym pokoju w pampersach – heroizm do kwadratu, ale żeby o tym kręcić film? Pan Matuszyński to młody człowiek i chyba dlatego zauroczył się bardziej Zofią, bo takich kobiet już nie ma. Film jest o niej, a Beksińscy czekają jeszcze na odkrycie. Brawa dla gry Andrzeja Seweryna i Aleksandry Koniecznej. Dawid Ogrodnik konkurencji nie wytrzymał.
„Wołyń” – jeszcze nie byłam.

rosehips-285436_960_720A teraz teatralne spektakle, wszystkie obejrzane w stolicy.
Nieporozumieniem była dla mnie sztuka „Pozytywni” w teatrze IMKA z rolami Olgi Bołądź, Grazyny Wolszczak, Łukasza Simlata i Janusza Chabiora. Tekst pisany na kolanie i zagrany od niechcenia – jeśli mam się śmiać z sympatycznego skądinąd pana Chabiora, tylko dlatego, że przebrał się za kobietę, to jednak to nie moje klimaty.

„Berek czyli upiór w moherze” w teatrze Kwadrat oraz „Kto się boi Wirginii Woolf” w teatrze Polonia to popis gry aktorskiej Ewy Kasprzyk, która w obydwu sztukach gra główne role. I robi to fantastycznie. Na pierwszy spektakl wybrałam się całą rodziną i nawet moje nastolatki były zachwycone, bo uśmiały się do łez (cała sala wypełniona po brzegi, spektakl zagrany po raz 500., a „załamany” Paweł Małaszyński grający w duecie, świetnie zresztą, pyta, kiedy widzom znudzi się przychodzić na tę właśnie sztukę); na drugi z przyjaciółmi i też nam się podobało (zagrał jeszcze Krzysztof Dracz, Agnieszka Więdłocha oraz Antoni Pawlicki).

Oczywiście sztuka to nie film z Liz Taylor i Richardem Burtonem, nie ta sceneria i nie ta wiarygodność aktorska, ale z czystym sercem można do Polonii się wybrać. 

berries-235860_960_720Przy okazji ciekawostka – poszperałam w necie, bo gnębiła mnie kwestia nazwy sztuki. Skąd ta Wirginia Woolf, angielska pisarka i feministka, o której w sztuce ani słowa? Wyczytałam, że jeśli chodzi o intrygujący tytuł sztuki: „Who’s afraid of Virginia Woolf?”, to jest on po prostu prześmiewczą przeróbką refrenu „Who’s afraid of the big bad wolf?”, piosenki śpiewanej przez Trzy Świnki w kreskówce Walta Disneya o wielkim złym wilku ze stanu Virginia: Kto by tam się wilka bał (tłumaczenie Mariana Hemara). Taka zabawa i gra słów wykorzystana dla żartu przez mocno już nietrzeźwą główną bohaterkę, Martę, graną właśnie przez Kasprzyk, która czasem grała jak jej koleżanka z teatru, Janda.

Obie te sztuki nijak się jednak mają do monodramu „Shirley Valentine” w teatrze Polonia granej właśnie przez genialną Krystynę Jandę. Trzymać w napięciu widzów przez ponad dwie godziny to istotnie prawdziwa sztuka. Zagrać ponad 700 razy tę samą rzecz z tym samym zapałem i atencją w stosunku do widzów – to już artyzm największego kalibru. Janda to nasze dobro narodowe i tyle w temacie.

Chodźmy do kina, teatrów, muzeów; na wernisaże, koncerty, a nawet kabarety. Ci ludzie tworzą dla nas, warto to docenić.