computational-2048166_960_720W Warszawie dobrze się żyje może Kożuchowskiej i innym gwiazdom zarabiającym krocie. Szaremu człowiekowi niekoniecznie, chyba, że dostosuje się do przednówkowej szarości stolicy. Stolica i jej tempo zwykle mnie doenergetyzowywało, ale ostatnim razem było inaczej.

Głównie po stolicy jeżdżę, tym razem się przeszłam. Pierwszy słoneczny dzień, słońce wylało się na ulice i odsłoniło ich brzydotę. 

Najpierw poszłam z córką na prześwietlenie zębów do jednej z klinik na Świętokrzyskiej. To był poniedziałek, w piątek zostałam poinformowana, że podwójne rtg będzie mnie kosztować 140 złotych.

- Popsuła nam się dzisiaj drukarka, więc możemy dać pani tylko płytkę – słyszę. – To co, robimy?

- Robimy – powiedziałam po chwili namysłu, bo i tak nie miałam wyjścia: za dwie godziny musiałam być u ortodonty, na którą to wizytę czekałam dwa miesiące. – To ile płacę?

- 140 złotych – słyszę.

- Skoro bez wydruku, to chyba powinno być taniej? – jakoś mi się wymsknęło.

- Nie, cena bez wydruku jest 140 złotych – słyszę.

- A z wydrukiem?

- 145 złotych – słyszę.

Ta logika wydała mi się podejrzana. – W piątek pytałam o cenę i usłyszałam, że podwójne rtg zęba kosztuje 140 złotych. Skoro dzisiaj popsuła się wam drukarka, a w piątek była sprawna, więc powyższa cena obejmowała i płytę, i wydruk… – dowodziłam, ale wychodziło na to, że jestem niemiłą czepiającą się babą, która w tej pięknej sterylnie czystej i delikatnie kremowostonowanej kolorystycznie przychodni robi niepotrzebne larum i psuje innym humor.

- To co, robimy? – pyta znudzona recepcjonistka.

- Tak… Mówiłam, że nie mam wyjścia.

Wyszłam lżejsza o 140 złotych z płytką, która, jeśli moja ortodontka nie będzie miała drukarki, będzie bezużyteczna i z dwumiesięcznego czekania na wizytę nici.

Ponieważ miałam z córką jeszcze prawie dwie godziny, postanowiłyśmy coś zjeść. Na przykład w Sphinksie w Alejach Jerozolimskich.

- Jak smakuje kasza bulgur? – pytam kelnera, bo zamarzyła mi się sałatka z takim składnikiem.

- Nie wiem, nie próbowałem – mówi miły pan, pewnie dorabiający student, więc nie mogę wymagać za wiele. – Ale mogę przynieść tester za 6 złotych.

Poprosiłam.

Niestety, choć kasza była smaczna, inne składniki mnie nie zachwyciły. Poprosiłam więc sałatkę Cezar, która wyglądała tak: kilka rodzajów sałat (z tych gotowych kupowanych w każdym markecie w torebkach foliowych), na to jeden pokrojony pomidor o smaku nie przypominającym niczego, na to jakieś okropne grzanki. I chyba ser żółty. Do tego dwa oddzielne tosty z masłem czosnkowym – sama robię lepsze. Zero sosu, więc jadłam tę suchą sałatę wrzuconą wprost z torebki foliowej, z pomidorem i zagryzałam grzankami.

Wyliczyłam, że realna wartość tej sałatki to może jakieś 10 złotych – ale w Sphinksie w alejach zapłaciłam za nią około 28 złotych.

Nieco wkurzona bylejakością poszłam do pobliskiej Żabki kupić bilety na tramwaj. Nie było, więc poprosiłam o gumę do żucia. Z 5 złotych zostało mi wydane 2 złote.

- Przepraszam, ale tu pisze, że guma kosztuje 2,69 złotych – mówię do bezzębnej pani.

- Jakie 2,69? 2,99! – oponuje, a ja już mam zamiar zapytać, gdzie w takim razie podział się 1 grosz reszty.

- Tu jest cena 2,69 zł – pokazuję palcem na karteczkę z ceną.

- Ojej, bo się poprzedniczka pomyliła, ciągle to samo – pani wyszła i zaczęła mocować się z karteczką, nie wiedzieć czemu, bo leżało tam całe spektrum gum i pod każdą cena również była 2,69 zł. Musiałaby wyrwać i zmienić wszystkie. – Proszę – kobieta oddała mi 30 groszy (grosika dalej nie odzyskałam, ale bezzębność ekspedientki, podczas gdy ja wydałam już setki złotych na warszawską ortodontkę mojej córki, sprawiła, że dałam spokój).

Nie będę już opisywać zatłoczonych tramwajów i śmierdzących włóczęg, którzy zawsze mają miejsce siedzące, a nawet dużo przestrzeni wokół siebie, a także kolejnej 5-minutowej wizyty u ortodontki, za którą jak zwykle zapłaciłam stówę (drukarkę miała)– przejdę do rzeczy najważniejszej.

Otóż – jak wspominałam na początku – zamiast jeździć przeszłam się ulicami w centrum stolicy. I złapałam się za głowę! Wiecie jak trudno znaleźć jakieś polskie nazwy na sklepach, bankach, miejscach usług?

20170227_143419Bracka, Krucza i nazwy: Lokaah, Good of The Worlds, New Collection, Pancake Corner, Cafe Nero, Costa Coffee, Coffe Heaven, Starbucks Coffee, Green Caffe Nero, Boulangerie, Patisserie - jedynym wytchnieniem dla moich oczu było typowo polskie, acz pretensjonalne, Zjedzone Wypite…

- Córko – mówię – patrz, Wedel. Chodź pokażę ci, jak wygląda ten staroświecki, chciałam dodać polski sklep, gdzie twoja mama i twoja babcia czasem godzinę stały za PRL po kilka czekolad, które tu zawsze można było kupić. To najstarsza fabryka czekolady w Polsce, założona przez niemieckiego cukiernika, teraz przejęta przez koncert japońsko-koreański…

- Wedel nie jest polski? – zdziwiła się córka.

No nie.

Potem natknęłam się na Dom Książki (obok KFC). Dawniej wydawnicza potęga, teraz zdominowana przez zachodni kapitał typu Empik czy Amazon. Neon świadczy o tym najwymowniej: ledwie go widać, jest cały pordzewiały i na tle innych, zachodnich oczywiście, pięknie odmalowanych, świadczy o upadku. Tak to odebrałam i zrobiło mi się bardzo przykro.

Jak nigdy z przyjemnością wróciłam do swojego 50-tysięcznego miasteczka, sennego nieco, ale gdzie Zachód nie wkroczył jeszcze tak nachalnie, a życie jest prostsze i nieco tańsze – choć na „oszukańców” też trzeba uważać.