nonsensorka

blog Agnieszki Kubik (pierwszy wpis w lipcu 2012 roku)

Wpisy w kategorii: Bez kategorii

Książka jest niesamowita podobnie jak niesamowite było życie Liny Codiny, żony Siergieja Prokofieva, genialnego rosyjskiego kompozytora. Ale gdyby ktoś mi tej książki nie polecił nigdy bym jej nie kupiła, gdyż tytuł „Rosyjska namiętność” autorstwa Reyes Monforte skutecznie do tego zniechęca. Okładka i ten tytuł wskazują na tanie romansidło, a tymczasem od prawie 700 stron opartych na faktach trudno się oderwać.

Książkę można rozpatrywać na kilku poziomach, a każdy skłania do refleksji. Po pierwsze – dlaczego niektórzy mają tak nudne życie, jak nie przymierzając moje, a przeżycia innych są nadzwyczaj fascynującym materiałem na niejedną książkę. I czytając nie chce się wierzyć, że wydarzyły się one naprawdę.

Po drugie dlaczego kochający, wydawałoby się faceci, mający wspaniałą rodzinę, dzieci i luksusowe życie nagle odchodzą do kochanek niwecząc to wszystko, co osiągnęli.

Po trzecie do jakiego stopnia historia – w tym przypadku polityka – potrafi wedrzeć się w ludzkie życie i całkowicie je skomplikować.

Jak ułożyłoby się życie Liny, gdyby nie poznała i nie pokochała Prokofieva? Z pewnością nie przeszłaby gehenny, którą zgotował jej los.

2213be75953aCarolina Codina, zwana Liną, urodziła się w Madrycie, w rodzinie śpiewaków operowych, Olgi Nemyskiej i Juana Codina. Autorka książki opisuje Linę jako niezwykle atrakcyjną kobietę, z charyzmą, bardzo wykształconą – swobodnie posługiwała się pięcioma językami – o wielkich ambicjach artystycznych. Jako młoda dziewczyna mieszka z rodzicami w Nowym Jorku, gdzie pewnego dnia poznaje Siergieja Prokofieva, który w 1918 roku, gdy wybucha rewolucja październikowa, opuszcza Rosję i z trzema dolarami w kieszeni dopływa do Stanów Zjednoczonych.

Do ich pierwszego spotkania dochodzi w Carnegie Hall, gdzie wrażliwa na muzykę Lina zakochuje się w Siergieju słysząc kilka taktów jego I Koncertu Fortepianowego. Wkrótce nawiązują romans, zostają kochankami i poza sobą nie widzą świata.

pd1844480

Siergiej był starszy od Liny o sześć lat, urodził się w małej ukraińskiej wiosce Soncowka. Jego matka, mająca na niego duży wpływ Maria Grigorijewna, straciła dwie małe córeczki zanim powiła Siergieja. W ciąży wciąż grała na fortepianie. W wieku dwóch lat zaczął grać on sam, a gdy w wieku pięciu lat skomponował swój pierwszy utwór, wszyscy mówili, że rośnie drugi Mozart.

Romansujący Lina i Siergiej prowadzą niezwykle aktywne życie wśród amerykańskiej, a potem europejskiej awangardy, w świecie artystów, pisarzy, malarzy, mody. Coco Chanel, Artur Rubinstein, Ernest Hemingway, Pablo Picasso, Maurice Ravel, Henri Matisse; mieszkają we Francji, Włoszech, Szwajcarii, Niemczech; odwiedzają kluby, restauracje, hotele, sale koncertowe; prowadzą luksusowe i światowe życie. W 1923 roku zostają małżeństwem, rodzą się dwaj synowie: Światosław i Oleg.

 

Siergiej Prokofiev komponuje jak szalony, każde jego dzieło zostaje okrzyknięte genialnym, a Lina jest jego menadżerką i najlepszą opiekunką. Można powiedzieć, że mają wszystko, a Lina urodziła się pod szczęśliwą gwiazdą.

Ale tak nie jest.

Rosja Radziecka chce powrotu swoich genialnych synów, którzy opuścili ją tuż po rewolucji. Kusi i nęci, bo artyści mają tworzyć na chwałę ludu pracującego miast i wsi. A Siergiej coraz częściej wspomina łany rodzimych zbóż i zapach ulic Piotrogrodu, dzisiaj Petersburga, więc coraz trudniej mu się oprzeć nieustannym zaproszeniom z Kraju Rad. W końcu jadą, choć wielu przyjaciół ostrzega, że nie jest to dobra decyzja.

Wojaż po Rosji w 1927 roku jest wielkim sukcesem, są traktowani jak dzisiejsi celebryci, co skutecznie usypia ich czujność. Choć słyszą już o aresztowaniach i zamykaniu ludzi na Łubiance, a potem ich wywozach nie wiadomo dokąd.

Zesłaniu poety Osipa Mandelsztama, zagadkowej śmierci Włodzimierza Majakowskiego. Jego kolega po fachu Dmitrij Szostakowicz staje się wrogiem ludu, a Michaił Tuchaczewski ginie oficjalnie uznany za zdrajcę narodu. To efekt stalinowskich czystek, którego początkiem było zabójstwo Siergieja Kirowa w 1934 roku. Szacuje się, że w tym okresie około miliona Rosjan zostało zesłanych do gułagów lub straconych.

A jednak po którymś pobycie Prokofievów w Rosji, mimo ogromnych oporów Liny, rodzina osiedla się tam na stałe.

Dlaczego decydują się na ten krok – Bóg jeden raczy wiedzieć. Zdroworozsądkowa Lina chce niebawem wracać do Europy, ale Siergiej przestaje jej słuchać. Ona chce normalności, zwłaszcza dla swoich synów, on uważa, że normalność jest właśnie w Rosji. I wystarczy niczego złego nie zrobić, by nie zostać ukaranym.

Ona odwiedza wszystkim wokół, on boi się wychodzić z własnego mieszkania całkowicie skupiając się na komponowaniu. Ona chce prowadzić życie towarzyskie i artystyczne, on coraz bardziej zamyka się w sobie. Czy ich drogi zaczynają się rozchodzić? Siergiej ma chyba powoli dość światowej małżonki, która tak nie pasuje do siermiężnego życia w Moskwie i zawsze ma swoje zdanie.

I Siergiej znajduje idealną – a może partia mu ją podstawia, do dziś tego nie wiadomo – w osobie 20-letniej początkującej poetki Miry Mendelson.

eight_col_Mira_Mendelssohn_ProkofievZe zdjęć spogląda mało atrakcyjna młoda kobieta, której nie dane było zbudować szczęśliwego związku, bo takiego nie da się stworzyć na gruzach czyjegoś nieszczęścia. Ukrywanie romansu przed żoną, choć huczy o nim cała Moskwa, oszukiwanie Liny, wreszcie oficjalne już pozostawienie żony z synami i przeprowadzka do kochanki – te kartki książki czyta się jak przez sen. Nie chce się wierzyć, że Prokofiev jest do tego zdolny!

W życiu Liny zaczyna się najgorszy rozdział. Najpierw wojna 1941 roku, kiedy w Moskwie zostaje sama z dziećmi, podczas gdy Siergiej z Mirą wyjeżdżają w bezpieczne rejony Kaukazu. Brak jedzenia, brak pieniędzy, straszne choroby, na które wszyscy zapadają i które ledwie przeżywają, naloty bombowe i przede wszystkim brak jej ukochanego Siergieja, a potem informacja, że Mira zostaje jego żoną – to wszystko musi Lina przeżyć, bo najgorsze wciąż przed nią.

Musi się hartować.

Przestając być oficjalnie żoną Prokofieva – choć nigdy się nie rozwiedli, więc w świetle prawa kompozytor był bigamistą – Lina traci nad sobą parasol ochronny.

W lutym 1948 roku zostaje zwabiona do samochodu, wywieziona na Łubiankę i straszliwie torturowana. Nie chce się wierzyć, że ta słaba kobieta, tam jedynie numer 3939, przeżyła ciągłe bicie, karcery, noce w maleńkiej celi stojąc w lodowatej wodzie, brak snu, potem przenosiny do najcięższego moskiewskiego więzienia, do Lefortowa.

unnamedPod jakimś absurdalnym zarzutem zostaje skazana na 20 lat pobytu w gułagu niedaleko Workuty w obozie Abez. -55 stopni mrozu, noc polarna trwająca sześć miesięcy, praca przy wyrębie lasów, mały kawałeczek chleba pod wieczór. Ale i nieco szczęścia, gdy wartownicy rozpoznają w niej żonę wielkiego Prokofieva i dają dodatkowy sweter czy kawalątek słoniny.

O radzieckich gułagach napisano wiele, ale za każdym razem czyta się o tym piekle na ziemi z wypiekami na twarzy. Jak ktoś mógł w ogóle przeżyć choć dzień w tak nieludzkich warunkach? Jak mógł zachować godność, widząc i doświadczając zwierzęcego traktowania? Jak mogła przeżyć to wszystko Lina wiedząc, że jej ukochany mąż ma nową żonę, o niej ani o pozostawionych na pastwę losu dzieciach w ogóle nie pamięta, i że tak naprawdę została zesłana do łagru tylko dlatego, że tak bardzo go kochała?

 

Jednak Lina przeżyła. Po śmierci Stalina – los zrządził, że dokładnie tego samego dnia zmarł i Siergiej Prokofiev – karę obniżono jej do 8 lat. Gdy wyszła na wolność wszystko było już inne.

Lina Codina dożyła 91 lat, zmarła na raka żołądka w Londynie w 1989 roku, przeżywszy męża 36 lat. Mira Mendelson zmarła dużo wcześniej, w 1968 roku, i została pochowana we wspólnym grobie z Prokofievem, jej też, a nie Linie czy synom, przepisał prawa autorskie do swoich dzieł. Lina nigdy nie chciała się z Mirą spotkać mimo wielokrotnych propozycji. Po wyjeździe z Rosji w latach 70. Lina założyła fundację dbającą o dorobek artystyczny Siergieja Prokofieva, wywalczyła sobie również prawa do jego dzieł. Zapraszano ją do Rosji, ale zawsze odmawiała. „Dwa razy nie powtórzę tego samego błędu” – zwykła mawiać.

Do końca życia kochała męża i nigdy nie uwierzyła, że mógł być szczęśliwy z Mirą.

Dzieje Liny to kolejne potwierdzenie faktu, że prawdziwe życie jest o wiele ciekawsze niż najbardziej nawet wymyślny scenariusz.

 

Fot. internet

Po moim wpisie o Magdalenie, matce Wojciecha, historia zatoczyła koło. Moje malutkie wspomnienie przeczytała Barbara Ahrens-Młynarska, córka pani Magdaleny i siostra Wojciecha Młynarskiego – ta ślicznie nabzdyczona na zdjęciu – od 46 lat przebywająca na emigracji w Szwajcarii.

rep-Arystokraci3-14Pani Basia nawiązała ze mną kontakt, a potem zaproponowała spotkanie w Warszawie, bo na kilka dni przyleciała do Polski celem zaplanowania cyklu wieczorów autorskich.

Barbara Ahrens-Młynarska wydała właśnie tomik poezji pt. „Ślady łez” z naprawdę cudownymi wierszami.

Cudowne było też nasze spotkanie w cukierni Słodki…Słony Magdy Gessler w centrum Warszawy.

Kobieta z wielką klasą i o wielkiej dobroci serca, której życie jest materiałem na książkę. I taka książka ma właśnie powstać, pewnie zostanie wydana w przyszłym roku. Już zachęcam do jej przeczytania, niektóre wątki będą po prostu fascynujące. Choćby o Neli Rubinstein, żonie wielkiego pianisty Artura Rubinsteina, ciotce pani Basi (ojciec Neli, Emil Młynarski, był bratem dziadka pani Basi), u której w Szwajcarii przebywała. 

Pani Basiu, dziękuję za wspólnie spędzony czas. I muszę zacytować choć jeden z wierszy:

„Tego walca nie zatańczy pan już ze mną,

bo po prostu czas upłynął, czas nasz minął,

Ja przytyłam i nie zmieszczę się w sukienkę,

którą tylko na ten jeden bal kupiłam.

Pan obiecał wtedy walca i coś więcej

Co? – nieważne, było, przeszło i nie wróci.

Pan tak mocno trzymał wtedy mnie za ręce,

a walc płynął, pan nie tańczył, lecz go nucił.

No, a dzisiaj, ja już nie chcę tańczyć walca,

Pan posiwiał i tak dziwnie jakoś zmalał.

Ja przytyłam i nie stanę już na palcach.

To już zresztą nie ten walc i nie ta sala.

Tego walca nie zatańczy pan już ze mną,

bo po prostu czas upłynął, czas nasz minął,

Pan posiwiał, ja nie zmieszczę się w sukienkę,

którą tylko na ten jeden bal kupiłam.”

Historia zatoczyła koło, gdyż jakieś 22 lata, podczas spotkania z Magdaleną Młynarską, wręczyłam jej pięknie ilustrowany album z psalmami. Matka Basi i Wojtka była bardzo wierzącą kobietą. 22 lata później jej córka wręczyła mi swój tomik poezji, który jest piękną puentą… no właśnie czego? Że wszystko jakoś do człowieka wraca?

Z Internetu: Polacy mieszkający w Szwajcarii doskonale wiedzą, że nikt, przez ostatnie dekady, nie zajmował się pielęgnowaniem polskiej kultury na ziemi Helwetów tak, jak Barbara Ahrens-Młynarska. Gdyby nie jej energia, konsekwencja, talenty organizacyjne oraz rozległe kontakty, a także odporność na przeciwieństwa i krytykę, nie byłoby tych wszystkich spotkań z ludźmi polskiej kultury i sztuki, które z pewnością wpłynęły na podniesienie jakości życia intelektualnego w polskich domach pod szwajcarskim niebem. 

Przez wszystkie te lata Barbara Ahrens-Młynarska niestrudzenie działała na rzecz szerzenia kultury polskiej na obczyźnie. Najpierw we współpracy z Domem Polskim w Zurichu, a od 1986 roku w założonym przez siebie Klubie Miłośników Żywego Słowa, zapraszającym cztery razy w roku polskich artystów sceny i estrady, dziennikarzy i pisarzy, muzyków i wokalistów. Kanapa, na której nocowali w pokoju gościnnym domu Barbary i Uwego, jej drugiego męża, powinna się nazywać „Łoże Mistrzów”. Spali na niej najwięksi: Ryszarda Hanin, Agnieszka Osiecka, Irena Kwiatkowska, Gustaw Holoubek, Tadeusz Łomnicki, Stefan Kisielewski, Andrzej Łapicki, Jan Nowak-Jeziorański, Ryszard Kapuściński, Tadeusz Konwicki – goście Klubu Miłośników Żywego Słowa, prezentujący polską kulturę szwajcarskiej Polonii.

Marcin Zieliński z mojej parafii uzdrawia ludzi mocą Ducha Świętego. Niewidomi odzyskują wzrok, niemi słyszą, a chromi schodzą z wózków inwalidzkich. Opis charyzmatu Marcina można znaleźć w Internecie, posłuchać relacji osób, które dzięki jego modlitwie zostały uzdrowione. Chłopak ma jakieś 25 lat i duchowe doświadczenia, które opisał w swojej książce „Rozpal wiarę, a będą działy się cuda”. Cuda, które sam sprowokował.

maercinMarcin zaimponował mi. Miał chyba z 16 lat, kiedy po nocy spędzonej na czuwaniu w kościele, w wigilię Zesłania Ducha Świętego, poczuł, że już nic nie będzie takie samo, jak wcześniej. Zaczął zgłębiać Słowo Boże.

Pisze tak: „A od czasów Jana Chrzciciela aż dotąd królestwo niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je” Mt 11,12. – ten fragment Pisma Świętego był w moim życiu kluczowy, by wejść w posługę uzdrowienia. Moment mojego nawrócenia z religijności do wiary rozbudził we mnie pragnienia, których nigdy wcześniej nie miałem. Zacząłem pragnąć widzieć królestwo Boże przejawiające się na ziemi przez moje ręce. Widziałem moc Bożą na kartach Ewangelii. Słyszałem świadectwa księdza na spotkaniach biblijnych. Dlaczego nie miałbym widzieć tego w moim własnym życiu? Co możesz zrobić, kiedy nikt nie zaprasza cię na posługi, nikt nie chce, byś się nad nim modlił, nikt nie dzwoni, nie pisze? Musisz wziąć sprawy w swoje ręce i zacząć walczyć o obietnice, które Bóg zostawił nam w Biblii. Czytałem słowa Jezusa, które obiecywały, że KAŻDEMU, kto uwierzy, te znaki towarzyszyć będą! W przypisach nie znalazłem komentarza „Każdemu oprócz Marcina Zielińskiego”. Każdemu! Więc i mnie! W ten sposób zaczęła się moja desperacka pogoń za uzdrowieniem”.

Marcin modlił się o uzdrowienia przez moc Ducha Świętego przez kolejnych kilka…lat, ale nie widział żadnych rezultatów. Ja pewnie zwątpiłabym w „swój charyzmat” po trzeciej próbie uzdrowienia. Jego też zniechęcano, podśmiewano się. Marcin nie zwątpił, gdy Jezus go „testował”.

Pisze dalej: „I tak minęło kilka lat posuchy, setki omodlonych osób, tysiące sytuacji, w których przełamywałem swój komfort, podejmowałem ryzyko wiary podchodząc do nieznajomych i narażając się na ośmieszenie. Pamiętam wiele nocy, kiedy wołałem do Boga ze łzami w oczach: „Gdzie są Twoje obietnice, gdzie one są w moim życiu?!”. Aż w końcu przyszedł moment, kiedy powiedziałem Bogu: „Niezależnie od tego, czy będę widział uzdrowienia czy nie – i tak będę to robił. Tak mówi Twoje słowo, więc nie obchodzi mnie, co widzą moje oczy, będę kładł ręce na chorych i w końcu zobaczę”. Na owoce tej modlitwy nie musiałem długo czekać”.

Marcin posługuje w grupie uwielbienia Głos Pana, jeździ zapraszany na spotkania z modlitwą o uzdrowienie po całej Polsce i świecie. Moja córka chodzi na spotkania grupy w każdy wtorek i mówi – ja jeszcze nie dotarłam, ale oczywiście zamierzam – że uzdrowienia są częste, a omdlenia ludzi trąconych skrzydłem Ducha Świętego to standard. – Mamo – mówi – ci ludzie nie padają wprost na posadzkę, ale osuwają się, a ich głowa jest jakby przez kogoś niewidzialnego podtrzymywana. Marcin nam mówi, że to sam anioł dba o to, by sobie nic nie zrobili…

Bywa, że pod kościół zajeżdża i kilkaset aut; ostatnio Marcin uzdrowił górala z Zakopanego, który przyjechał specjalnie na spotkanie do mojego miasta. Mężczyzna nie chodził, od 4 lat był na morfinie. 

dolindoW moje ręce wpadła też książeczka pt. „Jezu, Ty się tym zajmij”. Nie słyszałam wcześniej o ks. Dolindo Ruotolo, który zmarł 47 lat temu. Żył w Neapolu, o nim samym też można poczytać w Internecie, trwa jego proces beatyfikacyjny.

Jezus podyktował mu „Akt zawierzenia”, o którym miał powiedzieć, że „Nie ma skuteczniejszej nowenny niż ta”.

Czytam ten akt i przyznam, że jestem w szoku: tak naprawdę żadna modlitwa nie jest potrzebna! To powrót do pięknego fragmentu z Księgi Przypowieści 3:5-7 „Zaufaj Panu z całego serca i nie polegaj na własnym rozumie. Pamiętaj o Nim na wszystkich swoich drogach, a On prostować Będzie twoje ścieżki”.

Jezus mówi księdzu Dolindo tak (przytoczę kilka zdań, bo cały „Akt zawierzenia” jest bardzo długi, ale naprawdę warto go przeczytać): „Dlaczego wpadacie w zamęt niepokojąc się? Pozostawcie mnie troskę o wasze sprawy, a wszystko się uspokoi. Powiadam wam, że naprawdę każdy akt prawdziwego, ślepego, całkowitego zawierzenia się Mnie sprawia to, czego pragniecie i rozwiązuje najtrudniejsze sytuacje. Zawierzenie Mnie nie polega na podejmowaniu usilnych starań, wzburzeniu i rozpaczaniu, a następnie kierowaniu do mnie gwałtownej modlitwy, abym podążył za wami i przemieniał ten niepokój w modlitwę. Zawierzenie oznacza zamknięcie oczu duszy, odwrócenie myśli od zmartwienia i zdanie się na mnie, abym to ja sam działał, słysząc, jak mi mówicie: Ty się tym zajmij. (…) Jeśli mówicie Mi naprawdę: bądź wola Twoja, co oznacza to samo, co Ty się tym zajmij, działam z całą wszechmocą i rozwiązuję najtrudniejsze sytuacje. Oto widzisz, że dolegliwość przybiera na sile zamiast słabnąć? Nie niepokój się, zamknij oczy i powiedz z ufnością: bądź wola Twoja, Ty się tym zajmij. Powiadam ci, że zajmę się tym i zadziałam jak lekarz, a nawet uczynię cud, jeśli będzie trzeba (…)”.

o.macricnKsiążeczkę „Jezu, Ty się tym zajmij” podsunął mi o. Marcin Ciechanowski, egzorcysta, którego miałam okazję poznać podczas Jasnogórskich Dni Skupienia. On je prowadził, a na spotkania „zaciągnęli” mnie moi przyjaciele ze studiów. Było fajnie, bo ojciec to mądry kapłan.

Ale najważniejsze, że podczas tych ostatnich tygodni, właśnie dzięki Marcinowi, księdzu Dolindo oraz o. Marcinowi z Jasnej Góry, zrozumiałam, że: wiara i religia to dwie różne sprawy, że Jezus jest ciągle Ten sam, co dwa tysiące lat temu i że można go nie spotkać, nawet będąc codziennie w kościele, a dwa razy dziennie się modląc.

I chyba najtrudniejsze, bo wciąż wydaje mi się to fascynująco niesamowite, że w duchowej rzeczywistości znajdujemy się na równi z Jezusem, gdyż poprzez Jego mękę, śmierć i zmartwychwstanie otrzymaliśmy Jego autorytet. Na nic nie musimy już pracować, bo Jezus zrobił to za nas. Musimy tylko przyjąć to, kim się staliśmy.

„To objawienie zrewolucjonizowało moją modlitwę o uzdrowienie – pisze Marcin Zieliński w swojej książce. – Zamiast błagać i prosić, zacząłem deklarować, ogłaszać i zwracać się do chorób w autorytecie Jezusa. (…) On zostawił nam swój autorytet, abyśmy z niego korzystali. Po co ci milion dolarów w banku, skoro z nich nie korzystasz? Po co ci Jego autorytet, skoro nie będziesz go używał?”

Po co o tym wszystkim piszę? Bo coraz bardziej przekonuję się, że życie duchowe jest o wiele bardziej fascynujące niż to zwykłe, w realu. O wiele bardziej.

Przeprowadzam wywiad, a głowa leci mi do tyłu, jakby ktoś ją co chwila popychał. Wiem, że tego nie widać, więc dalej siedzę, niby pionowo, ale tak naprawdę czuję się jak na karuzeli. Zastanawiam się, czy jak wstanę, to się nie przewrócę. Mam zawroty głowy, zatkane ucho (za godzinę pewnie przejdzie, ale wtedy być może zaniewidzę na oko), ścisk w klatce, wewnętrzny dygot, nie mogę zebrać myśli, słowa nie chcą się układać w ładne zdania, a całe ciało jest napięte do granic możliwości. Za chwilę zemdleję…

wesSpokojnie, to tylko nerwica.

Nie-nerwicowcy niech dalej nie czytają, bo i tak nie zrozumieją.

Odkąd pamiętam czuję się źle. Po raz pierwszy odleciałam w wieku chyba 10 lat, gdy bawiłam się z dzieciakami przed domem. Piłka leciała w moim kierunku, a ja doświadczyłam odrealnienia rzeczywistości – i odlot. Nie upadłam, ale nie wiedziałam też, co się ze mną dzieje. Dzieci zawołały mojego ojca, który zaniósł mnie do domu. Leżałam i było dziwnie. Potem były omdlenia w kościele, w sklepie, w szkole. Nikt się tym nie przejmował, łącznie ze mną. Pół studniówki przesiedziałam na szkolnym korytarzu, bo nie potrafiłam określić, co mi jest. Znów było dziwnie, a powrót do bawiących się koleżanek i kolegów ponad siły.

Wyjechałam na studia do Rosji – i tam to się działo!

Jak tylko przyjechałam do Petersburga, na mojej prawej dłoni pojawiły się żywe rany. Krwawiły, więc zakładałam i wymieniałam bandaże. W sumie też się tym zbytnio nie przejęłam – tyle innych rzeczy się działo – aż w końcu koleżanka z trzeciego roku, przerażona widokiem, zaprowadziła mnie do jakiejś wojskowej przychodni przy placu Zimowym koło Ermitażu. Lekarka zawołała swoje koleżanki, wszystkie zadziwione coś tam nade mną po rosyjsku mówiły, w końcu przepisały maści, których nie wiem nawet, czy ostatecznie użyłam. Samo przeszło po kilku miesiącach.

Potem zaczęłam mieć uderzenia do głowy i ataki paniki. Koleżanki zaliczały kolejnych facetów, a ja co chwila umierałam. Co i rusz trafiałam do ruskich szpitali.

Za pierwszym razem do przybytku dla cudzoziemców i było super. Lekarze określili, że mam „brzucholca”, bo miałam ogromne problemy gastryczne – i leżałam sobie w poczuciu bezpieczeństwa, że nawet jak zemdleję na tym szpitalnym łóżku, to mnie szybko ocucą. Poznałam bardzo miłego Wietnamczyka i Polkę, która studiowała dyrygenturę w Rosji; znajomi mnie odwiedzali, sale były dwuosobowe z TV, a na deser podawano… pęcherzyki powietrza, które wyglądały jak mydlana piana. Jadło się to łyżką, a pielęgniarki mówiły, że piana zastępuje spacer na świeżym powietrzu. Leżałam kilka dni i jak tylko wyszłam zachciało mi się natychmiast wrócić.

Nie było to takie proste. Karetki pogotowia przyjeżdżały do mnie, a ja, zgłębiając codziennie rosyjską encyklopedię zdrowia (raczej chorób), wmawiałam lekarzom, co mi jest, a ci, o dziwo, wierzyli. Dostawałam kolejne leki, ale było tylko gorzej; ktoś, kto przeżył lub przeżywa nerwicę, wie doskonale, o czym piszę. Wystarczy, że napiszę słowo „kaloryfer” i dla nerwicowców wszystko będzie jasne.

Któregoś razu, znów umierając i dodzwaniając się na pogotowie usłyszałam w słuchawce, że znowu dzwoni „ta wariatka”, i że nie będą już do mnie jeździć. Strasznie nakrzyczałam, więc przyjechali, ale dali głupiego jasia i pojechali. Do rana nie mogłam ruszyć ręką i nogą, a nawet językiem, byłam sparaliżowana, a wewnątrz umierałam na dobre. To był mój najgorszy dzień w życiu. Więcej do nich nie zadzwoniłam.

Po kilku dniach, przekonana, że mam krwawienie wewnętrzne, sama poszłam do szpitala. Pierwszego z brzegu.

To była zima. Wdarłam się do jakiegos gabinetu i powiedziałam lekarzowi, żeby mnie zbadał, bo inaczej ze szpitala nie wyjdę. Zszokowany przebadał i powiedział, że wszystko jest okej.

A ja dalej, że stąd nie wyjdę, póki mnie nie wyleczą.

On, że nie ma miejsca.

Ja, że trudno, musi mi coś znaleźć.

Westchnął i zaprowadził do sali z jednym wolnym łóżkiem. Salka była 6-osobowa, ciasna jak cholera, na 5 łóżkach leżały babuleńki. Oznajmił, że wszystkie mają żółtaczkę, ale wcale mnie to nie zniechęciło. Powiesiłam swój kożuch na wieszaku w rogu sali i zaczęłam się rozbierać, by wreszcie położyć się do łóżka. Wtedy jedna z babć zaczęła krzyczeć, żebym wyniosła kożuch, bo ona jest uczulona na wełnę! Nie wiedziałam, co robić, ale wzięłam go i wyszłam na korytarz. Akurat szedł „mój” lekarz, więc powiedziałam, że nie będę w tej sali leżeć, niech szuka innej. Wkurzony pokazał mi w końcu wersalkę na korytarzu, którą obsiadły koty – koty w Rosji to jak krowy w Indii – i powiedział: chcesz, to się kładź!

Wybiegłam z tego szpitala! Nie wiem, jak dobrnęłam do domu, bo już wtedy nerwica nie pozwalała mi normalnie funkcjonować. Wyjście za próg mieszkania było horrorem, przejazd marszrutką do metra gehenną, a dojazd na uczelnię metrem, jakieś 40 minut pod ziemią, czarną przepaścią stąd do wieczności. Ciągle chciało mi się mdleć, dusiłam się z braku powietrza, serce mi trzepotało, cokolwiek nie zjadłam bolał mnie brzuch i całe ciało. W końcu nie byłam w stanie wstać rano z łóżka. Wokół wszyscy byli zdrowi i prowadzili ożywione życie towarzyskie, a ja leżałam w pościeli i umierałam.

Zioła, akupunktura, medytacja, wizualizacja, magiczny „piataciok” (kółko z dziurką za piekielne pieniądze, które miało mnie uzdrowić), czary-mary znachorów i Bóg wie jeszcze co. Wszystko o kant du… potrzeć.

Wsiadłam do samolotu (wypiłam wtedy na pokładzie, pamiętam, trzy butelki neospazminy) i wróciłam do Polski w przekonaniu, że na studia już nie wrócę, bo toczy mnie śmiertelna choroba. Rodzice byli przerażeni.

- Całą Rosję zwiedziłaś, a teraz z łóżka nie możesz wstać? – grzmiał Ojciec.

- Udajesz! Wstawaj i weź się w garść – krzyczała Matka.

Któryś z kolei lekarz orzekł w końcu, że to nerwica i dał leki uspokajające. Nerwica to przecież nie choroba.

Z ledwością skończyłam studia. Pod koniec ważyłam ze 40 kilo i gdy wsiadałam do pociągu w Petersburgu ostatniego dnia pobytu w Rosji, to nawet się za sobą nie obejrzałam! Do dzisiaj żałuję, że spędziłam tam pięć lat swojego życia.

Zaczęłam studia dziennikarskie, ale nerwica nie odpuszczała. Lęki miałam przeogromne. Trafiłam w końcu do psychoterapeuty i po jakimś roku poczułam, że wróciłam do jako takiej normy.

Jako takiej, bo złe samopoczucie towarzyszy mi ciągle. Akcję ze szpitalem w moim rodzinnym mieście też miałam nie raz – byleby tylko położyć się na szpitalnym łóżku, bo potworność istnienia nie pozwalała inaczej.

A na co dzień – nerwicowcy to znają – unikanie tłumów (nie da się), siadanie blisko drzwi, by w razie czego można było wyjść, szybka lokalizacja toalety, zero występów publicznych (zaliczam je ciągle), zero kościołów (chodzę, choć często wychodzę), teatrów czy kin (chodzę, bo kocham) i siedzenie w środkowych rzędach (siedzę i się pocę); słabość, uczucie duszności, splątany język i mnóstwo innych objawów. Widok z drugiego piętra przyprawia o mdłości, podobnie jak sama myśl o locie samolotem. Stany depresyjne. Fobie.

Nigdy nie wiesz, czym twój organizm zaskoczy cię następnego dnia.

A mimo to trzeba jakoś żyć. Pewnie to życie wyglądałoby zupełnie inaczej, gdybym nerwicy nie miała. Byłabym w innym miejscu i byłabym innym człowiekiem.

Czy byłabym szczęśliwsza? Nie wiem.

Wiem, natomiast, że nie jestem odosobniona i trochę nas jest.

Co mi pomaga?

Po przetestowaniu chyba wszystkiego Ameryki nie odkryję: intensywny fitness, że pot się leje oraz koncentracja na „tu i teraz”. Właściwa dieta czyli szczęśliwe jelita. Oczywiście pozytywne myślenie, o co w moim przypadku strasznie ciężko.

Witajcie w klubie?

Zmarł Wojciech Młynarski. Wszyscy wiemy, że miał dwie córki i syna. Ja miałam przyjemność poznać jego mamę, panią Magdalenę. To był rok 1995 lub 96, ona miała już 81 lat i przebywała w Domu Aktora Weterana w Skolimowie, gdzie realizowałam reportaż o aktorach-seniorach. Jeździłam tam wiele tygodni, przeprowadzałam wywiady z Ireną Byrską, Jerzym Blockiem, Marią Burską (pierwszą żoną Jeremiego Przybory), Ireną Górską-Damięcką, matką aktorów-bliźniaków, Kazimierzem Łabudziem i jego żoną Janisławą, Renatą Kossobudzką, ks. Kazimierzem Orzechowskim. I z nią, Magdaleną Młynarską. 

11230847_1025849804171674_358416456802603040_n

Pokoik pani Magdaleny wyglądał tak, jakby nazajutrz miała się wyprowadzić. Bardzo tęskniła za domem i bardzo przeżywała, że nie może do niego wrócić. Mnie, nieznanej osobie, wciąż opowiadała o rodzinie, o mieszkaniu, gdzie na balkonie hodowała najpiękniejsze w stolicy kwiaty. Każdy się nimi zachwycał.

Cały reportaż ukazał się w miesięczniku „Więź” w październiku 1997 roku.

O matce Wojciecha Młynarskiego pisałam tak: „(…) Nie muszę nawet pytać o nazwisko – podobieństwo jest uderzające. Matka sławnych dzieci. Przede wszystkim matka, bo żoną była zaledwie 3 lata. Mąż zmarł na gruźlicę. Czy nie chciała na nowo układać sobie życia? Miła tylko 27 lat…

- Nie, nigdy. I nie żałuję tego. Owszem, były różne zawirowania życiowe, ale mój umysł i wyobraźnia ogarniały także to, co się dzieje w takich związkach i później. Zresztą nie zapomnę nigdy jednej rzeczy. Jak syn (Wojciech) zrobił maturę, to rzucił mi się na szyję i powiedział „A tobie to dziękuję najbardziej za jedno, matuś, żeś za mąż powtórnie nie wyszła”. Więc myślę, że warto było iść przez życie w pojedynkę.

Gdy mówi o dzieciach, wilgotnieją jej oczy. Matka.

- Ja całe życie kierowałam się zasadami wiary. Bóg i modlitwa były dla mnie najważniejsze. Dlatego teraz łatwiej mi znieść pobyt tutaj, bo jest kaplica, wspaniały kapłan ksiądz Kazio Orzechowski. Jego prelekcje bardzo mi duchowo pomagają.

Jest cały czas zakłopotana, nieśmiało się uśmiecha, co chwila prosi o odpoczynek. Po jakimś czasie rozluźnia się i widać, że zwierzenia sprawiają jej przyjemność. Opowiada o młodości, mężu, muzyce, występach estradowych, o pracy w radiu, o rodzinie. I o dzieciach, wnukach i prawnukach. O domu przy jednej z ulic warszawskiego śródmieścia. O tym prawdziwym domu. Tylko, żeby dzieci się o tym nie dowiedziały, bo po co mają się denerwować. Ona nie chce nikogo martwić i sprawiać jakichkolwiek problemów. Ale czy to jej wina, że tak tęskni za domem…

- Na jesieni 1994 roku przeszłam zawał i wprost ze szpitala przewieziono mnie tutaj. Tu jest opieka lekarska, regularne posiłki, wszyscy są dla mnie dobrzy i mili, ja wiem… Ale ja cały czas nie tracę nadziei, że do domu wrócę…

Mówi teraz szybko, jakby chciała zrzucić ciężar, który ją przygniata. Twierdzi, że nie miałaby przecież żadnych wymagań. Żeby tylko znaleźć uczciwą opiekunkę, która by przychodziła na kilka godzin dziennie. Ot i wszystko. Może siostry z Wilczej…Co pani o tym sądzi? – pyta mnie nagle z nadzieją w głosie, jakby mogła jej w tej kwestii pomóc, rozwiązać ją, wstawić się za nią u rodziny. – Może za słabo się do tej pory szukało? Bo nikt nie chciał się zgłosić. Ale z drugiej strony rozumie, że byłby to kłopot dla dzieci. Córka za granicą, syn – to człowiek oddany społeczeństwu. Można więc powiedzieć, że to już nie jej syn, ale całego narodu. I w sumie za takiego syna powinna Bogu dziękować, a nie wciąż tęsknić.

- Modlę się i ufam Panu. Widać taka jest Jego wola. Zresztą ksiądz Orzechowski powiedział, że my już do innego domu zdążamy.

Czy nie czuje się trochę pokrzywdzona przez los?

- Trochę tak. Inaczej wyobrażałam sobie moje życie. Nie było mi łatwo rozstać się z moim mężem. Ale nie myślę o tym, żyję dniem dzisiejszym. Moje dzieci rekompensują mi wszystko. Strasznie się cieszę, gdy mnie tu odwiedzają. Ale one też mają swoje zajęcia, mało czasu. Ja wciąż o nich myślę i się za nie modlę.

Uśmiecha się nieśmiało, chce mi powiedzieć coś bardzo ważnego.

- Wie pani, że starych drzew się nie przesadza… Ale tego niech pani nie pisze. Po co moje dzieci mają się denerwować”.

Nie wiem, jak długo jeszcze żyła Magdalena Młynarska, w każdym razie miło było mi ją poznać. I zawsze, gdy słyszę o Wojciechu, o Agacie, Paulinie i Janie, widzę ją, starszą panią, strasznie tęskniącą za domem. 

…Nie ma jak u mamy ciepły piec cichy kąt ! 

Nie ma jak u mamy kto nie wierzy robi błąd! 

Nie ma jak u mamy cichy kąt ciepły piec! 

Nie ma jak u mamy kto nie wierzy jego rzecz! 

PS. To cudne zdjęcie pozwoliłam sobie ściągnąć z Internetu. W zasadzie to ono zainspirowało mnie to tego wspomnieniowego nieco wpisu. Ten nabzdyczony złotowłosy aniołek to Wojciech, obok jego siostrzyczka Basia. Piękna kobieta, ich matka, to Magdalena Młynarska. 

computational-2048166_960_720W Warszawie dobrze się żyje może Kożuchowskiej i innym gwiazdom zarabiającym krocie. Szaremu człowiekowi niekoniecznie, chyba, że dostosuje się do przednówkowej szarości stolicy. Stolica i jej tempo zwykle mnie doenergetyzowywało, ale ostatnim razem było inaczej.

Głównie po stolicy jeżdżę, tym razem się przeszłam. Pierwszy słoneczny dzień, słońce wylało się na ulice i odsłoniło ich brzydotę. 

Najpierw poszłam z córką na prześwietlenie zębów do jednej z klinik na Świętokrzyskiej. To był poniedziałek, w piątek zostałam poinformowana, że podwójne rtg będzie mnie kosztować 140 złotych.

- Popsuła nam się dzisiaj drukarka, więc możemy dać pani tylko płytkę – słyszę. – To co, robimy?

- Robimy – powiedziałam po chwili namysłu, bo i tak nie miałam wyjścia: za dwie godziny musiałam być u ortodonty, na którą to wizytę czekałam dwa miesiące. – To ile płacę?

- 140 złotych – słyszę.

- Skoro bez wydruku, to chyba powinno być taniej? – jakoś mi się wymsknęło.

- Nie, cena bez wydruku jest 140 złotych – słyszę.

- A z wydrukiem?

- 145 złotych – słyszę.

Ta logika wydała mi się podejrzana. – W piątek pytałam o cenę i usłyszałam, że podwójne rtg zęba kosztuje 140 złotych. Skoro dzisiaj popsuła się wam drukarka, a w piątek była sprawna, więc powyższa cena obejmowała i płytę, i wydruk… – dowodziłam, ale wychodziło na to, że jestem niemiłą czepiającą się babą, która w tej pięknej sterylnie czystej i delikatnie kremowostonowanej kolorystycznie przychodni robi niepotrzebne larum i psuje innym humor.

- To co, robimy? – pyta znudzona recepcjonistka.

- Tak… Mówiłam, że nie mam wyjścia.

Wyszłam lżejsza o 140 złotych z płytką, która, jeśli moja ortodontka nie będzie miała drukarki, będzie bezużyteczna i z dwumiesięcznego czekania na wizytę nici.

Ponieważ miałam z córką jeszcze prawie dwie godziny, postanowiłyśmy coś zjeść. Na przykład w Sphinksie w Alejach Jerozolimskich.

- Jak smakuje kasza bulgur? – pytam kelnera, bo zamarzyła mi się sałatka z takim składnikiem.

- Nie wiem, nie próbowałem – mówi miły pan, pewnie dorabiający student, więc nie mogę wymagać za wiele. – Ale mogę przynieść tester za 6 złotych.

Poprosiłam.

Niestety, choć kasza była smaczna, inne składniki mnie nie zachwyciły. Poprosiłam więc sałatkę Cezar, która wyglądała tak: kilka rodzajów sałat (z tych gotowych kupowanych w każdym markecie w torebkach foliowych), na to jeden pokrojony pomidor o smaku nie przypominającym niczego, na to jakieś okropne grzanki. I chyba ser żółty. Do tego dwa oddzielne tosty z masłem czosnkowym – sama robię lepsze. Zero sosu, więc jadłam tę suchą sałatę wrzuconą wprost z torebki foliowej, z pomidorem i zagryzałam grzankami.

Wyliczyłam, że realna wartość tej sałatki to może jakieś 10 złotych – ale w Sphinksie w alejach zapłaciłam za nią około 28 złotych.

Nieco wkurzona bylejakością poszłam do pobliskiej Żabki kupić bilety na tramwaj. Nie było, więc poprosiłam o gumę do żucia. Z 5 złotych zostało mi wydane 2 złote.

- Przepraszam, ale tu pisze, że guma kosztuje 2,69 złotych – mówię do bezzębnej pani.

- Jakie 2,69? 2,99! – oponuje, a ja już mam zamiar zapytać, gdzie w takim razie podział się 1 grosz reszty.

- Tu jest cena 2,69 zł – pokazuję palcem na karteczkę z ceną.

- Ojej, bo się poprzedniczka pomyliła, ciągle to samo – pani wyszła i zaczęła mocować się z karteczką, nie wiedzieć czemu, bo leżało tam całe spektrum gum i pod każdą cena również była 2,69 zł. Musiałaby wyrwać i zmienić wszystkie. – Proszę – kobieta oddała mi 30 groszy (grosika dalej nie odzyskałam, ale bezzębność ekspedientki, podczas gdy ja wydałam już setki złotych na warszawską ortodontkę mojej córki, sprawiła, że dałam spokój).

Nie będę już opisywać zatłoczonych tramwajów i śmierdzących włóczęg, którzy zawsze mają miejsce siedzące, a nawet dużo przestrzeni wokół siebie, a także kolejnej 5-minutowej wizyty u ortodontki, za którą jak zwykle zapłaciłam stówę (drukarkę miała)– przejdę do rzeczy najważniejszej.

Otóż – jak wspominałam na początku – zamiast jeździć przeszłam się ulicami w centrum stolicy. I złapałam się za głowę! Wiecie jak trudno znaleźć jakieś polskie nazwy na sklepach, bankach, miejscach usług?

20170227_143419Bracka, Krucza i nazwy: Lokaah, Good of The Worlds, New Collection, Pancake Corner, Cafe Nero, Costa Coffee, Coffe Heaven, Starbucks Coffee, Green Caffe Nero, Boulangerie, Patisserie - jedynym wytchnieniem dla moich oczu było typowo polskie, acz pretensjonalne, Zjedzone Wypite…

- Córko – mówię – patrz, Wedel. Chodź pokażę ci, jak wygląda ten staroświecki, chciałam dodać polski sklep, gdzie twoja mama i twoja babcia czasem godzinę stały za PRL po kilka czekolad, które tu zawsze można było kupić. To najstarsza fabryka czekolady w Polsce, założona przez niemieckiego cukiernika, teraz przejęta przez koncert japońsko-koreański…

- Wedel nie jest polski? – zdziwiła się córka.

No nie.

Potem natknęłam się na Dom Książki (obok KFC). Dawniej wydawnicza potęga, teraz zdominowana przez zachodni kapitał typu Empik czy Amazon. Neon świadczy o tym najwymowniej: ledwie go widać, jest cały pordzewiały i na tle innych, zachodnich oczywiście, pięknie odmalowanych, świadczy o upadku. Tak to odebrałam i zrobiło mi się bardzo przykro.

Jak nigdy z przyjemnością wróciłam do swojego 50-tysięcznego miasteczka, sennego nieco, ale gdzie Zachód nie wkroczył jeszcze tak nachalnie, a życie jest prostsze i nieco tańsze – choć na „oszukańców” też trzeba uważać. 

hyggesockscreditshutterstockBardzo spodobały mi się życzenia, które rok temu złożyła mi koleżanka: życzę ci świętego spokoju. Powiedziała to w ten sposób, że zrozumiałam, iż sama o nim marzy. Ubawiła mnie też rozmówka, którą ktoś wrzucił na FB: Dostałeś coś pod choinkę? Tak, pierdolca. A potem poczytałam o skandynawskim hygge i zamarzyłam, że w swoim własnym domu będę je uskuteczniać, bo jestem po prostu zmęczona.

W tym celu zakupiłam sobie kocyk. Całą resztę akcesoriów czyniących dobrze: kubek w sweterku, grube skarpety, dobrą książkę oraz kominek już posiadałam. Wszystko czekało. Wystarczyło tylko znaleźć chwilę, rozsiąść się wygodnie na kanapie szczęścia, nalać sobie do kubka w sweterku dobry poncz, by spoglądając od czasu do czasu w migające ognie kominka pogrążyć się w lekturze. Po trzech próbach podejścia do hygge odpuściłam.

Powodem było wszystko: wełna z kubka skrzypiała mi w ręku, że aż zęby bolały, stopom w skarpetach skierowanych w stronę kominka było zdecydowanie za gorąco, kocyk był sztuczny i strzelając ustawiał moje włosy na baczność, a książka nie przeniosła mnie w krainę szczęścia, bo czytałam o przesiedleniach na Kresach Wschodnich w czasie drugiej wojny światowej.

W dodatku dom żył swoim życiem i co chwila słyszałam: Mamo! (syn) Mamo! (córka) Matka! (to mąż), hau (pies), telefon (mama z newsami o pani Krysi). Rodzina uświadamiała mi, że wiele rzeczy leży odłogiem i fakt, że w ciągu dnia uprawiam hygge czyli totalne lenistwo jest nie na miejscu. Generalnie było o kant potłuc, więc rzuciłam wszystko w kąt i znów stanęłam w jedynym słusznym dla kobiety miejscu, czyli za kuchnią. Wtedy wszystko wróciło do normy.

hygge04lf01Ja w sumie też poczułam się lepiej, bo przestałam mieć wyrzuty sumienia. Myślę, że Matki-Polki zrozumieją, o czym piszę.

Życzę wszystkim na święta, sobie też – z góry wiedząc, że to nie nierealne, bo odpoczynek to sztuka, której nie posiadłam i łaska, której nie dostąpiłam – świętego spokoju w pozycji hygge. Chociaż przez 5 minut.

Wszystkiego dobrego!

Jestem na Alasce, wokół lśniący śnieg, po kolana, taki jeszcze z dzieciństwa. Koło drewnianej chaty młody drwal rąbie drzewo. Chwilę patrzę, ale oto przebiega koło mnie czarny pies, spoglądam za nim. Podbiega do innego mężczyzny, wokół biegają husky. Oglądam się za siebie, śnieg, jakieś drzewa. Przystojniak dalej rąbie, ale ja wyruszam już psim zaprzęgiem na przejażdżkę! Siedzę albo stoję, nie wiem, na saniach, takich ze skórami, przede mną kilka psów, obok biegają inne. Piękne widoki, wokół błyszczący śnieg, pędzimy przez jakieś dzikie miejsca, czuję jak adrenalina rozsadza mi głowę. Najwyższy czas zdjąć gogle.

EXPO - 11TH DIMENSIONSC_0465 EXPO - HTC EXPO - INSPIRIA EXPO - SENFINO EXPO - VR VISIO EXPO -CO JEST GRANE PANEL NIERUCHOMOSCI PIOTR_BACZYNSKI RICOH - THIJS EKELSCHOT THIJS EKELSCHOT

Albo kliknąć na inny matriks. Kręci mi się w głowie, gdy spoglądam z drugiego piętra w dół, więc przewrotnie wybieram ekstremalne doznania. Może mi się uda oszukać mózg i wreszcie poszybuję jak ptak stojąc po prostu na podłodze Centrum Nauki Kopernik w Warszawie.

Na razie wybieram roller cloaster, ale rezygnuję z jazdy równie szybko jak ze skoku na bungee (Boże, kto przy zdrowych zmysłach to w ogóle robi!) i przejścia nad wąwozem. Tylko ja i lina, wystarczy jednak spojrzenie w dół, by lęk wysokości kazał znów kliknąć. Zostaję więc bobsleistką, ale wyścigi z prędkością ponad 100 km/h na torze saneczkowym dla kobiety w moim wieku to też lekka przesada.

Kraty. Jestem w amerykańskim więzieniu – wiem, że to amerykańskie, bo film jest Discovery. Poza tym są Murzyni o gabarytach Johna Coffeya z „Zielonej Mili”. Stoję z nimi twarzą w twarz, raz jestem kamerą przy suficie, raz robalem obok buta więźnia, już białego, który, widzę to wyraźnie, wyjął jakąś szpilkę i chce otworzyć kajdanki. Chwilę patrzę, jak się z nimi mocuje, ale za dużo tu testosteronu. Znów klikam.

Płynę więc gondolą w Wenecji, zwiedzam Walię i karmię gołębie na placu świętego Piotra. Ta formuła mi odpowiada. Już wiem, że na emeryturze usiądę na własnej „kanapie szczęścia”, założę gogle, które będą równie powszechne jak teraz komórki i wybiorę z półki kawałek świata, który chcę zobaczyć. Bez biur podróży, rezerwacji w hotelach, czekania na lotnisku, przelotu, zmęczenia. Za darmo. Bezpiecznie. To się dzieje.

Potem jadę rowerem mostem świętokrzyskim, a potem surfuję na desce na oceanie na Hawajach. Polska technologia nieco gorsza, więc i doznania już nie te, w sam raz dla mnie. Jest podniebna huśtawka, z której można oglądać Warszawę z lotu ptaka. Potem stoję na wieży, z której widzę stolicę w XI wieku. Bagna i lasy. Przenoszę się w kolejne stulecia, znów polska technologia, więc do doskonałości daleko, ale chłopaki się starają. Kończy się na ’44, same zgliszcza.

Oglądam pierwszy polski serial w technologii 360 st. Para nie do pary z Magdaleną Różdżką i Paweł Małaszyńskim. Odcinek dzieje się w barze, siedzę jakby na ladzie i oglądam, co się dzieje wokół mnie. Patrzę na kieliszki, browary, dokładnie widzę tablice, szyldy, każdą naklejkę na drzwiach. Nawet jakby Małaszyński rzucił chusteczkę na podłogę, to też bym ją widziała. Treść dla gimbazy, ale gdyby to był na przykład „Wołyń”, uu, można umrzeć.

Ale to wszystko zabawa, rozrywka, czasem pouczająca i ekscytująca, bo przecież pewnych rzeczy człowiek nigdy nie miał, czy nie będzie miał okazji w życiu zrobić, a czasem jak Tilt Brush, nie wiadomo, czemu służąca. WR czyli virtual reality, wirtualna rzeczywistość, staje się rzeczywistością. Na razie jesteśmy pewnie na etapie pierwszych Atari, ale dobrze pamiętamy, jak wyglądały nasze pierwsze komórki, a jak wyglądają obecnie. Ile to lat zaledwie minęło?

Zaletę VR wykorzystują już np. deweloperzy. W ziemi jeszcze dziura, ale oni już tworzą wirtualne bloki, które za chwilę wybudują, mieszkania, które ich klienci mogą już oglądać. Wyjść na balkon na przykład i zobaczyć, jaki jest widok z okna. Albo czy z pokoju do kuchni nie jest jednak za daleko. – Zastosowanie VR to przede wszystkim skrócony czas transakcji – mówi Andżelika Sokół, rzecznik prasowy HomeBroker. -Na razie działamy w ten sposób tylko na rynku wtórnym i tylko w Warszawie i Trójmieście, ale to dopiero początek.

Zakładam gogle i klikam w interesujące mnie okienko. Jestem w jakimś wypasionym domu na sprzedaż pod Warszawą. Oglądam ogród, wchodzę do pomieszczeń. Jestem na górze i na dole. Potem mieszkanie w centrum stolicy. Stoję w kuchni, oglądam wyposażenie, przechodzę do innych pokoi. Potem znów klikam.

Jak się robi taki wirtualny spacer? Można wynająć fotografa sferycznego z Google, można kupić własną kamerkę sferyczną wielkości pilota do TV, koszt około 1.300 zł dobrej marki, można wreszcie ściągnąć aplikację na własnego smartfona. I działać.

Być kimś innym, lepszym, mądrzejszym i ładniejszym; a może po prostu być kimś – to marzenie wielu. Film „Awatar” to odpowiedź na te marzenia. VR to wielka nadzieja dla osób niepełnosprawnych, o zaniżonej samoocenie, walczących z fobiami. 

W wymyślaniu sytuacji ogranicza nas tylko fantazja. Wszystko, co wymyślisz, będzie za chwilę na dotknięcie ręki.

Na VR można też zarobić. Opowiadali o tym kolejni prelegenci, m. in.: Adam Stachowski, producent wideo 360 st. i filmowiec, Marcin Wiśniewski, dyrektor w firmie i3D, będącej prekursorem technologii VR, i który VR stosuje w szkoleniach dla profesjonalistów Andrzej Horoch, prezes Grupy Workroom, który opracowywał strategię komunikacji oraz kreację reklamową dla największych deweloperów, Piotr Łój, producent filmów sferycznych wideo 360 st., organizator weekendów kreatywnych DigUp StartUp wspierających innowatorów, założyciel m. in. Fundacji Virtual Dream, Barbara Berkan, współzałożycielka Mimo VR, pierwszej na rynku polskim wyspecjalizowanej w tworzeniu treści i wdrażaniu technologii VR oraz wideo 360 st.

Jakub Ruszała założył firmę 11th Dimension, to chyba do obejrzenia jego „wirtualnego doświadczenia”, jak to nazywa, ustawiały się najdłuższe kolejki. Eksploracja obrazów Zdzisława Beksińskiego – czyż można zrobić sobie lepszą promocję?

- Pomysł zrodził się z fascynacji grami komputerowymi oraz samym Beksińskim – mówi Jakub Ruszała. – Pojechałem do Sanoka, gdzie mieści się Galeria Zdzisława Beksińskiego i zapytałem, czy są zainteresowani promocją artysty. Powiedziałem, co chciałbym zrobić. Początkowo byli lekko nieufni, ale ostatecznie się przekonali. Uzyskałem ich zgodę i mogłem zająć się „wirtualnym doświadczeniem”.

Czy ktoś był we wnętrzu obrazu, który tylko wisząc na ścianie i tak robi niesamowite wrażenie? Pan Jakub tak opracował spacer, że z drżeniem serca przechodzimy do kolejnych pomieszczeń. Gdy wchodzimy do pokoju, gdzie nad kołyską pochyla się Śmierć bez twarzy, bo w zarzuconej na głowę chustce, a wokół latają wrony, drżenie ciała trudno opanować. Powoli powoli zbliżamy się do alegorii, by równie powoli zajrzeć do wnętrza kołyski – ale tam tylko czeluść bezdenna, którą przechodzimy do kolejnego obrazu artysty. Beksiński byłby zachwycony. 

Ja VR też jestem zachwycona. 

Moje kulturalne lato

Brak komentarzy

Spojrzałam wstecz na minione lato i stwierdziłam z satysfakcją, że było kulturalne. Odwiedziłam dwa muzea i jedną czasową wystawę, obejrzałam cztery premiery filmowe oraz cztery sztuki teatralne, byłam też w czterech dobrych knajpach, ale o nich pisać nie będę. 

books-1702790_960_720Moje wrażenia z imprez kulturalnych są następujące. Jeśli chodzi o muzea, to zwiedziłam Zamek Królewski w Warszawie, Muzeum Żydów Polin (po raz drugi) oraz amerykańską wystawę Titanic, która jeździ po świecie, a w to lato zawitała do stolicy. Zamek mi się podobał, ale bez efektu „wow” – historia odbudowy jest bardzo ciekawa, nie miałam pojęcia, że został on odbudowany nie bezpośrednio po wojnie, ale w latach 70. Dopiero w lutym 1973 roku nad zamkiem wyrosła pierwsza wiecha… Muzeum Polin jest niezwykłe i każdy powinien je odwiedzić. Pieniądze są tam wpakowane ogromne, wiadomo jakie i dlaczego (muszę być prawomyślna), a obfitość zebranych eksponatów, materiałów, dokumentów, zdjęć i innych fascynująca. Wszystko meganowoczesne i multimedialne, świetnie oddające ducha i klimat epok, lepiej więc zaplanować sobie na zwiedzanie cały dzień. Plus obowiązkowo gęsi pipek w koszernej restauracji.

Największe wrażenie zrobiła jednak na mnie wystawa przedstawiająca tragedię Titanica. Zwiedzanie z audioprzewodnikiem trwało jakieś dwie godziny, ale wszystko mnie w tej opowieści fascynowało: pomysł budowy statku, jego realizacja, dokładnie odtworzone kajuty dla wszystkich klas, pełnowymiarowa ekspozycja wnętrz, przepych i bogactwo, która poraża nawet po latach,odtworzenie samego przebiegu katastrofy, prezentacja znalezionych na dnie oceanu rzeczy w liczbie około 200 sztuk należących do pasażerów. Historie samych pasażerów, między innymi pierwowzorów Kate i Jacka – 39-letniego właściciela sklepu z Anglii Samuela Morleya, który zostawił rodzinę, i jego 19-letniej kochanki Kate Philips, sprzedawczyni z jego sklepu, którzy w Ameryce chcieli rozpocząć nowe życie. On poszedł na dno, ona się uratowała. Dziewięć miesięcy później urodziła się ich córeczka.

hut-1698351_960_720Niesamowita opowieść o statku, który miał być niezatapialny, a już podczas pierwszego rejsu poszedł na dno. To jak w Smoleńsku – niefrasobliwość dotycząca szeregu drobnych, wydawałoby się kwestii, doprowadziła do tragedii, której można byłoby uniknąć. To ciągłe „gdyby nie to czy tamto…” dawało do myślenia.

Przechodzę do filmów. Jeśli chodzi o „Smoleńsk” – film jest nie do oglądania. Jedyny walor jest taki – oczywiście moim zdaniem – że pozbierał w całość skrajne emocje Polaków doświadczonych 10 kwietnia. Cała reszta to kit: gra aktorska, zwłaszcza w wykonaniu Beaty Fido, to jakaś pomyłka. Gra dziennikarkę, ale jestem przekonana, że nigdy nie była w żadnej redakcji, podobnie jak jej „zwierzchnik”, grany przez Redbada Klijnstra. Oboje są na ekranie co najmniej irytująco-żenujący, a cały film opiera się na roli generałowej Błasikowej w wykonaniu Aldony Struzik.

Ale może nie ma tego złego – dzięki takiej grze film na szczęście nie odniesie sukcesu (strach pomyśleć, co by było, gdyby taką dziennikarkę, u której rodzą się wątpliwości, zagrała z nerwem Agata Kulesza); z drugiej strony nawet jeśli po obejrzeniu filmu w widzu zrodzi się przekonanie, że był zamach, to Rosjanie tak nam dali w kość na przestrzeni ostatnich wieków i tyle od nich nacierpieliśmy niedoli, choćby wysiedlenie całych Kresów, że dobrze im tak! Generalnie film można sobie darować.

peonies-806580_960_720Podobnie darować można sobie „Śmietankę towarzyską” w reż. Woody Allena. Może Amerykanie fascynują się złotą erą Hollywood, bo w zasadzie o tym jest ta opowieść o niczym, ale nas to mało grzeje. Fantastyczne scenerie, treści zero. Zupełnie inaczej odebrałam „Boską Florence” z boską Meryl Streep, która zagra nawet zsiadłe mleko – nie dość, że na faktach, to jeszcze można się było pośmiać. Dobre kino.

„Ostatnia rodzina” w reż. Jana P. Matuszyńskiego to film niewykorzystanej szansy. Dlaczego? Zamiast skupić się na twórczości obu Beksińskich, ciekawego malarza-ojca i intrygującego artysty-syna, tłumacza i dziennikarza, filmowcy pokazują nam ich rodzinne relacje.

Po przeczytaniu książki Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny” o tej rodzinie wiedziałam już prawie wszystko, więc pokazywanie mi na ekranie jak Zofia podciera na starość pupy matce i teściowej, jak wyciera ścierą podłogę w kuchni, jak Zdzisław wynosi w baniakach i workach odchody, bo toaleta jest remontowana, jak Tomasz miewa napady złości i demoluje matce kuchnię albo jak jest niewdzięczny, gdy ta prosi go o spotkanie z babcią uważam za stratę czasu, gdy w tym czasie można było pokazać ich twórczość!

sloe-625743_960_720Tymczasem jeśli ktoś nie znał obrazów Beksińskiego, czy genialnego tłumaczenia przez Tomasza Monty Pytona ewent. jamesów bondów – po obejrzeniu filmu dalej na ten temat nic nie będzie wiedział. Przejmujące obrazy Beksińskiego są jedynie niewyraźnym tłem dla tego codziennego życia, które mnie przygnębia, a nie pociąga. Życie jak życie, moja Mama na przykład też przez dwa lata podcierała pupy dwóm babciom – swojej teściowej i dalekiej ciotce, obie leżały w jednym pokoju w pampersach – heroizm do kwadratu, ale żeby o tym kręcić film? Pan Matuszyński to młody człowiek i chyba dlatego zauroczył się bardziej Zofią, bo takich kobiet już nie ma. Film jest o niej, a Beksińscy czekają jeszcze na odkrycie. Brawa dla gry Andrzeja Seweryna i Aleksandry Koniecznej. Dawid Ogrodnik konkurencji nie wytrzymał.
„Wołyń” – jeszcze nie byłam.

rosehips-285436_960_720A teraz teatralne spektakle, wszystkie obejrzane w stolicy.
Nieporozumieniem była dla mnie sztuka „Pozytywni” w teatrze IMKA z rolami Olgi Bołądź, Grazyny Wolszczak, Łukasza Simlata i Janusza Chabiora. Tekst pisany na kolanie i zagrany od niechcenia – jeśli mam się śmiać z sympatycznego skądinąd pana Chabiora, tylko dlatego, że przebrał się za kobietę, to jednak to nie moje klimaty.

„Berek czyli upiór w moherze” w teatrze Kwadrat oraz „Kto się boi Wirginii Woolf” w teatrze Polonia to popis gry aktorskiej Ewy Kasprzyk, która w obydwu sztukach gra główne role. I robi to fantastycznie. Na pierwszy spektakl wybrałam się całą rodziną i nawet moje nastolatki były zachwycone, bo uśmiały się do łez (cała sala wypełniona po brzegi, spektakl zagrany po raz 500., a „załamany” Paweł Małaszyński grający w duecie, świetnie zresztą, pyta, kiedy widzom znudzi się przychodzić na tę właśnie sztukę); na drugi z przyjaciółmi i też nam się podobało (zagrał jeszcze Krzysztof Dracz, Agnieszka Więdłocha oraz Antoni Pawlicki).

Oczywiście sztuka to nie film z Liz Taylor i Richardem Burtonem, nie ta sceneria i nie ta wiarygodność aktorska, ale z czystym sercem można do Polonii się wybrać. 

berries-235860_960_720Przy okazji ciekawostka – poszperałam w necie, bo gnębiła mnie kwestia nazwy sztuki. Skąd ta Wirginia Woolf, angielska pisarka i feministka, o której w sztuce ani słowa? Wyczytałam, że jeśli chodzi o intrygujący tytuł sztuki: „Who’s afraid of Virginia Woolf?”, to jest on po prostu prześmiewczą przeróbką refrenu „Who’s afraid of the big bad wolf?”, piosenki śpiewanej przez Trzy Świnki w kreskówce Walta Disneya o wielkim złym wilku ze stanu Virginia: Kto by tam się wilka bał (tłumaczenie Mariana Hemara). Taka zabawa i gra słów wykorzystana dla żartu przez mocno już nietrzeźwą główną bohaterkę, Martę, graną właśnie przez Kasprzyk, która czasem grała jak jej koleżanka z teatru, Janda.

Obie te sztuki nijak się jednak mają do monodramu „Shirley Valentine” w teatrze Polonia granej właśnie przez genialną Krystynę Jandę. Trzymać w napięciu widzów przez ponad dwie godziny to istotnie prawdziwa sztuka. Zagrać ponad 700 razy tę samą rzecz z tym samym zapałem i atencją w stosunku do widzów – to już artyzm największego kalibru. Janda to nasze dobro narodowe i tyle w temacie.

Chodźmy do kina, teatrów, muzeów; na wernisaże, koncerty, a nawet kabarety. Ci ludzie tworzą dla nas, warto to docenić.

I znów każdy dopytuje, jak mi się mieszka na wsi. I jak mi smakuje poranna kawa na tarasie. Kawy na tarasie nie piję z dwóch powodów: po pierwsze nie mam tarasu, po drugie nie mam czasu.

tn_coffee-842020_960_720

Na wsi nie da się w łóżku leniwie poprzeciągać, zwłaszcza latem. Jest tyle do zrobienia! Jak wstanę o 9 to wiem, że wieczorem zabraknie mi dwóch godzin, żeby się ze wszystkim „obrobić”.

atn_20160806_133131Sobotę zaczynam (zwykle) od robienia prania. Upiorna ta czynność przestała być aż tak upiorna odkąd kupiłam suszarkę do ubrań. Teraz z największym praniem jestem w stanie uporać się w ciągu jednego dnia. Prań jest pięć, a nawet sześć, ale co wyjmuję z pralki przerzucam do suszarki i po godzinie czy dwóch wyjmuję piękne, pachnące, niepogniecione i od razu wkładam do szafy. Cudo! Dość wywieszania prania na dworze i biegania z nim po z powrotem do domu, bo oto zaczęło kropić, albo wiatr suszarkę przewrócił, albo pies porwał skarpetkę. Albo ciągle pada i w domu pranie nie chce schnąć, a po dwóch dniach czuję brzydką woń.

Suszarka jest super i cały dzień w duecie z pralką sobie chodzą, więc są tłem dla wszystkiego innego, co robię w weekend w domu na wsi.
Krzątam się po domu. Podlewam i pielęgnuję kwiaty, zarówno te na dworze, jak i w domu. Potem wychodzę z psami (jeśli ktoś czytał wcześniejsze wpisy, to wie, że mam dwa wielkie bydlaki), po drodze zbierając zielsko (zioło) o nazwie wrotycz, który rośnie na mojej wsi pasjami. Ponoć, wyczytałam, ma odstraszać muchy, więc chcę przetestować, czy to prawda.

tn_20160809_080509Poza tym uwielbiam zbierać zioła. Na strychu mam już w wielkich lnianych workach: własną pokrzywę, którą zbierałam cały kwiecień w ekologicznym lasku niedaleko domu, tymianek, majeranek, oregano, czyli po polsku lebiodkę i coś tam jeszcze, już nawet nie pamiętam co. Zaraz będę zbierać skrzyp.

Po powrocie nastawiam psom żarcie. I już jest 11. Mąż wzięty z centrum wielkiego miasta, z bloku, okazał się ognistym farmerem, więc co chwila donosi mi płody ziemi ze swojego ekoogródka.

atn_20160807_095035Na cukinię już wszyscy patrzeć nie możemy (robię z niej nieustająco leczo, zupy-kremy z oregano i placki w trzech wersjach); ogórki na okrągło kiszę lub robię w sosie musztardowo-miodowym, ewentualnie wykorzystuję do sałatki z kus-kus; z bazylii mąż robi rewelacyjne pesto, które jest naszym specialite de la maison; a dzisiaj dodatkowo przyniósł mi tonę pomidorów, które leżą i czekają na przerobienie.

tn_20160809_080334Te malutkie, koktajlowe, okazały się wielkim hitem, a sałatka z nich jest rewelacyjna. Mamy też własną cebulę, czosnek, słoneczniki, bób, zieleninę i wszystkie zioła. U rodziców na działce obok mam natomiast fasolę w kilku wersjach, borówki, maliny, jeżyny, czarne porzeczki, śliwki, morele, brzoskwinie, morwę, orzech, itd.; rośnie też winogrono i mnóstwo innych fantastycznych warzyw i owoców, których smak jest nieporównywalny do tych z marketów. Jak to kawałek właściwie uprawianej ziemi potrafi wyżywić, nie do wiary!

Na sobotni obiad robię zupę z cukinii, placki z cukinii, smażone rybki złowione przez mojego brata w jednej z najczystszych rzek w Polsce; do tego jakieś sałatki. Jest 13.

Jutro rodzice robią grilla, więc obiecałam zrobić im dwie sałatki i dwa ciasta. Upiekłam piernik, potem ciasto drożdżowe ze śliwkami, twarożkiem, imbirem i rozmarynem.

chocolate-cake-1552983_960_720Potem zrobiłam jeszcze uwielbiany przez moje nastolatki sernik na zimno z serkami homo oraz malinami i borówkami. Sałatki zrobię jutro, przed samym grillem, żeby były świeżutkie. Jest 16 i muszę położyć się na godzinę, bo tak mam i już.

red-currant-1508506_960_720O 17 jadę na zakupy do miasta, wracam o 19, daję psom jeść (na spacer wychodzi z nimi mąż) i zabieram się za nalewki.

tn_20160821_093249tn_20160817_083320_1

 

 

Kocham robić nalewki. Co roku je robię. W tym mam już truskawkową z miętą (wszystko z własnego ogródka), malinówkę (też), czosnkówkę i dwie różnego rodzaju wiśniówki. Dzisiaj zrobiłam natomiast likier z cukierków-kukułek, będzie na babskie wieczory lub na prezencik dla koleżanek.

Czeka mnie jeszcze jeżynówka, orzechówka i pigwówka. Jest po 20, a ja muszę jeszcze sprzątnąć, co przy 180 mkw. nie jest takie proste. Odkurzam tylko, jutro pomyję łazienki i zmyję chałupę na mokro, co i tak jest próżną robotą przy psach i ludziach ciągle kręcących się między domem, a podwórzem. Jak to na wsi. Jest 21.30, dzwonię do koleżanki na plotting. Po 22 oglądam TV, ale oczywiście mam wrażenie, że mnóstwa rzeczy nie zrobiłam.

tn_20160821_120601Powinnam popisać, ale o tej porze nie bardzo mi się chce. Cały czas mam w planach napisać posty o: Orianie Fallaci i zalewie islamu; kilku fajnych wydarzeniach artystycznych, które „zaliczyłam” i kilku fajnych książkach, które przeczytałam i chciałabym polecić ich lekturę innym oraz o matkach, które nie pozwalają spotykać się swoim dzieciom z ich ojcami.

tn_coffee-1159011_960_720Jeszcze a propos kawy.

Raz czy drugi zrobiłam ją z rana w sobotę dla siebie i męża. Starałam się ją celebrować: piłam powoli i majestatycznie przeglądając ostatni numer ekskluzywnego pisma dla kobiet (tak naprawdę cały czas myślałam, żeby wreszcie wyjąć pranie z suszarki, bo inteligentny sprzęt od dłuższego czasu sygnalizował, że skończył swoją pracę), gdy tymczasem mój mąż wpadł ze swojej działki z cukiniami pod pachą, złapał kawę, wypił ją jednym haustem i nawet na mnie nie spoglądając znowu pobiegł do ogródka. I to była moja „kawa na tarasie”…


  • RSS