nonsensorka

blog Agnieszki Kubik (pierwszy wpis w lipcu 2012 roku)

Wpisy w kategorii: media

Odkąd pamiętam praca była dla mnie celem samym w sobie. Nie liczyło się nic innego jak rozwój zawodowy, podnoszenie samej sobie poprzeczki, wyszukiwanie inspiracji. Ciągle chodziłam na jakieś kursy, warsztaty, studia, uczyłam się języków. No i pisałam, a dobrze napisany tekst, który następnie ukazywał się w gazecie, sprawiał mi za każdym razem niebywałą wewnętrzną satysfakcję. To było to samo uczucie, gdy mając 17 lat gazeta wydrukowała mi mój pierwszy artykuł.

office-620822_960_720Całodzienna praca, również w weekendy (zero rodzinnych obiadów, a tu dom, dzieci, familia), nieustannie dzwoniący telefon, ciągłe nasłuchiwanie, czy w oddali nie słychać syren (wypadek, kolizja, pożar, powódź?), gapienie się w ekran TV, by nie przeoczyć jakiegoś newsa i być na bieżąco; bieganie i/lub jeżdżenie, by zebrać materiał (oddzielną książkę można by o tym napisać), obsługa imprez, proces pisania tekstów, interaktywny internet, z którego dowiadujesz się od człowieka, który cię nie zna i nigdy nie przeczytał nawet pół twojego tekstu, że – ilekolwiek serca i wysiłku byś w swoja pracę nie włożyła – i tak jesteś na dnie, a nad tobą trzy metry mułu. I tak od 20 lat.

Kiedy przeoczyłam moment, że dla innych ludzi, głównie młodszych, ale nie tylko, praca to tylko dodatek do życia?

I dlaczego to przeoczyłam?

Zostałam szefową (teraz wiem, że szefami zostają kretyni – by pracować jeszcze ciężej) i zatrudniam ludzi. Jeszcze kilka miesięcy temu myślałam, że praca w mojej gazecie to szczyt marzeń dla każdego dziennikarza. Wcale nie! Oni nie chcieli się rozwijać! Szok pierwszy. Jak można nie chcieć się rozwijać???

A może – tu wreszcie przemknęła mi błyskotliwa myśl – nikt nie chce tak ciężko harować??? I nie o żaden rozwój tu chodzi.

 Jedna osoba powiedziała, że nie ma ochoty wychodzić o północy z pracy (w środy, gdy kończymy gazetę, tyle właśnie pracuję, i to 17 lat), a w inne dni szesnasta to maks na wyjście z pracy. Bo potem ma swoje hobby i chce mieć na niego czas.

Druga powiedziała, że ona dba o swoje zdrowie psychiczne, a praca na okrągło temu nie sprzyja. Że też sama na to wcześniej nie wpadłam.

Trzecia, która robi w innej gazecie prostą obsługę imprez, na nową pracę skusić się nie chciała. Powiedziała, że jest jej dobrze, jak jest i nie chce niczego w swoim życiu zmieniać.

Kolejna uznała, że po dwóch latach pracy w gazecie w dziennikarstwie osiągnęła już wszystko i może teraz odcinać kupony wrzucając na fejsa własne zdjęcia jako lokalny celebryta.

Młodzi to w ogóle byli jak z innego świata. Etat traktowali jako coś, co należy im się na dzień dobry, a moje pytania o jakiekolwiek doświadczenie, dyspozycyjność czy mobilność traktowali jak fanaberie głupiej baby. Pojawiła się nawet dziewczyna, która pracowała w Żabce, ale uznała (po stracie tam pracy), że lepiej będzie jej w gazecie. – Pisałaś już coś – zapytałam. – Tak, w podstawówce, wypracowania – usłyszałam. – To napisz coś i przynieś – jak każdemu i jej dałam szansę. Przyniosła. Z tego akurat wypracowania dostałaby jedynkę. Chyba była zdziwiona.

A potem przyszły następne olśnienia: to oni mają rację, a nie ja!

To ja jestem pracoholiczka, czyli idealny pracownik w każdej korporacji, bo dojdę do celu po trupach, zwłaszcza po własnym. Przyjdę wcześniej niż inni, jak trzeba, a ciągle trzeba, bo w gazecie roboty się nie przerobi, zostanę po godzinach, będę pracować w weekendy nie licząc na odbiór czy finansową gratyfikację, a słowo niemożliwe dla mnie istnieć nie będzie. W dodatku od każdego będę wymagać więcej i więcej, przez pryzmat własnego pracoholizmu.

Po drugie: nie potrafię odpoczywać. Bo odpoczynek to sztuka jak każda inna, a ja nie opanowałam jej, bo nie miałam kiedy. Krótka drzemka czy leżenie na kanapie z pilotem w ręku odpoczynkiem nie jest. Nie jest???!!!! No nie jest.

Nawet w czasie wolnym od pracy zachowuję się jak automat: i tak siedzę w necie, wyszukuję newsy i tematy, które można opisać, odbieram telefony od ludzi, odpisuję na mejle, aktualizuję firmowego Facebooka. Nawet jak idę na spacer, do kina, knajpy ze znajomymi, na przejażdżkę rowerem czy do sklepu to i tak wyłuskuję, czy wszystko gra, bo jeśli nie – to opiszę! Mało tego: jako naczelna lokalnej gazety jestem rozpoznawalna, więc nawet w sklepie, u fryzjera, na basenie, w saunie czy u krawcowej, i tak ludzie dzielą się swoimi wrażeniami z życia miasta, które koniecznie powinnam poruszyć na łamach gazety!

Można więc powiedzieć, że swój zawód wykonuję non-stop.

Po trzecie nie mam czasu na własne hobby. To znaczy mam – ale nie mam, bo patrz wyżej. Bo jak mam, to i tak zachowuję się jak automat…

Reasumując, po 20 latach pracy jestem totalnie zmęczona. Jeszcze nie wypalona, bo nadal kocham dziennikarstwo, ale zmęczona.

I moje pokolenie chyba tak jeszcze ma, że praca i „samorozwój” były na pierwszym miejscu. Młodsze pokolenie ma do tego zdrowsze podejście i myślę, że najwyższy czas, by w tej akurat kwestii z mentora stać się uczniem i brać z „leniuchów” przykład.

Tylko, że ja już nie potrafię. Co mi radzicie?

- Dziennikarstwo zeszło na psy – słyszę często i równie często się z tym określeniem zgadzam (choć honoru psów, jako posiadaczka trzech czworonogów, będę bronić). Jak wiemy, dziennikarstwo ma różne oblicza, między innymi: telewizyjne, radiowe, prasowe i internetowe. Najgroźniejsze zawsze jest to pierwsze, najbardziej zagrożone to trzecie, najniższy poziom reprezentuje to ostatnie.

dziennka

Dawniej dziennikarstwo było prostsze: notes, długopis, aparat fotograficzny. I własna głowa. Biegało się po przysłowiowych polach, do ludzi na wsiach i małych miasteczkach, na tak zwaną pierwszą linię frontu; wyszukiwało ciekawe, ale i pouczające historie, które innym dawały do myślenia i były formą profilaktyki; siedziało po nocach, byleby zdążyć napisać superciekawy tekst, bo deadline gonił.

Wtedy tekst pomagał zrozumieć otaczający nas świat. Nie było Internetu, więc tłumaczyli go między innymi dziennikarze. Na przykład mistrz Ryszard Kapuściński.

Dziś tekst zaciemnia świat wokół nas, gmatwa go i wprowadza chaos.

Wtedy najważniejszy był czytelnik. Dziś pieniądz.

Dobre i wyważone teksty publicystyczne oraz reportaże czytam w Polityce, Gazecie Wyborczej, Dużym Formacie, Wysokich Obcasach, coraz rzadziej w Twoim Stylu, ostatnio w Przekroju. Żałuję, że nie ma ich w prasie prawicowej, a także katolickiej (ale może za rzadko sięgam, choć właśnie z ww. powodów).

Ale nie należy mylić dobrego tekstu w papierowym wydaniu Gazety Wyborczej z tekstami na gazeta.pl – chyba, że są to płatne artykuły (tzw. paywall). W Internecie kwitnie gimbaza. Kwintesencją gimbalizmu są strony FB różnych tytułów, gdzie jest dobrze, jeśli pojawiają się jedynie zajawki tekstów. Gorzej, gdy stronę moderuje młody wilczek, który z dziennikarstwem ma tyle wspólnego, co jakaś pogodynka w TV, również dumnie nazywana „dziennikarką”.

Ale żeby nie było złudzeń, FB podobnie jak Google ma swoje „roboty” i one są najważniejsze – każdy lajk to większa popularność, większa popularność, to większa sprzedaż (czegokolwiek), większa sprzedaż, to większa kasa, większa kasa – wiadomo, cel osiągnięty, prezes może dostać premię. O błędach ortograficznych, stylistycznych i interpunkcyjnych nawet nie wspominam, dla pokolenia słowników w smartfonach przecinki nie istnieją, albo są złem koniecznym.

Dawniej bez dobrego redaktora, który z gniota potrafił zrobić wartościowy tekst, redakcja nie istniała. Teraz takich redaktorów wyrzuca się na bruk. Co tam, najwyżej internauci popsioczą na takiego dyletanta, który w tak zwanym międzyczasie skroi kilka kolejnych tekstów, jak nie przymierzając Remigiusz Mróz.

Dawniej ceniło się dziennikarzy, którzy, jak wcześniej wspomniałam, potrafili świat objaśniać. Ważne było oczytanie, kojarzenie faktów i zjawisk. Wybuch bomby w Kabulu – ok, ale chcę wiedzieć więcej: dlaczego?

Dzisiaj ważniejszy jest najgłupszy nawet filmik dodany do treści, bo za każde jego odtworzenie są realne pieniądze. W miejsce zwolnionych redaktorów przychodzi gimbaza, która potrafi nagrać ów filmik prosto z ręki. Czy filmik dotyczy wybuchu w Kabulu? Najczęściej nie, ale to i tak nie ma żadnego znaczenia.

Internetowe serwisy, nawet te poważne, dają taką papkę, że już nie wiem, czy to Stalin napisał Jadłonomię czy Rozenek prowadziła działania wojenne w Wilczym Szańcu. A sutek prześwitywał Stuhrowi czy może jednak Opole będzie w Kielcach. Co za różnica, zwłaszcza w dobie fake newsów.

I ta totalna medialna schizofrenia, której tak nie znoszę. Choćby informacja, która obiegła całą Polskę: w zoo w Borysewie lwy rozszarpały lwiątka. Zatroskane media pochyliły się nad ich losem oraz „przerażonych widzów zmuszonych” oglądać całą sytuację. No jak te lwy mogły – po czym spiker dodaje, że „film z tych przerażających” scen do obejrzenia na coś tam-coś tam 24.pl…

4-latek utopił się na basenie w Uniejowie – film z dryfującym ciałem chłopca dostępny na stronie…

Facet stoi na moście, chyba za chwilę skoczy do wody – film z tych strasznych chwil do obejrzenia…

Rotweiller zmasakrował twarz 6-latce – film do obejrzenia…

Matka zapakowała noworodka do beczki po kapuście – film do obejrzenia…

Jeśli nie będzie obrazu/filmiku tu, czytelnik przeniesie się gdzie indziej.

Telewizję ganię za upartyjnienie, a dziennikarzy tam pracujących za brak obiektywizmu. Taki Michał Rachoń (to jakaś zgroza!) czy Danuta Holecka nie powinni parać się dziennikarstwem w TV publicznej – bo jeśli przyjęłaby ich prywatna, to proszę bardzo. A tymczasem w Polsacie można posłuchać i pooglądać rzeczowych wywiadów prowadzonych przez Agnieszkę Gozdyrę, w TVN Bogdana Rymanowskiego (choć nie mogę mu wybaczyć, że do audycji o ustawie aborcyjnej zaprosił czterech facetów i żadnej kobiety!), w RMF Roberta Mazurka, który rzadko daje się zapędzić w kozi róg, podobnie jak Konrad Piasecki, obecnie w Radiu Zet. Wymieniam tylko dziennikarzy zajmujących się działką polityczną, ale tych lubię po prostu najbardziej.

Ale jeszcze bardziej od upartyjnienia i traktowania TV jak prywatny folwark doskwiera mi fakt, że newsy z zagranicy są podawane jedynie z kilku państw. TV, za którą płacę ciężko zarobione pieniądze, woli pokazać, że we Francji spadł właśnie śnieg, a w Niemczech pali się stodoła (autentyczne!), niż przybliżyć, co wydarzyło się np. w Czechach, na Słowacji, w Rumunii czy Chorwacji. Tam też żyją ludzie i też dzieją się przeciekawe rzeczy, o których próżno poczytać gdziekolwiek.

dziiii

Prasa, również ta naprawdę dobra, bo robiona przez dobrych dziennikarzy i jeszcze lepszych redaktorów, upada. Są jeszcze osoby, które nie wyobrażają sobie porannej kawy bez szelestu kartek i zapachu farby drukarskiej, bez zapoznania się z felietonem ulubionego autora, bez wczytania się w teksty publicystyczne. Coraz większej liczbie ludzi wystarcza jednak kilka klików w smartfona między jednym a drugim haustem tejże kawy (na trzeci nie ma już czasu). A potem wypisują bzdury pod różnymi tekstami w Internecie, bo nie mają wiedzy w danym temacie. Nie zadali sobie żadnego trudu, by go zgłębić.

A my, dziennikarze, dla takich właśnie osób musimy pisać nasze teksty. I kręcić filmiki. Może niedługo będziemy pisać pismem obrazkowym? Niewykluczone.

Prasa upada, bo dla czytelników przestaje być atrakcyjna. Cokolwiek by się nie wymyśliło, i tak TV czy Internet będą ciekawsze, bo szybsze, dynamiczniejsze, bardziej kreatywne, mające morze możliwości w porównaniu z gazetą.

Prasa upada, bo przestaje się opłacać utrzymywać dziennikarzy, którzy ją tworzą. Zwłaszcza tych dobrych. Zamiast jednego dobrego lepiej zatrudnić trzech młodych, którzy kręcą filmiki i wrzucają do Internetu. A jeśli nawet piszą teksty, to tak powierzchowne, że nie wiadomo, jak to czytać. Ale to są nasi następcy i to oni za chwilę będą redaktorami naczelnymi.

Prasa upada, bo gazetami rządzą księgowi, dla których najważniejszy jest Excel. Tam musi się wszystko zgadzać. Dla nich gazeta to jak fabryka produkująca papierowe kubki.

Prasa upada, bo do redakcji, zwłaszcza w TV czy większych gazet, idzie się po znajomości, a nie dlatego, że jest się dobrym dziennikarzem.

Prasa upada, bo każdy dziennikarz ma kredyt, z powodu którego zaciska zęby i wykonuje durne polecenia zamiast się im przeciwstawić. To zresztą dotyczy nie tylko dziennikarzy.

Tak to jest, gdy społeczeństwo zamienia być na mieć i zaraża się grypą dobrobytu. Uważam, że to jest właśnie sedno upadku mediów, a także wielu innych dziedzin życia w Polsce.

MOJE WPISY DOTYCZĄCE DZIENNIKARSTWA MOŻNA POCZYTAĆ TEŻ TUTAJ

Skończę dziennikarstwo i zostanę gwiazdą TVN

http://nonsensorka70.blog.pl/2013/04/19/kazdy-chce-byc-dziennikarzem/

W łóżku z panem Jackiem

http://nonsensorka70.blog.pl/tag/bal-dziennikarza/

Anna Mucha się porzygała

http://nonsensorka70.blog.pl/2014/07/12/anna-mucha-sie-porzygala/

 

 

Na skrzynkę pocztową dostałam takiego oto mejla. Nadawcą był bliżej mi nieznany ksiądz, który uznał, iż warto przypomnieć słowa ludzi bliskich Bogu. Najpierw przeczytajcie, a na końcu zadam pytanie.

water-464953_960_720

Siostra Łucja, wizjonerka z Fatimy: „Naród polski przejdzie drogę odrodzenia. Po raz pierwszy odczyta i zrealizuje prawdziwe cele ludzkości. Od niego zależeć będzie przyszłość Europy (…). W Polsce rozpocznie się odrodzenie świata przez ustrój, który wytworzy nowe prawa.”.

Niemiecka stygmatyczka Teresa Neumann: „Wy, Polacy macie do nas, Niemców, żal, bośmy was skrzywdzili. Macie rację. Ale przez to wyście już wszystko odpokutowali. Na nas, Niemców, przyjdzie jeszcze pokuta. Wy możecie czuć się spokojni (…). Za wami wstawia się Czarna Madonna, która będzie chodzić po ziemiach polskich. Wam się już nic złego nie stanie.”. „W języku polskim będą głoszone najmądrzejsze prawa i najsprawiedliwsze ustawy.”

Ojciec Andrzej Klimuszko: „Przez Europę przejdzie fala wojen i kataklizmów, tylko nad Polską nie widzę krwi i zniszczeń, lecz promienne blaski przyszłości. Polska będzie źródłem nowego prawa na świecie, zostanie tak uhonorowana wysoko, jak żaden kraj w Europie (…). Polsce będą się kłaniać narody Europy. Widzę mapę Europy, widzę orła polskiego w koronie. Polska jaśnieje jak słońce i blask ten pada naokoło. Do nas będą przyjeżdżać inni, aby żyć tutaj i szczycić się tym. (…) Jeśli chodzi o nasz naród, to mogę nadmienić, że gdybym miał żyć jeszcze pięćdziesiąt lat i miał do wyboru stały pobyt w dowolnym kraju na świecie, wybrałbym bez wahania Polskę, pomimo jej nieszczęśliwego położenia geograficznego. Nad Polską bowiem nie widzę ciężkich chmur, lecz promienne blaski przyszłości.”

Błogosławiony Bronisław Markiewicz: „Pokój wam, słudzy i służebnice Pańscy! Wojna będzie powszechna na całej kuli ziemskiej i tak krwawa. Groza jej będzie tak wielka, że wielu ze strachu postrada rozum. Za nią przyjdą następstwa jej: głód, mór na bydło i dwie zarazy na ludzi, które więcej ludzi pochłoną aniżeli sama wojna. (…) Wy, Polacy, przez niniejszy ucisk oczyszczeni i miłością wspólną silni, nie tylko będziecie się wzajem wspomagali, nadto poniesiecie ratunek innym narodom i ludom, nawet wam niegdyś wrogim. I tym sposobem wprowadzicie dotąd niewidzialne braterstwo ludów, Bóg wyleje na was wielkie łaski i dary, wzbudzi między wami ludzi świętych i mądrych i wielkich mistrzów, którzy zajmą zaszczytne stanowiska na kuli ziemskiej. Języka waszego będą się uczyć w uczelniach na całym świecie. Cześć Maryi i Najśw. Sakramentu zakwitnie w całym narodzie polskim. Pokój wam!”

Kardynał Augustyn Hlond: „Polska nie zwycięży bronią, ale modlitwą, pokutą, wielką miłością bliźniego i Różańcem. Trzeba ufać i modlić się. Jedyną broń, której Polska używając odniesie zwycięstwo – jest Różaniec. (…) Nowa Polska będzie dostojna, mocna, wielka, a nawet atrakcyjna i przewodząca właśnie przez to, że szczerzej niż kiedykolwiek i konsekwentniej niż inni oprze swe życie i swą politykę na zasadach Chrystusowych (…) Jesteśmy świadkami zaciętej walki między państwem Bożym a państwem szatana. (…) Chrystusa.”

A nawet św. Malachiasz (1128 rok): „Polska, powstając majestatycznie jak feniks z popiołów, mężnie zrzuci pęta niewoli i stanie się jednym z mocarstw w Europie”… oraz Matka Najświętsza do Giulio Mancinelliego (1608 rok): „Dlaczego nie nazywasz mnie Królową Polski? Ja to królestwo bardzo umiłowałam i wielkie rzeczy dla niego zamierzam, ponieważ osobliwą miłością do Mnie płoną jego synowie. (…) Ja jestem Królową Polski. Jestem Matką tego Narodu, który jest mi bardzo drogi, więc wstawiaj się do Mnie za nim i o pomyślność tej ziemi błagaj Mnie nieustannie, a Ja będę ci zawsze, tak jak teraz, miłosierną”.

Moje pytanie brzmi: czy te wszystkie wizje/proroctwa/przepowiednie już się sprawdziły, czy nadawca listu wierzy, że to wszystko dopiero przed nami? 

kadrGdyby dr hab. Hubert Chudzio z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie nie opowiadał studentom na jednym z obozów naukowych o zsyłkach Polaków, między innymi o polskich osiedlach w Afryce, a na koniec nie rzucił – trochę przypadkiem – że można byłoby zorganizować misję badawczą i na Czarny Ląd, gdzie zmarło tysiące naszych krajan, Teresa Kurzawa ze Skierniewic nigdy już nie zobaczyłaby grobu własnej matki.

To był 2008 rok i mało kto zajmował się tematyką polskich sybiraków w Afryce. Jakby nie istniała. Ideę podchwycili trzej studenci doktora Chudzio – Krzysztof Kędziora, Mariusz Solarz, Karol Suchocki – i już kilka miesięcy później misja, wspomagana przez Małopolski Urząd Wojewódzki i Urząd Miasta Krakowa, wyruszyła do Tanzanii i Ugandy. Ekipa dotarła do zapomnianych polskich cmentarzy, które zostały zinwentaryzowane i odrestaurowane. Zdjęcia wrzucono do internetu.

Syn pani Teresy zawołał ją któregoś dnia do komputera: „Zobacz, grób twojej mamy”. – Spojrzałam i mało serce ze wzruszenia mi nie wyskoczyło – mówi 83-letnia dziś skierniewiczanka, która jako dziecko przeżyła zsyłkę na Syberię, a potem przeszła z armią Andersa cały szlak. – Byłam przekonana, że ten grób dawno już nie istnieje.

We wrześniu 1939 roku mała Tereska poszła do szkoły w Nowogródku prowadzonej przez nazaretanki, ale długo się do niej nie nachodziła. Zaledwie kilka dni. Pamięta – szła sama do tej szkoły, to były jeszcze czasy, kiedy rodzice nie trzęśli się tak nad dziećmi. Tereska założyła tornister na plecy i spieszyła się, prawie biegła, żeby zdążyć na pierwszą lekcję. Przed nią wyrosły drzwi do szkoły i klamka – wysoko, wysoko, ledwie jej sięgnęła. 49 latach później, gdy była na wycieczce w Wilnie, odwiedziła swoją pierwszą szkołę w Nowogródku. I dziwiła się, że ta klamka jest tak nisko.

Z perspektywy dziecka w trzydziestym dziewiątym wszystko wyglądało inaczej.

Wojny, która wybuchła daleko w Polsce się nie czuło. Ale 17 września pamięta dobrze. Gdy Rosjanie weszli do Nowogródka, Rosjanki witały ich kwiatami. Matka z ciotką nie mogły tego znieść, uważały je zdrajczynie. Pamięta też, że ojciec z matką zakopywali coś pospiesznie w ogrodzie, jakieś dokumenty, skrzynki. Boże, Jezus i Maryja – słyszała, jak matka ciągle powtarzała.

Ojciec od razu uciekł na Litwę. Pracował jako śledczy w milicji, wiedział, że jest na celowniku. Wsiadł na wóz, pomachał rękę i tyle go widzieli. Ale Litwini oddali go Rosjanom i trafił do Ostaszkowa, a potem – nie wiedzieć czemu – na półwysep Kola, na drugi koniec świata.

Teresa nigdy się nie pytała, nawet po wojnie, gdy spotkali się w Anglii kilkadziesiąt lat później, jak to było, dlaczego i za co. Przez dwa tygodnie chodzili na spacery, jedli razem śniadania, obiady i kolacje, ale ani razu nie podjęli tematu wojny. Jakby jej nie było. Choć gdyby jej nie było, siedzieliby pewnie razem w domu w Nowogródku, a nie w obcej Anglii; w ogrodzie; on bawiłby się z wnukami, a jego żona podawałaby szarlotkę do popołudniowej herbaty.

Matka nie uciekła. Ona, zwykła przedszkolanka, już całą wojnę musiała chronić dwoje dzieci: Tereskę i dwa lata młodszego Jerzego, bo któż, jak nie ona? Faceci mieli trochę lepiej – jeśli w ogóle można użyć takiego sformułowania. Gdy uciekali/byli zabierani/aresztowani, bo walczyli o wolność, równość, braterstwo i niepodległość, losem rodzin martwili się na odległość. Ich głównym problemem było, jak samemu przeżyć i dołączyć do rodziny.

Matki były w innej sytuacji. To one musiały wysłuchiwać płaczu z głodu i zimna własnego dziecka lub dzieci, z przerażeniem sprawdzać ręką, czy czoło nie nazbyt gorące, bo lekarz dwa dni stąd, a śmierć u wezgłowia; to matka tuliła do snu, choć sama pewnie głodna i dusza boli; to ona drżała każdego dnia, co będzie z dziećmi, gdyby jej, nie daj Boże, coś się stało; to matka te słabości codziennie musiała pokonywać, wiedząc, że nie żyje dla samej siebie.

Bronisława Dedeszko-Wiercińska, matka Tereski i Jurka, poświęciła się do samego końca. Zmarła w wielkich cierpieniach w wieku 39 lat. Na Czarnym Lądzie, przeżywszy wcześniej tyle, że niejeden życiorys by obdzielić. Ale jej dzieci przeżyły.

 W lutym 40 roku matkę z Tereską i Jurkiem wywieźli do Kazachstanu. Jak prawie wszystkich Polaków z Nowogródka. Listy układał Żyd – ponoć, bo nikt pewności nie ma, ale tak wszyscy mówili, a głównie ciotka Tereski, siostra matki, która wojnę przeżyła. Żyd – Tereska nie pamięta jego nazwiska, ale może i dobrze – był kowalem w majątku Horodeczna, gdzie mieszkała dziedziczka Szpilewska. Dziedziczka dbała o jego dzieci, bardzo była wszystkim pomocna i życzliwa, a on listy porobił, i ją na niej umieścił. Szpilewska ukrywała się później w domu Tereski, leżała za parawanem. Tyle dziecko pamięta.

Ludzie podejrzewali, że mogą być wywiezieni.

Matka widziała transporty na bocznicy, czekały złowrogo. Którejś nocy przyszli, wybudzili ze snu. Czy dodawać, że na spakowanie mieli pół godziny, a mróz tej zimy trzaskający? Krzyczeli, gdzie orużjo (broń po rosyjsku). – Niechby matka dała im wreszcie te róże – myślało dziecko – to by sobie poszli. „Prędzej, prędzej” – krzyczeli źli panowie, więc matka z ciotką, której Żyd na liście nie umieścił, bo przyjechała właśnie jako położna z Warszawy i nie zdążył – pomagała upychać koce, buty, ubrania.

Do 20 kilo mogli wziąć, więc kobiety zrobiły dwa nieduże pakunki, sołdaci wrzucili to na podwody i pojechali wszyscy na bocznicę. Setki ludzi już tam stały, z małymi dziećmi; płacz, mróz, ktoś woła siku, a ktoś lekarstw nie wziął z domu; ale szybko trzeba wsiadać do wagonu, bo pociąg za chwilę rusza. Nikt nie wie dokąd.

Podczas pierwszej zsyłki wywieziono w głąb Syberii około 140 tysięcy Polaków. W sumie zesłano około 340 tysięcy. Związek Sybiraków przyjmuje, że – wraz z deportacjami w latach 1944–1956 – wywieziono w sumie 1 mln 350 tys. osób. Te liczby wciąż nie są do końca znane. Powiada się, że to zemsta Stalina za rok 1920.

Poupychali ich jak seliodki w boćkie (śledzie w beczce). W rogu była dziura w podłodze na załatwienie potrzeb i gdy pociąg po jakimś czasie stanął – Tereska nie pamięta gdzie i jak – mężczyźni odbili blachę i wciągnęli przez nią jeszcze jeden pakunek, który ciotka dowiozła. Wlazła pod wagon – może strażnicy tego nie zauważyli, a może przymknęli oko.

 Matka miała trzy pakunki i dwoje małych dzieci. Na stacji w Smoleńsku, pamięta, stare babki podawały im wrzątek w dzbankach, bo niektórzy zamarzli już na kość. Ale nie każdy się napił, niektórzy bali się wysiadać, bo nie wiadomo było, kiedy pociąg znów ruszy. I znów jechali, ale Tereska kompletnie nie pamięta, ile. Dzień, dwa, tydzień? Nie przypomni sobie.

W internecie można wyczytać, że z Nowogródka (dzisiaj Białoruś) do Troicka (dzisiaj Rosja) jest około 2.800 kilometrów. Sybiracy pamiętają, że to trzy-cztery tygodnie jazdy. Podróż była preludium do tego, co los miał im jeszcze zgotować. Mieli czas na zahartowanie się, bo najgorsze było dopiero przed nimi.

 Tereska pewnie marudziła, jak to dziecko, pewnie było jej zimno i chciała jeść; pewnie się nudziła i chciała się bawić, a tu trzeba było stać i mama popłakiwała. Dzisiaj nic z tej podróży nie pamięta.

Posiołek Troick, kazachskaja obłast, na pograniczu z Rosją. Baby siedzą i jedzą siemiećki, nasiona słonecznika. Plują łuskwinki, resztę mielą w bezzębnych buziach.

Jakiś dom, piec, gdzie wreszcie można było się ogrzać; jakieś studnie i zwierzęta, wszystko pod jednym dachem. Uzasadnione, bo zimą drzwi nie można otworzyć, tyle śniegu, a zwierzęta trzeba obrządzić. I cieplej z nimi. Bieda, głód. (…) CDN.

  • 12745610_456499827874870_3503931559820886590_n
    • Wiesz, ten Szymon to jest bardzo fajny chłopak – powiedziała mi Mama jakieś 20 lat temu, gdy jeszcze pracowała na poczcie. – Stateczny, rozsądny, pracowity i bardzo wierzący – roztkliwiała się nad nowo przyjętym pracownikiem, który trafił do jej pokoju.

      Potem miałam przyjemność poznać Szymona, podobnie jak poznawałam wcześniej panią Wiesię, Marysię, Jadzię, Zosię, Hanię i inne mamine koleżanki. Rzeczywiście sympatyczny i… małomówny. Siedział za biurkiem i oddawał się monotonnej pracy, słuchając cały dzień opowieści kobitek 50+ o dzieciach, mężach, przepisach kulinarnych, dolegliwościach (kobiecych, a jakże) i o marzeniach dotyczących przejścia na emeryturę. – Wiesz, Szymon poszedł na historię – powiedziała mi któregoś dnia Mama między opowieścią o chorej pani Kazi i niedobrej córce pani Janinki. – Jadzia mi mówiła, że go to zawsze fascynowało i poszedł na zaoczne.

      Kilka lat później Mama odeszła z pracy i kontakt z koleżankami nieco się urwał, z Szymonem również. Od czasu do czasu Mama raportowała mi, co u nich słychać – na przykład Szymonowi urodziło się drugie, a potem trzecie dziecko.

      - Dobra, mogę iść – powiedziałam znudzona w redakcji w kwietniu ubiegłego roku, gdy dostałam zaproszenie z biblioteki na kolejne spotkanie autorskie. „Dziewczyny wyklęte” jakiegoś Nowaka to temat nawet fascynujący, ale tego dnia miałam w planach zupełnie coś innego. Wzięłam jednak aparat i pojechałam, służba nie drużba.

    • Szymon???? – stanęłam wryta widząc siedzącą za stolikiem „koleżankę z Mamy pracy”, bohatera wieczoru autorskiego. Uśmiechnął się skromnie od ucha do ucha i po chwili rozpoczęło się spotkanie.

      Potem pogadaliśmy.

      - Myślałem, że na poczcie doczekam emerytury – śmiał się autor „Dziewczyn wyklętych” oraz wydanych właśnie „Bitew wyklętych”. - Niestety, na poczcie nadeszły ogromne zmiany i nadszedł czas, że musiałem zdecydować: być czy mieć? Wybrałem być. Latem 2013 roku podpisałem tzw. program dobrowolnych odejść i stałem się wolnym człowiekiem. Naprawdę tak to czuję, choć początkowo był wielki niepokój, jak się to wszystko ułoży. Wiara w Boga i ufność, że Ktoś właściwie kieruje naszymi poczynaniami pozwoliła mi jednak podjąć taką właśnie decyzję.

      Znakiem z nieba miał być fakt, że jak wysłał wypowiedzenie z pracy, zadzwonił do niego ktoś z wydawnictwa Fronda, gdzie kilka lat wcześniej złożył jedną ze swoich prac.

      - Obroniłem pracę magisterską pod kierunkiem prof. Tadeusza Rawskiego, który zachęcał nas, byśmy nie pisali do szuflad, ale próbowali wydawać swoje prace – mówił. – Pomny tych rad wysłałem magisterkę do kilku wydawnictw, ale dopiero Infort Edition z Zabrza, cztery lata później, zainteresował się tematem i w 2011 roku, po dwuletnim leżakowaniu, ukazała się moja pierwsza książka „Przyczółek Czerniakowski 1944”. Z kolejnymi książkami „Puszcza Kampinoska-Jaktorów 1944” oraz „Ostatni szturm” poszło już łatwiej.

      Fronda wydała mu z kolei „Oddziały wyklętych”, „Warszawa 1944. Alternatywna historia Powstania Warszawskiego” oraz „Dziewczyny wyklęte” i „Bitwy wyklętych”.

      Szymon Nowak trafił idealnie w czas. Wyklęci, że tak brzydko powiem, są na topie i gdy zbliża się 1 marca, dzień żołnierzy wyklętych, Szymon i jemu podobni są rozrywani. Szymon z racji dwóch świeżutkich książek, z których „Dziewczyny…” odniosły niebywały sukces i właśnie są dodrukowywane, stał się ekspertem zapraszanym do TV, radia, mediów, na wieczory autorskie. Właśnie odbył taki w Warszawie, o czym jestem na gorąco informowano dzięki FB.

      Koleżanka mojej Mamy”, Szymon Nowak, który miał resztę życia spędzić na poczcie stawiając stempelki na przelewach, stał się znanym i cenionym w kraju autorem książek historycznych. Z ich pisania utrzymuje całą rodzinę, żona, z tego, co wiem, pomaga mu w reserchingu.

      Uwielbiam nieprzewidywalność naszego życia.

      Czasem trzeba mu tylko trochę pomóc.

      Szymon, trzymam za Ciebie kciuk i oczywiście z radością oddaję się lekturze Twoich książek.

Zostałam szefem redakcji. Od pół roku organizuję pracę innym, układam gazetę, redaguję teksty, wymyślam/zbieram tematy, prowadzę kolegia, na których muszę krzyczeć na ludzi, bo w przeciwnym razie połowa tekstów nigdy by nie powstała; podpisuję delegacje, dyżury i załatwiam inne formalności; piszę tony mejli i odpisuję na drugą tonę tychże; wyliczam wierszówki współpracownikom i prowadzę rozmowy kwalifikacyjne z nowymi pracownikami; odpisuję na pisma przedsądowe, bo i takie się zdarzają i przesyłam do prawników wydawnictwa; reprezentuję gazetę na zewnątrz i biorę udział w programach publicystycznych, póki co radiowych, bo telewizję to dopiero sami tworzymy. Sugeruję, jak mają wyglądać kręcone filmy wideo dotyczące problemów naszej lokalnej społeczności, bo realizator sprzęt ma wprawdzie świetny, ale wyczucie dziennikarskie już mniejsze; przypominam co chwila kolegom i koleżankom, by uzupełniali nasz serwis internetowy i jestem aktywna na FB, oczywiście jako nasz tytuł, a nie ja jako ja; co tydzień robię też z ludźmi internetową wersję gazety. Moderuję komentarze, no i wysłuchuję czytelników – osobiście i telefonicznie — a co to oznacza wie każdy, kto pracuje z ludźmi. Wracam do domu dużo później niż gdy byłam aktywnym dziennikarzem, bo redakcyjna robota nigdy się nie kończy.

Czy mi się to wszystko podoba? Wcale.

Wzięłam więc urlop, żeby to od tego wszystkiego odpocząć – i wreszcie popisać. Pomysłów mam od groma, tylko czasu na ich realizację brak.

Skończyło się tym, że kilka dni minęło bezproduktywnie na nicnierobieniu i żadnej zaległej sprawy – nie tylko dotyczącej pisania – nie załatwiłam.

No, ale jak można załatwić swoje rzeczy, skoro życie toczy się niezależnie od ciebie?

Poniedziałek z rańca – siadam przy komputerze i chcę skończyć historię rodziny, gdy słyszę za oknem psy, które ujadają jak szalone. Wychodzę, sprawdzam – dorwały jeża i się nad nim znęcają. Na szczęście jeż wlazł w norę i wystawił igły, więc wielce nieszczęśliwe psiaki musiały się swoją przygodą podzielić, ze mną. Odpędzam je, wołam, przytulam i głaszczę.

Wracam do komputera – telefon. Jeden, drugi, trzeci. Ludzie nie wiedzą przecież, że jestem na urlopie, więc wydzwaniają, jak co dzień. Kiedyś policzyłam, że przeciętnie odbieram około 30 telefonów dziennie, niemal tyle samo wykonuję. Łącznie z niedzielami, podczas których dyżuruję.

Po kilku dniach przestałam telefony odbierać, bo w praktyce wygląda to tak:

  • Ojej, jest pani na urlopie… – słyszę w słuchawce. – Przepraszam bardzo, że niepokoję, ale mam tylko jedną drobną sprawę. Poprosiłabym telefon do pana Malinowskiego…
  • Oczywiście, zaraz podam – mówię i dyktuję.
  • Bardzo pani dziękuję, miłego urlopu – wdzięczność mojego rozmówcy nie zna granic.
  • Dziękuję i do usłyszenia.

Po paru minutach znowu: – Bardzo panią redaktor przepraszam, że dzwonię raz jeszcze, ale ten numer jest nieaktualny, zgłosił się ktoś inny – rozmówca jest zdeterminowany.

  • To proszę zadzwonić do mojego kolegi, on na pewno będzie miał aktualny – mówię i dyktuję namiary do Krzyśka.
  • Oj, bardzo dziękuję i jeszcze raz życzę miłego urlopu.
  • Proszę – mówię z ulgą.

Po paru minutach znów dzwonek. — Pani redaktor, ja naprawdę bardzo przepraszam, bo wiem, że jest pani na urlopie, ale zależy mi na kontakcie do pana Malinowskiego, a pan Krzysiek mówi, że też ma ten nieaktualny. Kto może jeszcze mieć ten numer?

Podaję gościowi kolejne namiary.

Wyciszam oba telefony, służbowy i prywatny, i udaję, że mnie nie ma. Wyjechałam i umarłam, zmartwychwstanę za tydzień.

Ale oczywiście są telefony, które odebrać muszę.

Redakcyjni koledzy i koleżanki mają mnóstwo różnych spraw i zapytań. W sumie innych rzeczy też się nie da odłożyć: muszę na przykład podpisać delegacje, faktury i dyżury, bo koniec miesiąca, więc zamiast kończyć historię rodziny wsiadam w auto i pędzę do papierkowej roboty. Po godzinie wyszłam, ale uświadomiłam sobie, że nasza redakcyjna koleżanka wychodzi za mąż w sobotę, a ja znalazłam garnki, które sobie zażyczyła na ślubny prezent, muszę więc jechać do redakcji po zbiórkową kasę i popędzić maruderów, którzy jeszcze paru złotych nie zdążyli wysupłać – potem jechać po te garnki, bo za chwilę może ich nie być. Wróciłam szczęśliwie do domu, wtedy zadzwonił gość, któremu od ręki było potrzebne tłumaczenie przysięgłe, a ponieważ zepsuła mi się drukarka, znów musiałam jechać do redakcji, by wydrukować kilka dokumentów.

Tak minął poniedziałek, dzień pierwszy.

We wtorek syn nie poszedł do szkoły, bo się rozchorował. Wybiło mnie to z rytmu, bo zamiast siedzieć i pisać, donosiłam mu jak dobra mamusia gorące herbatki, aspiryny i pilnowałam, by leżał. Oczywiście co chwila wołał, że jest głodny, więc pichciłam złą jednocześnie będąc, że kwęka mi nad uchem, gdy tam historia mojej rodziny czeka na ukończenie. Co siadałam, to syn mnie odrywał, jakby się prosząc, by na nim się historia rodu zakończyła!

Środa – syn dalej chorował, ale powiedziałam: o nie! Mam w końcu urlop, o którym nawet własnej rodzicielce nie powiedziałam, bo zaraz by mi go zaprogramowała: albo zawieź mnie do magla, albo chodź umyjemy groby na cmentarzu, abo cały dzień robimy pierogi.

Tak jest za każdym razem, gdy biorę wolne, dlatego Matce o nim nie powiedziałam (później się na mnie za to obraziła, mówiąc, że czeka cały czas na mój urlop, bo mogłabym ją do magla zawieźć, pomóc groby uporządkować na cmentarzu, ulepić pierogi albo pomyć okna, bo jej koleżanki córka specjalnie bierze urlop, przyjeżdża z Warszawy i matce okna myje – taka dobra, nie to co ja! No tak, doszły jeszcze okna…).

Więc w środę też zamierzałam siąść do komputera, ale podobnie jak w poprzednie dni znów mnie coś rozproszyło – już nie pamiętam co, chyba ładna pogoda za oknem, więc jak ma się mnóstwo drzew wokół to trudno usiedzieć nad klawiaturą.

W czwartek pojechałam do Warszawy uprawiać shopping i plotting z koleżanką, która wybierała się do Paryża i musiała kupić sobie kilka fajnych rzeczy, by nie wyglądać jak prowincjuszka, a w piątek pojechałam do redakcji gasić jakiś tam pożar. Co trwało trzy godziny, więc jak wróciłam do domu, nie chciało mi się nic. W sobotę miałam wesele, a w niedzielę poprawiny. W poniedziałek, wściekła na tak spędzony urlop, wróciłam do pracy.

Wniosek? Urlop to niedorzeczny pracowniczy wymysł i tak naprawdę powinnam siedzieć całe dnie w robocie. Bo na jedno wychodzi: i tak nic z tego, co planowałam, nie zrobiłam, a moja frustracja tylko się pogłębiła.

Ale nadszedł weekend i znów miałam pisać.

Niestety, poszłam do biblioteki i wypożyczyłam trzy książki: Gottland Szczygła, Księgi Jakubowe Tokarczuk i Miedziankę Springera. Wszystko cudne. Tokarczuk pisała swoje  imponujące dzieło sześć lat. 

Wniosek numer dwa: jedni po prostu piszą, a drudzy cały czas się do tej czynności przymierzają.

PS. W sprawie ataków terrorystycznych w Paryżu jestem konsekwentna. Je ne suis pas Paris. Więcej w moim wpisie ze stycznia po ataku na Charlie Hebdo. http://nonsensorka70.blog.pl/2015/01/12/charlie-znaj-proporcje-mocium-panie/

Mała Agatka omal apopleksji nie dostała chowając w pudełku ukochanego chomika. Zanosiła się od płaczu, bo Pikuś był jej najukochańszym  przyjacielem – i tak nagle mu się zeszło z tego świata. A mówią, że chomiki nie mogą się przejeść… Marta patrzyła na zapłakaną twarz córki  z niepokojem. „Na pogrzebie babci sprzed pół roku Agatce nawet jedna łza po policzku nie spłynęła… Gdzie zaniedbałam wychowanie tego dziecka?” – pomyślała.

Znaj proporcje, mocium panie, dlatego nie jestem Charlie.

Globalna wioska (czyt. media) znów ma temat: radykalny islam w osobie dwóch braci, którzy wtargnęli do redakcji Hebdo Charlie i zastrzelili 12 osób, a 11 zranili, w tym troje bardzo ciężko. No i co? Ile osób zginęło w tym czasie na Ukrainie? Zmarło z głodu w Afryce? A kto jeszcze pamięta, dlaczego Tadeusz Mazowiecki zrezygnował z funkcji specjalnego wysłannika ONZ do Bośni i Hercegowiny? Bo był bezsilny po masakrze w Srebrenicy, gdzie Serbowie dokonali masowych egzekucji na tysiącach muzułmanów, w tym dzieciach – wtedy świat jakoś milczał. Jak i w wielu wielu innych bestialstwach, o których nie wiemy nawet, albo wiemy bardzo mało, bo nie wydarzyły się w USA, Francji, Anglii, Włoszech, Hiszpanii czy Niemczech. Od biedy w Japonii czy Kanadzie.

Poczytałam na temat Hebdo. Można by skwitować: sami się prosili. Nie oszczędzali nikogo, ani Mahometa, ani Jezusa i ani Trójcy Świętej, ani polityków, celebrytów, zjawisk socjologicznych, możnych i wpływowych tego świata; rysując, z reguły obscenicznie, komentowali rzeczywistość.

Potem przejrzałam ich okładki na FB: na grudniowej niby Matka Boska z rozstawionymi nogami rodzi syna. Rysunek był tak głupi (miał rzekomo zachęcać do przeczytania „prawdziwej historii Jezusa” – której z kolei?), że nawet nie bulwersujący.

Pamiętam poruszenie okładką Wprost z Matką Boską Częstochowską, z Jezusem na ręku, w oboje w maskach przeciwgazowych. Fala krytyki i oburzenia przeszła przez cały kraj. Przeczytałam wiele komentarzy w tej sprawie i jeden szczególnie utkwił mi w głowie – o tym, czy doszło do obrażenia czyichś uczuć decyduje obrażony, a nie ten, kto obraża.

Hebdo obrażał muzułmanów od zawsze i w angielskiej Wikipedii (nasza jest pod tym względem uboga) można do woli poczytać na ten temat. Mahomet był częstym bohaterem różnych rysunków i zwykle po ich publikacji muzułmanie reagowali: marszami (w 2006 roku), pogróżkami (za każdym razem). W 2011 roku doszło do ataku na siedzibę redakcji. Rok później, tuż po serii zamachów na amerykańskie ambasady na Bliskim Wschodzie, Hebdo atmosferę jeszcze bardziej podgrzał i opublikował serię karykatur Mahometa, w tym nagiego. Minister spraw zagranicznych pyta wtedy, czy Francja musi dolewać oliwy do ognia? Redaktorzy bronili swoich racji podkreślając, że krytykują i ośmieszają wszystko i wszystkich, a tylko materiały dotyczące Mahometa nazywane są prowokacyjnymi.

No i naszedł tragiczny 7 stycznia.

Po ataku redaktorzy stwierdzili, że będą kontynuować dzieło. W przypisach czytam, że rząd francuski przekazał Hebdo prawie milion euro w formie wsparcia, organizacja The Digital Innovation Press Fund, częściowo finansowana przez Google, dała 250 tys. euro, a The Guardian Media Group też przyrzekła wysoką kwotę.

Nie identyfikuję się z Charlie, bo to nie moja bajka. Ja wiem, że wspólna Europa, Kopacz ramię w ramię z Hollandem, zamach na wolność słowa (a raczej wolność obrażania) i tak dalej, ale nie, je ne suis pas Charlie.

Wolę płakać nad śmiercią babci niż najukochańszego chomika Pikusia.

Koleżanka nauczycielka przychodzi na kawę. I mówi, że to skandal, że jest środek wakacji, a ona nie miała jeszcze w ręku rządowego podręcznika, z którego od września będzie uczyć maluchy, w tym sześciolatki. – 15 lat uczę, ale takiej sytuacji jeszcze nie miałam – narzeka znad filiżanki kawy. – W dodatku nie mam pojęcia, czy ten podręcznik będzie dobry czy kiepski, czy ja się w nim odnajdę. Nikt go z nami, nauczycielami, nie konsultował. Po co?

Uważam też – dodała znów przechylając filiżankę z kawą – że powinniśmy mieć furtkę, aby szkoła mogła wybrać sobie inne niż rządowe podręczniki.

Sprawdzam, czy to możliwe. Okazuje się, że istnieje taka możliwość, ale tylko teoretyczna, ponieważ zgodnie z rozporządzeniem MEN, zakup innego podręcznika niż ministerialnego wymaga zgody organu prowadzącego szkołę, który w takim przypadku pokrywa koszty jego zakupu.

Cytuję: „Zgodnie z zapisami ustawy wyposażenie uczniów klas I–III szkół podstawowych w podręczniki do zajęć z zakresu edukacji: polonistycznej, matematycznej, przyrodniczej i społecznej zapewnia minister właściwy do spraw oświaty i wychowania. Ustalenie innego podręcznika, niż zapewniony przez Ministra Edukacji Narodowej wymaga zgody organu prowadzącego szkołę, który w takim przypadku pokrywa koszty jego zakupu”.

– A który organ się na to zgodzi? – mówi koleżanka. – W zasadzie jesteśmy skazani na jedynie słuszny podręcznik.

Ale pytam i rodziców maluchów. Ci cieszą się, że nie będą musieli wydawać dużych pieniędzy na szkolną wyprawkę dla swojego malucha.

– Podręczniki są strasznie drogie, na książki córki do drugiej klasy gimnazjum wydałam już 340 złotych, a to jeszcze nie wszystkie pozycje. W dodatku trzy czwarte z nich kupiłam w antykwariacie. Cieszę się więc, że przynajmniej syn, tegoroczny pierwszoklasista, mnie nie zrujnuje.

Ja też już wydałam na podręczniki dla moich nastolatków 400 złotych (większość zakupiona w antykwariacie), a to dopiero początek. Mimo wszystko żałuję, że i dla nich nie ma darmowych książek, zwłaszcza, że uczą się byle jak, więc nie wiem, czy warto w nie inwestować takie horrendalne pieniądze. I czy w ogóle w większość dzieciaków warto inwestować kupując im strasznie drogie podręczniki z płytami, których nijak docenić nie potrafią, gdyż wolą posurfować po necie, gdzie przecież jest wszystko.

 

Nonsensowne wymysły ustawodawców sprawiają, że człowiek wychodzi na lepszego cwaniaka, a w dodatku traci czas. Tak było, gdy córka zapomniała wziąć legitymacji szkolnej do pociągu.

O polskiej kolei napisano wszystko, i w zasadzie każda negatywna rzecz o niej przytoczona będzie prawdą. Pociągi się spóźniają, nie przyjeżdżają wcale, zmieniają trasy z powodu remontów, jakakolwiek informacja jest totalną prowizorką, a więcej kierowników i dyrektorów niż pracowników w kilkunastu różnych spółkach pkp, za pośrednictwem swoich wiecznie radosnych rzeczników prasowych, śle na nasze redakcyjne mejle informacje o: konkursie plastycznym „Kocham pociągi”, o książeczkach z kredkami dla maluchów, by nie dłużył im się czas jazdy w tychże pociągach, o tym, że uczestnicy powstania warszawskiego przez kilka dni mogą jeździć koleją bez biletów (!), albo, że jak pomalujesz bilet w fioletowe kwiatki, to dostaniesz cukierka Milki Way. Ale dotyczy to tylko biletów kupionych w dni parzyste.

Oczywiście żartuję, podobnie zresztą jak czyni to pkp, doprowadzając codziennie swym poczuciem humoru tysiące pasażerów do szewskiej pasji. I jak tu nie marzyć o Deutsche Bahn? W 70. rocznicę tegoż powstania warszawskiego?

Dlatego brak legitymacji to pryszcz. Ale było tak. Konduktorka podchodzi i widząc przerażoną minę córki wybacza. Po paru minutach zawraca jednak i mówi, że w drodze powrotnej musimy dopłacić do biletu, bo inaczej może być kara. Moja radość z faktu, że udało mi się zapłacić za podróż w dwie strony tylko 40 zł (bilet rodzinny) pryska.

Po załatwieniu sprawy w stolicy wchodzimy na dworzec i widzimy nadjeżdżający nasz pociąg. Gdyby nie brak legitymacji byśmy do niego weszły i odjechały. Ale jako uczciwa dupa pytam stojącego przy drzwiach konduktora, czy mogę u niego dopłacić do biletu, bo córka zapomniała legitymacji (ma 14 lat i na oko widać, że jest jeszcze uczennicą). Konduktor przegląda bilet i stwierdza, że to jest inna spółka i u niego dopłacić się nie da. Trzeba iść do kasy.

Pociąg odjechał, a my poszłyśmy na górę Dworca Centralnego. Po wystaniu się w kasie (nigdzie nam się nie spieszyło, bo następny skład był za dwie godziny) pani w okienku powiedziała, że nie wie, co z tym fantem zrobić i odesłała nas piętro wyżej. W kasach IC dostałyśmy numerek do długiej kolejki. Gdy przyszedł nasz czas kobieta wzięła bilet i długo obracała go w dłoniach. Potem postukała w komputerze, a w końcu… zniknęła na 15 minut.

Po pięciu miałam dość, bo córka stwierdziła, że – skandal – nie ma tu wi-fi, nie może wejść na fejsa w komórce i się nudzi. Jakbym to ja zapomniała legitymacji! Po 10 minutach dostała opier…, a po 15, kiedy i mnie szlag trafiał, zrobiłam awanturę. Pani wróciła i zrobiła taki myk: musiałam dopłacić kartą 10 złotych z groszami, a ona zaraz za pośrednictwem tejże karty oddała mi około 9 zł, więc wyszło, że za brak legitymacji musiałam dopłacić złotówkę. Do tego dostałam trzy długaśne wydruki.

Pytam kobietę, czy mogłam dopłacić konduktorowi w pociągu z innej spółki. Mogłam.

Pytam, co byłoby, gdybym pojechała tym pociągiem. Nic by nie było.

– Ustawodawca wymaga, by dziecko miało przy sobie legitymację, bo inaczej bilet jest nieważny, ale konsekwencji już nie przewidział – mówi pani. – Tak naprawdę wszystko zależy od dobrej woli konduktorów, a ci najczęściej wzruszają ramionami.

Bo co mogą zrobić? Policję wezwać? Że uczeń w wakacje legitymacji zapomniał? Przecież każdemu ma prawo się to zdarzyć.

By się tego dowiedzieć straciłam czas i złotówkę. Córka miała za to nauczkę i sądzę, że następnym razem legitymacji nie zapomni. Jedyny pożytek z prawa ustanowionego przez naszych parlamentarzystów. A ja następnym razem pomaluję bilet w fioletowe kwiatki.

Za oknem lało, więc poszłam do sklepu i kupiłam Vivę, Party i Galę na poprawienie nastroju. Po 20 minutach lektury pożałowałam 5,97 zł, które wydałam na te trzy kolorowe pisma. Ile można pisać na okrągło o tym samym? Ale to jeszcze nic.

Z Gali uśmiechała się do mnie Joanna Brodzik w bokserskich rękawicach. Krzyczała: wracam do walki! Na trzeciej stronie znów aktorka, tym razem w ładnych butach. A na 22 pani Joasia oświadcza, że po sześciu latach wraca na ring, i to w roli „bokserki-lesbijki w filmie „Di, Viv i Rose”, która otworzyła przed nią „nowe perspektywy pozazawodowe i pozateatralne”. Ja cię kręcę.

Na stronie 10 Anna Wendzikowska (kto to jest?) obwieszcza światu, że się zakochała w Patryku. Wrzucają wspólne zdjęcia na fejs i instagram. Koniec tekstu brzmi tak: „Wydaje się, że zakochani nie rozstają się ani na moment… z aparatami fotograficznymi, którymi robią sobie nawzajem mnóstwo zdjęć i wrzucają je do sieci. Ale czy nie tak właśnie wygląda miłość w XXI wieku?”

Moim zdaniem nie tak, ale autor tekstu dodaje jeszcze: „Jest jedna rzecz, którą Wendzikowska wciąż trzyma tylko dla siebie. To pierścionek zaręczynowy od Patryka. NADAL NIKOMU NIE UDAŁO SIĘ GO SFOTOGRAFOWAĆ, CHOĆ PAPARAZZI NIEUSTANNIE NAD TYM PRACUJĄ”.

Ładna praca: wstaję rano i jedynym moim celem jest ustrzelenie pierścionka zaręczynowego jakiejś Wendzikowskiej. No to się namęczyłam!..

Wywiady z Piotrem Adamczykiem (o rolach) i Joanną Horodyńską (o ciuchach) są tak samo drętwe i o niczym jak z Joanną Brodzik.

Później na kilku stronach Gali są mało interesujące teksty o jeszcze mniej interesujących celebrytach. Nawet nie staram się tego czytać. Poza tym najmodniejsze tego lata kolory, fryzury, okulary, perfumy, torebki, sandały, kapelusze, itd… nuuuda.

Fotka koktajlu arbuzowego na stronie 84 (uff, dobrnęłam) uprzytomniła mi, że chce mi się pić, więc poszłam do kuchni. Horoskop, krzyżówkę i fotogalerie CIĄGLE TYCH SAMYCH WARSZAWSKICH CELEBRYTÓW NA ŚCIANKACH darowałam sobie – rzucając pismo za 0,99 zł na podłogę, i z nadzieją biorąc nieco droższe, Party za 1,99 zł.

Tu Edyta Górniak obwieszcza z kolei, że jej rozstanie z partnerem było zaplanowane.

Na okładce musi być celebrytka, a czy rzuca jednego, a znajduje drugiego, podbija fleki u szewca czy idzie po marchewkę na ryneczek nie ma znaczenia.

I znowu to samo: ślub jakiejś Izy Janachowskiej z jednym z największych producentów świec w Europie, jakaś Katarzyna Zielińska dostała nową rolę, a Tomasz Karolak był na zakończeniu roku szkolnego u swojej córki. Potem Ewa Chodakowska z mężem, no i i cała biografia Edyty Górniak plus kolejny odrzucony kochanek. Magdalena Boczarska, wręcz odwrotnie, pokazuje swoją nową miłość, a niejaka Kate Rozz pojechała do Brazylii, by kręcić tam film. Potem dylematy życiowe Małgorzaty Rozenek, które kompletnie nie interesują, a potem kilkanaście stron o niczym.

Ale prawdziwy hit czeka na mnie na stronie 77 (uff, znów dobrnęłam): felieton Anny Muchy.

Aktorka (osobiście pamiętam ją tylko z roli w „Pannie Nikt”, więc czy to rzeczywiście aktorka?) opisuje zakończenie roku szkolnego z dzieciństwa.

No więc ta aktorka pisze tak: „Oto wszystkie oczy skierowane są na mnie, na poczet, na sztandar! Cała szkoła i dyrekcja patrzą na nas, nadzieję narodu. Nie mogło nie zrobić to na mnie wrażenie… I SIĘ PORZYGAŁAM. Do dziś pamiętam, jak pani od historii ściągała ze mnie zarzyganą szarfę”, itd.

Tak infantylnych bzdur dawno nie czytałam! Miałam dotychczas resztki złudzeń, że pisanie w ogólnopolskiej gazecie do czegoś zobowiązuje, ale gdzie tam! Mucha i tak była, jest i będzie na topie, więc poziom przekazu może mieć głęboko. No i ma.

Party ratowałby tekst o Beacie Jałocha, kobiecie, która jeździ na wózku po tym, jak samobójca spadł na nią z któregoś tam piętra. Ratowałby gdyby nie fakt, że w kolejnym genialnym piśmie, które kupiłam, w Vivie, jest dokładnie taki sam reportaż. Inaczej wprawdzie napisany, i zdjęcia też są inne, ale o tej samej pani Beacie. Już nie ma innych bohaterów?

Viva, choć graficznie o wiele lepsza, rozczarowała mnie również. Na okładce oczywiście Kinga Rusin, bo z domem pt. TVN trzeba żyć dobrze.

Bo nie interesuje mnie miłość Roberta Janowskiego i jego żony Moniki (tak wystylizowanej, że wygląda jak Magdalena Boczarska), a zdjęcia Ewy Błaszczyk, Kingi Rusin, Natalii Kukulskiej, Anity Werner czy Olgi Frycz są nawet OK, ale co one wnoszą? I te odkrywcze zwierzenia aktorek/piosenkarek/celebrytek pt. nie lubię się malować, wolę być naturalna.

Jedyny artykuł, który mnie zainteresował, to tekst Zuzanny O’Brien o Stelli Mc Cartney. Na trzy kilkudziesięciostronicowe ogólnopolskie pisma!

Czy w tych redakcjach ma ktoś jeszcze pomysły na cokolwiek? Czy komuś chce się ruszyć pupę dalej niż za rogatki? Jeśli kreatywności brak, to wkrótce cena zejdzie do 10 groszy za produkt (tyle, co paczka zapałek), a i tak nikt tego chłamu nie kupi.

Trzy kolorowe pisma wrzuciłam do kosza. Uznałam, że to pisma bez polotu pisane przez warszawianki o warszawiankach i dla warszawianek, i tylko w Warszawie powinny być w sprzedaży.

Jakby panie naczelne tych pism nie wiedziały, to uprzejmie informuję: życie toczy się także poza stolicą. I to dużo ciekawsze.


  • RSS