nonsensorka

blog Agnieszki Kubik (pierwszy wpis w lipcu 2012 roku)

Wpisy w kategorii: pogoda

Moje Matczysko ma zgryz, w czym iść na ślub i wesele. Cała szafa ubrań, ale żadna kreacja nie nadaje się na wesele, gdzie będzie ciocia Halinka, ciocia Jasia, no i światowa pani Sadowska. Mama wpadła na pomysł, by krawcowa Kurowa, która ma 80 lat i jest po dwóch operacjach na oczy, a ręce jej się trzęsą, gdy bierze do ręki nożyce, uszyła jej sukienkę. Kurowa, kiedyś „najlepsza krawcowa w mieście”, nie szyje od 10 lat, ale dla mojej Mamy – bo ta ją zgwałciła przez telefon – postanowiła zrobić wyjątek.

Mama zadzwoniła więc do mnie, bym pojechała z nią wybrać materiał. To znaczy zaakceptować, bo ona już wybrała.

Jedziemy autem, a Mama mówi: – Chcę tę sukienkę w formie takiego rombu, na górze żeby było wąsko, a na dole szeroko. Wiesz, jak wygląda romb? – pyta mnie podejrzliwie.

Wiem – uspokajam ją, myśląc w duchu, że Mamie chodzi o chyba trapez, ale mniejsza o większe.

Bo taką sukienkę miała Urszula, wiesz, ta żona pułkownika (niestety, nie wiem). To była strasznie elegancka dama, i jak ona przyszła w tej sukience, jeszcze w białych kozaczkach, to nam wszystkim oczy na wierzch wyszły. Od tamtej pory marzę o takiej sukience… Materiał kupiła w Modzie Polskiej w Warszawie i poszła jej na to cała pensja…

W Modzie Polskiej? To było chyba 20 lat temu – zaczynam coś podejrzewać.

Więcej, ze trzydzieści… – kiwa głową Mama.

To ta twoja Urszula miała ze 25 lat, w tym wieku każdy dobrze wygląda w rombie… – oponuję.

A właśnie , że to jest fason dla mnie, bo mam brzuch, a romb mi go zakryje… Tylko obiecaj, że jak zobaczysz ten materiał, nie będziesz się śmiać, ani też nie zabronisz mi go kupić – mówi Matczysko, a moje podejrzenia zaczynają rosnąć.

Oczywiście wybuchnęłam śmiechem, gdy zobaczyłam ów materiał, a potem zabroniłam Mamie go kupić. Materiał był… pluszową tkaniną na kanapową narzutę.

Mamo, czy ty na głowę upadłaś? Przecież to jest materiał na narzutę! – prawie krzyknęłam.

Co z tego? Urszula miała dokładnie taki sam materiał! Z lejącego nie będzie rombu, to musi być materiał stojący! (cokolwiek to znaczy) – mówi Matka.

To jest plusz, a ty masz wesele w czerwcu! Jak chcesz w tym tańczyć? – krzyczę w sklepie.

Fakt, Urszula uszyła sobie tę kreację na sylwester… Ale w czerwcu też czasami wyskakuje takie zimno, że…

Jak sobie chcesz, ale ja w ogóle nie widzę z tego pluszu sukienki. Czy Kurowa wie, co ty wymyśliłaś? Weź skrawek materiału i idź do niej, żeby zerknęła tymi oczami po dwóch operacjach, o co ci chodzi i czy w ogóle się podejmie uszycia pluszowego rombu – przemawiam do rozsądku mojej oryginalnej rodzicielce. Zdziwiłabym się, gdyby wybrała coś zwykłego.

Ja już mówiłam jej przez telefon i się podejmie… Proszę pani – mama skierowała swe oblicze ku przysłuchującej się naszej rozmowie sprzedawczyni, czym wprawiła ją w zakłopotanie – czy klientki kupują ten materiał na sukienki? Sprzedawczyni spuściła oczy: – Wie, pani, klient nasz pan – wybrnęła dyplomatycznie.Bo moja koleżanka Urszula, ona już nie żyje, ale kiedyś przyszła do pracy w sukience w kształcie rombu dokładnie z takiego samego materiału… Identyczny, może tylko kolor był ciemniejszy…

Wzruszyłam ramionami i podeszłam do innej beli z materiałem. Mama wyglądała na niezadowoloną, ale też podeszła – tylko po to, by zacząć te inne materiały krytykować. Mnie przy okazji również. – Ty nie chcesz, żebym ładnie wyglądała – powiedziała mi z wyrzutem.

– Nie chcę, żeby się z ciebie na weselu śmiali – mówię.

– Mnie na tym nie zależy, niech się śmieją – nadąsała się. – Chcę mieć swoje pięć minut (myślałam, że „pięć minut” oznacza zupełnie coś innego). -  Jak poszłam na wesele Ewy w tym moim toczku, wiesz którym, to Sadowska od razu zapytała, gdzie go sobie szyłam (toczek był czarno-srebrny, świecący, z piórkiem i nie dziwota, że zszokowana Sadowska zapytała, kto takie szkaradztwo wymyślił – to są moje podejrzenia, ale kto wie, światowa Sadowska też potrafi się wystroić jak stróż w Boże Ciało) – mówiła rozżalona.

Mamo, OK. Jeśli chcesz w wieku 67 lat spełnić swoje marzenie o rombie z pluszu, to nie ma sprawy, kupuj tę narzutę – powiedziałam ostatecznie, bo szkoda mi się tego mojego Matczyska zrobiło. – W końcu to ostatni dzwonek na spełnienie tego typu marzenia… Zresztą może się mylę? Może istotnie będziesz wyglądała w tej sukience jak pułkownikowa Urszula 30 lat temu?

No właśnie, kupię – powiedziała zadowolona. – Teraz pojedziemy po inny materiał, na drugą sukienkę.

Drugą?

Ta z pluszu będzie na ślub, na wesele może mi być w niej za gorąco, wybrałam inną tkaninę, chodź zobaczysz – Mama odzyskała powera.

Nie miałam już siły walczyć z niebiesko-różowymi kwiatami. Na sugestię, że może są zbyt młodzieżowe usłyszałam tylko „a co to ja stara baba jestem?”.

Fryzjerkę, pół wieku temu „najlepszą w mieście”, Mama też zgwałciła. – Okońska powiedziała, że zrobi dla mnie wyjątek – rozradowało się Matczysko.

Już widzę to wesele i te jej kreacje. Mam nadzieję, że nie założy do tej pluszowej sukienki czarno-srebrnego toczka z piórkiem, ewentualnie nie wpadnie na pomysł, by uszyć do niej nowego toczka, z misia albo z ceraty. Ciekawe też, w co moja Matka wystroi Ojca, bo odgraża się, że garnitur, który kupił sobie na moje wesele (17 lat temu), przestał się jej podobać…

Ponoć jak nie ma się już o czym mówić (lub pisać) to temat schodzi na pogodę. Ale jak tu o niej nie mówić (i pisać) skoro cały tydzień, gdy człowiek ślęczy w robocie tępo wpatrując się w komputer za oknem świeci słońce, a gdy przychodzi upragniony weekend, zaczyna lać jak z cebra, a burze przeplatają się z trąbami powietrznymi? Jaki jest tych anomalii powód? Tusk by powiedział, że to wina Kaczyńskiego, a Kaczyński, że za tym stoi Tusk i jego świta.

Znajomi przyjechali na weekend z daleka, z rowerami na sztorc ustawionymi na aucie. Cztery sztuki. Pierwszego dnia miał być grill pod chmurką, drugiego długa wycieczka rowerowa za tak zwane miasto.

Karkówka w lodówce w przyprawach dochodziła, udka i skrzydełka kruszały, zielenina na tony sałatek krzyczała, by ją wreszcie przyprawić sosem i zjeść, logistycznie też wszystko było dopracowane, co przy ośmiu osobach, w tych czworgu dzieciarach, nie było takie proste.

I wszystko szło sprawnie, dopóki panowie nie wystawili na działce grilla. Lunęło nie wiadomo skąd. Ewakuacja była krótka i treściwa. Ile jednak można siedzieć w samochodzie? Po pół godzinie wróciliśmy do domu z dylematem, czy grilla ustawić w dużym pokoju czy na balkonie swędrząc sąsiadom?

Wygrała druga opcja, ale grill, z plątającymi się pod nogami, bo znudzonymi dziećmi, do udanych nie należał.

Z planowanej wycieczki rowerowej też wyszły nici – następnego dnia wyskoczył taki ziąb, że idąc do sklepu musiałam wyjąc z szafy zimową kurtkę. Wizyta skończyła się siedzeniem na kanapie i oglądaniem TV.

Boże Ciało, po południu wskakujemy z mężem na rowerki. Słonecznie, fajnie. Po godzinie drogi widzimy potężną chmurę, której mizdrzące się w TV pogodynki nie zapowiadały!!!

Przyspieszamy, ale chmura jest szybsza. Grad wielkości przepiórczych jajek zastał nas – na szczęście – w jakimś przydrożnym brzozowym zagajniku, ale co nas zmoczył, to nasze. Drugą godzinę jechaliśmy przemoknięci do suchej nitki.

Niby nic się nie stało, ale nie o takiej wyprawie marzyliśmy.

Sąsiad mówi, że od paru tygodni nie może skosić działki. Z pracy wraca po godzinie 20, nie chce mu się już wyciągać sprzętu. – Ciągle liczę, że w sobotę od rana zacznę kosić i na liczeniu się kończy – narzeka.

Urzędnik z wydziału kultury urzędu miasta też narzeka. – Cały rok czekamy, aby wiosną i latem zacząć organizować imprezy dla rodzin w plenerze – opowiada. – Ściągamy fajnych ludzi, zespoły, atrakcje. Kosztuje to moc kasy. I co z tego? Albo pada, albo mży, albo wichura, albo zimno. Ręce nam opadają, bo ludzi przychodzi co na lekarstwo.

Moja ciotka od paru tygodni nie może zrobić imieninowego grilla na działce. Co tydzień zaprasza przyjaciół „na tę sobotę”, by w tę właśnie sobotę z rana imprezę odwoływać, bo leje. – Do września mam czas – śmieje się.

Dosyć ma i matka dwojga nastolatków. – Co roku, raz w sierpniu, raz w lipcu, posyłam je na kolonie nad morze – mówi. – Od czterech lat nie zdarzyło się, by mieli słoneczną pogodę. Ciągle pada, wszystko mokre, nic nie schnie, jak wracają to oboje z anginą lub chorobami zatok. Szkoda dzieci, bo cały rok czekają na te dwa tygodnie odpoczynku.

Znajomi z serii willa pod miastem, wypasiona bryka i czas wolny bez ograniczeń (tak, tak, zdarzają się i tacy…) narzekają również. Mówią: lipiec, totalne upały. Patrzymy na pogodę w TV, nad morzem też upały. Wsiadamy do auta z przyczepą i jedziemy. Na miejscu leje. Przemęczyliśmy się tydzień. Nie daliśmy jednak za wygraną, w sierpniu patent powtórzyliśmy. Ledwie dojechaliśmy nad morze, patrzymy: leje! Było ciepło, a jakże, ale nie ruszaliśmy się bez parasola, bo co wyszło słońce, to zaraz popadało.

I jak tu, panie premierze,  wypocząć sobie w weekend? Czyżby pogoda rzeczywiście była tylko dla bogaczy, a dla nie-bogaczy prognozy były złe?


  • RSS