nonsensorka

blog Agnieszki Kubik (pierwszy wpis w lipcu 2012 roku)

Wpisy w kategorii: polityka

Na skrzynkę pocztową dostałam takiego oto mejla. Nadawcą był bliżej mi nieznany ksiądz, który uznał, iż warto przypomnieć słowa ludzi bliskich Bogu. Najpierw przeczytajcie, a na końcu zadam pytanie.

water-464953_960_720

Siostra Łucja, wizjonerka z Fatimy: „Naród polski przejdzie drogę odrodzenia. Po raz pierwszy odczyta i zrealizuje prawdziwe cele ludzkości. Od niego zależeć będzie przyszłość Europy (…). W Polsce rozpocznie się odrodzenie świata przez ustrój, który wytworzy nowe prawa.”.

Niemiecka stygmatyczka Teresa Neumann: „Wy, Polacy macie do nas, Niemców, żal, bośmy was skrzywdzili. Macie rację. Ale przez to wyście już wszystko odpokutowali. Na nas, Niemców, przyjdzie jeszcze pokuta. Wy możecie czuć się spokojni (…). Za wami wstawia się Czarna Madonna, która będzie chodzić po ziemiach polskich. Wam się już nic złego nie stanie.”. „W języku polskim będą głoszone najmądrzejsze prawa i najsprawiedliwsze ustawy.”

Ojciec Andrzej Klimuszko: „Przez Europę przejdzie fala wojen i kataklizmów, tylko nad Polską nie widzę krwi i zniszczeń, lecz promienne blaski przyszłości. Polska będzie źródłem nowego prawa na świecie, zostanie tak uhonorowana wysoko, jak żaden kraj w Europie (…). Polsce będą się kłaniać narody Europy. Widzę mapę Europy, widzę orła polskiego w koronie. Polska jaśnieje jak słońce i blask ten pada naokoło. Do nas będą przyjeżdżać inni, aby żyć tutaj i szczycić się tym. (…) Jeśli chodzi o nasz naród, to mogę nadmienić, że gdybym miał żyć jeszcze pięćdziesiąt lat i miał do wyboru stały pobyt w dowolnym kraju na świecie, wybrałbym bez wahania Polskę, pomimo jej nieszczęśliwego położenia geograficznego. Nad Polską bowiem nie widzę ciężkich chmur, lecz promienne blaski przyszłości.”

Błogosławiony Bronisław Markiewicz: „Pokój wam, słudzy i służebnice Pańscy! Wojna będzie powszechna na całej kuli ziemskiej i tak krwawa. Groza jej będzie tak wielka, że wielu ze strachu postrada rozum. Za nią przyjdą następstwa jej: głód, mór na bydło i dwie zarazy na ludzi, które więcej ludzi pochłoną aniżeli sama wojna. (…) Wy, Polacy, przez niniejszy ucisk oczyszczeni i miłością wspólną silni, nie tylko będziecie się wzajem wspomagali, nadto poniesiecie ratunek innym narodom i ludom, nawet wam niegdyś wrogim. I tym sposobem wprowadzicie dotąd niewidzialne braterstwo ludów, Bóg wyleje na was wielkie łaski i dary, wzbudzi między wami ludzi świętych i mądrych i wielkich mistrzów, którzy zajmą zaszczytne stanowiska na kuli ziemskiej. Języka waszego będą się uczyć w uczelniach na całym świecie. Cześć Maryi i Najśw. Sakramentu zakwitnie w całym narodzie polskim. Pokój wam!”

Kardynał Augustyn Hlond: „Polska nie zwycięży bronią, ale modlitwą, pokutą, wielką miłością bliźniego i Różańcem. Trzeba ufać i modlić się. Jedyną broń, której Polska używając odniesie zwycięstwo – jest Różaniec. (…) Nowa Polska będzie dostojna, mocna, wielka, a nawet atrakcyjna i przewodząca właśnie przez to, że szczerzej niż kiedykolwiek i konsekwentniej niż inni oprze swe życie i swą politykę na zasadach Chrystusowych (…) Jesteśmy świadkami zaciętej walki między państwem Bożym a państwem szatana. (…) Chrystusa.”

A nawet św. Malachiasz (1128 rok): „Polska, powstając majestatycznie jak feniks z popiołów, mężnie zrzuci pęta niewoli i stanie się jednym z mocarstw w Europie”… oraz Matka Najświętsza do Giulio Mancinelliego (1608 rok): „Dlaczego nie nazywasz mnie Królową Polski? Ja to królestwo bardzo umiłowałam i wielkie rzeczy dla niego zamierzam, ponieważ osobliwą miłością do Mnie płoną jego synowie. (…) Ja jestem Królową Polski. Jestem Matką tego Narodu, który jest mi bardzo drogi, więc wstawiaj się do Mnie za nim i o pomyślność tej ziemi błagaj Mnie nieustannie, a Ja będę ci zawsze, tak jak teraz, miłosierną”.

Moje pytanie brzmi: czy te wszystkie wizje/proroctwa/przepowiednie już się sprawdziły, czy nadawca listu wierzy, że to wszystko dopiero przed nami? 

kadrGdyby dr hab. Hubert Chudzio z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie nie opowiadał studentom na jednym z obozów naukowych o zsyłkach Polaków, między innymi o polskich osiedlach w Afryce, a na koniec nie rzucił – trochę przypadkiem – że można byłoby zorganizować misję badawczą i na Czarny Ląd, gdzie zmarło tysiące naszych krajan, Teresa Kurzawa ze Skierniewic nigdy już nie zobaczyłaby grobu własnej matki.

To był 2008 rok i mało kto zajmował się tematyką polskich sybiraków w Afryce. Jakby nie istniała. Ideę podchwycili trzej studenci doktora Chudzio – Krzysztof Kędziora, Mariusz Solarz, Karol Suchocki – i już kilka miesięcy później misja, wspomagana przez Małopolski Urząd Wojewódzki i Urząd Miasta Krakowa, wyruszyła do Tanzanii i Ugandy. Ekipa dotarła do zapomnianych polskich cmentarzy, które zostały zinwentaryzowane i odrestaurowane. Zdjęcia wrzucono do internetu.

Syn pani Teresy zawołał ją któregoś dnia do komputera: „Zobacz, grób twojej mamy”. – Spojrzałam i mało serce ze wzruszenia mi nie wyskoczyło – mówi 83-letnia dziś skierniewiczanka, która jako dziecko przeżyła zsyłkę na Syberię, a potem przeszła z armią Andersa cały szlak. – Byłam przekonana, że ten grób dawno już nie istnieje.

We wrześniu 1939 roku mała Tereska poszła do szkoły w Nowogródku prowadzonej przez nazaretanki, ale długo się do niej nie nachodziła. Zaledwie kilka dni. Pamięta – szła sama do tej szkoły, to były jeszcze czasy, kiedy rodzice nie trzęśli się tak nad dziećmi. Tereska założyła tornister na plecy i spieszyła się, prawie biegła, żeby zdążyć na pierwszą lekcję. Przed nią wyrosły drzwi do szkoły i klamka – wysoko, wysoko, ledwie jej sięgnęła. 49 latach później, gdy była na wycieczce w Wilnie, odwiedziła swoją pierwszą szkołę w Nowogródku. I dziwiła się, że ta klamka jest tak nisko.

Z perspektywy dziecka w trzydziestym dziewiątym wszystko wyglądało inaczej.

Wojny, która wybuchła daleko w Polsce się nie czuło. Ale 17 września pamięta dobrze. Gdy Rosjanie weszli do Nowogródka, Rosjanki witały ich kwiatami. Matka z ciotką nie mogły tego znieść, uważały je zdrajczynie. Pamięta też, że ojciec z matką zakopywali coś pospiesznie w ogrodzie, jakieś dokumenty, skrzynki. Boże, Jezus i Maryja – słyszała, jak matka ciągle powtarzała.

Ojciec od razu uciekł na Litwę. Pracował jako śledczy w milicji, wiedział, że jest na celowniku. Wsiadł na wóz, pomachał rękę i tyle go widzieli. Ale Litwini oddali go Rosjanom i trafił do Ostaszkowa, a potem – nie wiedzieć czemu – na półwysep Kola, na drugi koniec świata.

Teresa nigdy się nie pytała, nawet po wojnie, gdy spotkali się w Anglii kilkadziesiąt lat później, jak to było, dlaczego i za co. Przez dwa tygodnie chodzili na spacery, jedli razem śniadania, obiady i kolacje, ale ani razu nie podjęli tematu wojny. Jakby jej nie było. Choć gdyby jej nie było, siedzieliby pewnie razem w domu w Nowogródku, a nie w obcej Anglii; w ogrodzie; on bawiłby się z wnukami, a jego żona podawałaby szarlotkę do popołudniowej herbaty.

Matka nie uciekła. Ona, zwykła przedszkolanka, już całą wojnę musiała chronić dwoje dzieci: Tereskę i dwa lata młodszego Jerzego, bo któż, jak nie ona? Faceci mieli trochę lepiej – jeśli w ogóle można użyć takiego sformułowania. Gdy uciekali/byli zabierani/aresztowani, bo walczyli o wolność, równość, braterstwo i niepodległość, losem rodzin martwili się na odległość. Ich głównym problemem było, jak samemu przeżyć i dołączyć do rodziny.

Matki były w innej sytuacji. To one musiały wysłuchiwać płaczu z głodu i zimna własnego dziecka lub dzieci, z przerażeniem sprawdzać ręką, czy czoło nie nazbyt gorące, bo lekarz dwa dni stąd, a śmierć u wezgłowia; to matka tuliła do snu, choć sama pewnie głodna i dusza boli; to ona drżała każdego dnia, co będzie z dziećmi, gdyby jej, nie daj Boże, coś się stało; to matka te słabości codziennie musiała pokonywać, wiedząc, że nie żyje dla samej siebie.

Bronisława Dedeszko-Wiercińska, matka Tereski i Jurka, poświęciła się do samego końca. Zmarła w wielkich cierpieniach w wieku 39 lat. Na Czarnym Lądzie, przeżywszy wcześniej tyle, że niejeden życiorys by obdzielić. Ale jej dzieci przeżyły.

 W lutym 40 roku matkę z Tereską i Jurkiem wywieźli do Kazachstanu. Jak prawie wszystkich Polaków z Nowogródka. Listy układał Żyd – ponoć, bo nikt pewności nie ma, ale tak wszyscy mówili, a głównie ciotka Tereski, siostra matki, która wojnę przeżyła. Żyd – Tereska nie pamięta jego nazwiska, ale może i dobrze – był kowalem w majątku Horodeczna, gdzie mieszkała dziedziczka Szpilewska. Dziedziczka dbała o jego dzieci, bardzo była wszystkim pomocna i życzliwa, a on listy porobił, i ją na niej umieścił. Szpilewska ukrywała się później w domu Tereski, leżała za parawanem. Tyle dziecko pamięta.

Ludzie podejrzewali, że mogą być wywiezieni.

Matka widziała transporty na bocznicy, czekały złowrogo. Którejś nocy przyszli, wybudzili ze snu. Czy dodawać, że na spakowanie mieli pół godziny, a mróz tej zimy trzaskający? Krzyczeli, gdzie orużjo (broń po rosyjsku). – Niechby matka dała im wreszcie te róże – myślało dziecko – to by sobie poszli. „Prędzej, prędzej” – krzyczeli źli panowie, więc matka z ciotką, której Żyd na liście nie umieścił, bo przyjechała właśnie jako położna z Warszawy i nie zdążył – pomagała upychać koce, buty, ubrania.

Do 20 kilo mogli wziąć, więc kobiety zrobiły dwa nieduże pakunki, sołdaci wrzucili to na podwody i pojechali wszyscy na bocznicę. Setki ludzi już tam stały, z małymi dziećmi; płacz, mróz, ktoś woła siku, a ktoś lekarstw nie wziął z domu; ale szybko trzeba wsiadać do wagonu, bo pociąg za chwilę rusza. Nikt nie wie dokąd.

Podczas pierwszej zsyłki wywieziono w głąb Syberii około 140 tysięcy Polaków. W sumie zesłano około 340 tysięcy. Związek Sybiraków przyjmuje, że – wraz z deportacjami w latach 1944–1956 – wywieziono w sumie 1 mln 350 tys. osób. Te liczby wciąż nie są do końca znane. Powiada się, że to zemsta Stalina za rok 1920.

Poupychali ich jak seliodki w boćkie (śledzie w beczce). W rogu była dziura w podłodze na załatwienie potrzeb i gdy pociąg po jakimś czasie stanął – Tereska nie pamięta gdzie i jak – mężczyźni odbili blachę i wciągnęli przez nią jeszcze jeden pakunek, który ciotka dowiozła. Wlazła pod wagon – może strażnicy tego nie zauważyli, a może przymknęli oko.

 Matka miała trzy pakunki i dwoje małych dzieci. Na stacji w Smoleńsku, pamięta, stare babki podawały im wrzątek w dzbankach, bo niektórzy zamarzli już na kość. Ale nie każdy się napił, niektórzy bali się wysiadać, bo nie wiadomo było, kiedy pociąg znów ruszy. I znów jechali, ale Tereska kompletnie nie pamięta, ile. Dzień, dwa, tydzień? Nie przypomni sobie.

W internecie można wyczytać, że z Nowogródka (dzisiaj Białoruś) do Troicka (dzisiaj Rosja) jest około 2.800 kilometrów. Sybiracy pamiętają, że to trzy-cztery tygodnie jazdy. Podróż była preludium do tego, co los miał im jeszcze zgotować. Mieli czas na zahartowanie się, bo najgorsze było dopiero przed nimi.

 Tereska pewnie marudziła, jak to dziecko, pewnie było jej zimno i chciała jeść; pewnie się nudziła i chciała się bawić, a tu trzeba było stać i mama popłakiwała. Dzisiaj nic z tej podróży nie pamięta.

Posiołek Troick, kazachskaja obłast, na pograniczu z Rosją. Baby siedzą i jedzą siemiećki, nasiona słonecznika. Plują łuskwinki, resztę mielą w bezzębnych buziach.

Jakiś dom, piec, gdzie wreszcie można było się ogrzać; jakieś studnie i zwierzęta, wszystko pod jednym dachem. Uzasadnione, bo zimą drzwi nie można otworzyć, tyle śniegu, a zwierzęta trzeba obrządzić. I cieplej z nimi. Bieda, głód. (…) CDN.

Mała Agatka omal apopleksji nie dostała chowając w pudełku ukochanego chomika. Zanosiła się od płaczu, bo Pikuś był jej najukochańszym  przyjacielem – i tak nagle mu się zeszło z tego świata. A mówią, że chomiki nie mogą się przejeść… Marta patrzyła na zapłakaną twarz córki  z niepokojem. „Na pogrzebie babci sprzed pół roku Agatce nawet jedna łza po policzku nie spłynęła… Gdzie zaniedbałam wychowanie tego dziecka?” – pomyślała.

Znaj proporcje, mocium panie, dlatego nie jestem Charlie.

Globalna wioska (czyt. media) znów ma temat: radykalny islam w osobie dwóch braci, którzy wtargnęli do redakcji Hebdo Charlie i zastrzelili 12 osób, a 11 zranili, w tym troje bardzo ciężko. No i co? Ile osób zginęło w tym czasie na Ukrainie? Zmarło z głodu w Afryce? A kto jeszcze pamięta, dlaczego Tadeusz Mazowiecki zrezygnował z funkcji specjalnego wysłannika ONZ do Bośni i Hercegowiny? Bo był bezsilny po masakrze w Srebrenicy, gdzie Serbowie dokonali masowych egzekucji na tysiącach muzułmanów, w tym dzieciach – wtedy świat jakoś milczał. Jak i w wielu wielu innych bestialstwach, o których nie wiemy nawet, albo wiemy bardzo mało, bo nie wydarzyły się w USA, Francji, Anglii, Włoszech, Hiszpanii czy Niemczech. Od biedy w Japonii czy Kanadzie.

Poczytałam na temat Hebdo. Można by skwitować: sami się prosili. Nie oszczędzali nikogo, ani Mahometa, ani Jezusa i ani Trójcy Świętej, ani polityków, celebrytów, zjawisk socjologicznych, możnych i wpływowych tego świata; rysując, z reguły obscenicznie, komentowali rzeczywistość.

Potem przejrzałam ich okładki na FB: na grudniowej niby Matka Boska z rozstawionymi nogami rodzi syna. Rysunek był tak głupi (miał rzekomo zachęcać do przeczytania „prawdziwej historii Jezusa” – której z kolei?), że nawet nie bulwersujący.

Pamiętam poruszenie okładką Wprost z Matką Boską Częstochowską, z Jezusem na ręku, w oboje w maskach przeciwgazowych. Fala krytyki i oburzenia przeszła przez cały kraj. Przeczytałam wiele komentarzy w tej sprawie i jeden szczególnie utkwił mi w głowie – o tym, czy doszło do obrażenia czyichś uczuć decyduje obrażony, a nie ten, kto obraża.

Hebdo obrażał muzułmanów od zawsze i w angielskiej Wikipedii (nasza jest pod tym względem uboga) można do woli poczytać na ten temat. Mahomet był częstym bohaterem różnych rysunków i zwykle po ich publikacji muzułmanie reagowali: marszami (w 2006 roku), pogróżkami (za każdym razem). W 2011 roku doszło do ataku na siedzibę redakcji. Rok później, tuż po serii zamachów na amerykańskie ambasady na Bliskim Wschodzie, Hebdo atmosferę jeszcze bardziej podgrzał i opublikował serię karykatur Mahometa, w tym nagiego. Minister spraw zagranicznych pyta wtedy, czy Francja musi dolewać oliwy do ognia? Redaktorzy bronili swoich racji podkreślając, że krytykują i ośmieszają wszystko i wszystkich, a tylko materiały dotyczące Mahometa nazywane są prowokacyjnymi.

No i naszedł tragiczny 7 stycznia.

Po ataku redaktorzy stwierdzili, że będą kontynuować dzieło. W przypisach czytam, że rząd francuski przekazał Hebdo prawie milion euro w formie wsparcia, organizacja The Digital Innovation Press Fund, częściowo finansowana przez Google, dała 250 tys. euro, a The Guardian Media Group też przyrzekła wysoką kwotę.

Nie identyfikuję się z Charlie, bo to nie moja bajka. Ja wiem, że wspólna Europa, Kopacz ramię w ramię z Hollandem, zamach na wolność słowa (a raczej wolność obrażania) i tak dalej, ale nie, je ne suis pas Charlie.

Wolę płakać nad śmiercią babci niż najukochańszego chomika Pikusia.

Koleżanka nauczycielka przychodzi na kawę. I mówi, że to skandal, że jest środek wakacji, a ona nie miała jeszcze w ręku rządowego podręcznika, z którego od września będzie uczyć maluchy, w tym sześciolatki. – 15 lat uczę, ale takiej sytuacji jeszcze nie miałam – narzeka znad filiżanki kawy. – W dodatku nie mam pojęcia, czy ten podręcznik będzie dobry czy kiepski, czy ja się w nim odnajdę. Nikt go z nami, nauczycielami, nie konsultował. Po co?

Uważam też – dodała znów przechylając filiżankę z kawą – że powinniśmy mieć furtkę, aby szkoła mogła wybrać sobie inne niż rządowe podręczniki.

Sprawdzam, czy to możliwe. Okazuje się, że istnieje taka możliwość, ale tylko teoretyczna, ponieważ zgodnie z rozporządzeniem MEN, zakup innego podręcznika niż ministerialnego wymaga zgody organu prowadzącego szkołę, który w takim przypadku pokrywa koszty jego zakupu.

Cytuję: „Zgodnie z zapisami ustawy wyposażenie uczniów klas I–III szkół podstawowych w podręczniki do zajęć z zakresu edukacji: polonistycznej, matematycznej, przyrodniczej i społecznej zapewnia minister właściwy do spraw oświaty i wychowania. Ustalenie innego podręcznika, niż zapewniony przez Ministra Edukacji Narodowej wymaga zgody organu prowadzącego szkołę, który w takim przypadku pokrywa koszty jego zakupu”.

– A który organ się na to zgodzi? – mówi koleżanka. – W zasadzie jesteśmy skazani na jedynie słuszny podręcznik.

Ale pytam i rodziców maluchów. Ci cieszą się, że nie będą musieli wydawać dużych pieniędzy na szkolną wyprawkę dla swojego malucha.

– Podręczniki są strasznie drogie, na książki córki do drugiej klasy gimnazjum wydałam już 340 złotych, a to jeszcze nie wszystkie pozycje. W dodatku trzy czwarte z nich kupiłam w antykwariacie. Cieszę się więc, że przynajmniej syn, tegoroczny pierwszoklasista, mnie nie zrujnuje.

Ja też już wydałam na podręczniki dla moich nastolatków 400 złotych (większość zakupiona w antykwariacie), a to dopiero początek. Mimo wszystko żałuję, że i dla nich nie ma darmowych książek, zwłaszcza, że uczą się byle jak, więc nie wiem, czy warto w nie inwestować takie horrendalne pieniądze. I czy w ogóle w większość dzieciaków warto inwestować kupując im strasznie drogie podręczniki z płytami, których nijak docenić nie potrafią, gdyż wolą posurfować po necie, gdzie przecież jest wszystko.

 

 „The Economist” napisał, że od czasów Jagiellonów Polska przeżywa swój największy rozkwit. Wielu pewnie go odczuwa, ale wielu nadal pozostaje chłopstwem przyglądającym się przez dziurkę do klucza, jak bawi się szlachta. Ta korzysta ze swoich licznych przywilejów na całego i nie widzi, że chłopstwu dzieje się krzywda.

O truskawkach i nieopłacalności ich produkcji (bardziej opłaca się ściągnąć tańszy owoc z Hiszpanii, Egiptu czy Chin) już pisałam, ale podobnie dzieje się z ziemniakami.

Idę do Lidla i chcę na „ryneczku” kupić polskie kartofelki. Znajduję, nad nimi kartka „Kraj pochodzenia: UE”. Jesteśmy w UE, więc wśród tych luzem w worku rzuconych ziemniakach, domniemywam, znajdują się i nasze rodzime, ale jak je rozróżnić? Z głupia frant pytam o to krzątającą się po sklepie pracowniczkę. Popatrzyła na mnie jak na nienormalną i wzruszyła ramionami.

Tak to jest jak chłopstwo zadaje pytania chłopstwu.

Potem idę do polskiego warzywniaka – mam coraz większego hopla na punkcie kupowania polskich produktów z kodem kreskowym zaczynającym się od 590 – i kupuję  nasze piękne ziemniaczki.

A potem rozmawiam z producentem, który mówi, że znowu państwo ich „orzyna”.

– Nasze ziemniaki, żeby można je było eksportować, muszą przejść tyle kontroli i obostrzeń, że szkoda gadać – mówi mężczyzna. – A my widzimy, że całe tiry przyjeżdżają z Hiszpanii wyładowane ichnimi ziemniakami, pakowanymi na kontenery wprost z pola. Na jakość – dziwnym trafem – nikt nie patrzy. Unia miała być wielką szansą dla polskiej wsi, ale już na samym początku zostaliśmy pozbawieni możliwości konkurowania na podobnych warunkach, bo subwencjonowanie produkcji rolnej w krajach starej UE jest wielokrotnie wyższe niż w naszym kraju. Dlatego ich towary są takie tanie, ale tym bardziej powinniśmy chronić naszą gospodarkę.

Potem rozmawiam z szefową naszej lokalnej mleczarni. Specjalność: mozarrella, zdobywają nagrody na wszystkich możliwych szczeblach. I to samo: niemiecka mozarrella Zott na przykład może mieć konserwanty, ale polski produkt musi być idealny, najlepszej jakości.

– Ile my kontroli przechodzimy, to w głowie się nie mieści – mówi prezeska. – Tamci nie muszą. Niestety, to my musimy się dostosować do reguł gry narzucanych przez markety, żeby w ogóle funkcjonować. I szkoda tylko, że wszystkie podatki nie zostają w Polsce, tylko idą na Zachód.

Czy szlachta Polski Jagiellonów tego nie widzi? Widzi. Ale ma ważniejsze rzeczy na głowie.

Ja w każdym razie, ciemne chłopstwo, nieustannie kupuję nasze polskie 590 wspomagając polską gospodarkę. Tak pojmuję obecny patriotyzm.

Ze Złotych Tarasów zjechałam wprost na truskawkowe pole. Stare dresy, nakrycie głowy, rękawiczki i do roboty, by przez dwa tygodnie zarobić te marne kilkaset polskich złotych.

Truskawki to hobby moich rodziców. Gdzie mają jakieś wolne poletko na swojej działce za miastem, tam cyklicznie, co kilka lat, sadzą truskawki. Wieczorami i na licznych imprezach mają wspólny temat z przyjaciółmi, też truskawki posiadającymi. „Czym nawoziłeś – podpytują między kieliszeczkiem a warzywną sałatką – czym podsypałeś, po ile były w zeszłym roku na skupie, a po ile będą w tym, ile biorą rwacze i dlaczego kompletnie nie opłaca się mieć truskawek”… Takie truskawkowe braterstwo.

Tyle, że przyjaciele mają truskawek i innych plantacji po kilka hektarów i do rwania zjeżdża kilkanaście osób plus Ukraińcy, a my kilkanaście rządków i zbieramy w trzy osoby. Oni po sezonie mają na czysto ponad 10-20 tysięcy, my 2,5 tysiące do podziału.

Ale rodzice są usatysfakcjonowani, że dwutygodniowego urlopu nie spędzam leżąc pimpusiem do góry lub włócząc się po Złotych Tarasach, ale pracując w polu i poznając wartość każdej ciężko zarobionej złotówki. Za to ich kocham.

W ubiegłym roku łubianka wyszypułkowanej truskawki (dwa kilo) kosztowała 4,80 zł, by dojść do 6 zł pod koniec zbierania. W tym roku zaczęło się podobnie, ale zamiast w górę, cena poszła w dół – dzisiaj płacili na przykład 4 zł. Ludzie nie chcą rwać. Ukraińcy mają motywację, gdyż w sezonie zarabiają na cały rok życia u siebie w kraju, Polacy motywacji nie mają.

– Tu kiedyś było truskawkowe zagłębie – kreśli ręką po widnokręgu właściciel skupu. – Teraz starzy powymierali, a młodym nie chce się babrać w tym interesie. W przyszłym roku zamykam skup, bo mi się nie opłaca. Odbiorcy wolą truskawki z Hiszpanii, Chin, Egiptu.

Wracam z pola brudna i zmęczona, włączam wieczorem TV i na nowo słyszę o podsłuchowej aferze. Dla mnie to żadna afera. Polityka jest brudną grą, a politycy brudnymi graczami. Nie wierzę w czyste intencje prawie żadnego z nich; ideowców, którym naprawdę leży na sercu dobro naszej Ojczyzny, mogłabym wymienić na palcach jednej ręki. Dlaczego mam więc być zdziwiona/zaskoczona/zbulwersowana/zszokowana, że prawdziwe oblicze polityków jest tak różne od tej maski, którą zakładają na co dzień? Przecież to constans.

Bardziej jestem zszokowana wypowiedziami ich kolegów, którzy – te chodzące w glorii i chwale autorytety moralne i etyczne – udają święte oburzenie, że oni to „nigdy”, że „Polska upada”, „że służby”, że ruscy, żydzi i pedały. Ich przewaga polega na tym, że nie zostali podsłuchani.

Totalny Pudelek i kompletna dziecinada, którą podsycają warszawskie media, lubujące się w tego typu bzdurach, byle podbić oglądalność i poczytność. Jako dziennikarz wiem coś o tym, niestety.

Te oburzone gadające głowy zaprosiłabym chętnie na swoje truskawkowe pole. Gdyby taki Miller z Jońskim, Kempa z Hofmanem czy Niesiołowski z Sikorskim, a Rostowski z Sienkiewiczem i Belką pozginali trochę fizycznie karku, może wywietrzałaby im z głowy cielęcina w sosie truflowym, steki z tuńczyka i gęsie wątróbki, francuskie szampany i czerwone hiszpańskie wina opłacane z naszych, moich i twoich, ciężko zarobionych pieniędzy.

To zbulwersowało mnie bardziej niż danie się podsłuchać kelnerom.

Sobota rano. Wchodzę do osiedlowego sklepiku, gdzie jest wszystko. Zaspana sąsiadka z włosami w nieładzie kupuje pięć plasterków szynki, kilka bułek, kilo bananów i dwie saszetki whiskasa dla kota. I sok jednodniowy. Płaci kartą.

Sąsiad za mną, już w kompletnym stroju cyklisty, przez komórkę umawia się na rajd rowerowy. Ja kupuję kilka gazet, od lewa do prawa. Na śniadanie jem moją ulubioną pastę z awokado (w 89 nie miałam pojęcia, co to jest) z suszonymi pomidorami (to samo) i sokiem z limonki. Czytam popijając zieloną herbatę z imbirem.

Potem przesyłam sms do męża, który wraz z synem poleciał na dwutygodniową wyprawę ornitologiczną do Walii. Ot, tak sobie, zamówiwszy wcześniej bilety na tanie linie lotnicze przez internet i tą samą drogą za nie zapłaciwszy. Po chwili wiem, że bawią się znakomicie, więc spokojna jadę na zakupy.

Szybko objeżdżam kilka pomniejszych sklepików z dobrą żywnością, bo wolę je od marketów. Ale są tacy, co je preferują – na parkingu pod galerią nie ma gdzie palca wcisnąć. Sąsiadka z dołu, bardziej eko ode mnie, po zakupy jeździ rowerem z koszykiem. Wystaje z niego pełno warzyw. Ja na obiad zrobię zupę curry z grzankami serowymi, a na drugie krewetki w sosie pomidorowym z ryżem. Potem dorobię jeszcze sałatki z kus-kus, rucoli i oliwek oraz z melona.

Po obiedzie córka siada na fejsie, a ja, wrzuciwszy gary do zmywarki, idę z koleżanką na nordic walking. W tygodniu chodzę na fitness, ale w sobotę wolę rundkę z kijkami wokół zalewu.

W międzyczasie dzwoni przyjaciółka ze stolicy, która opowiada o najnowszym barze sushi i weekendzie spędzonym w Barcelonie. Zamartwia się, bo z europejskich stolic pozostał jej do zwiedzenia jedynie Bukareszt i Kiszyniów. I dokąd tu jeździć, jak się już zwiedziło pół świata, a kasy coraz więcej, bo oboje z mężem wciąż awansują w tych swoich zachodnich korporacjach?

Umawiamy się na kawę w Złotych Tarasach, choć obie tej galerii nie lubimy, bo… nic w niej nie ma (???!!!!). Wolimy Mokotów, więc pewnie przejedziemy jej wypasionym autem do tamtejszej galerii. I pomyśleć, że 25 lat temu szczytem luksusu było dla nas zjedzenie lodów w Horteksie na rogu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej…

Muszę się tylko wykazać silną wolą, by znów mnie nie namówiła na jakieś spa z zabiegiem pod tytułem cosmelan w roli głównej… Mąż się burzy, że się budujemy, a mnie pierdoły po głowie chodzą. OK, ale frencha u kosmetyczki na pewno sobie nie odmówię…

Wracam z nordic i surfuję po necie.

Celebrytki, zamiast jak ich matki stać całymi dniami za mięsem w sklepie, albo za materiałem, by uszyć spodnie dla całej rodziny, albo za lodówką „na zapisy”, dumnie wypinają się na ściankach, nawet jak właśnie dostały Grand Prix na festiwalu w Opolu. Musi być kropka nad i. Gazety wypisują, co chcą i krytykują, kogo chcą. Artyści wyżywają się do granic własnych możliwości, pisarze promują nowe książki, geje z dumą podnoszą tęczowe głowy, zastanawiając się publicznie – a jakże by inaczej – czy nie adoptować dzieci. Podróżniczych blogów jest od groma i trochę, podobnie jak kulinarnych, modowych, erotycznych, politycznych, sportowych, motoryzacyjnych, kulturalnych i co nam się tylko wymarzy.

Mogę kupić i sprzedać wszystko, a nawet więcej, na allegro lub olx, mogę przenieść się w dowolne miejsce, czas i przestrzeń dzięki youtube i google, mogę pośmiać się na kwejku lub posiedzieć na skypie z Janet z Londynu, by poćwiczyć angielski.

Schodzę jednak na ziemię i opłacam jakieś rachunki przez net i podglądam stan konta w e-banku, jak zwykle wpadając w depresję, że znów jestem na debecie. Przy okazji wchodzę też na e-dziennik, sprawdzając oceny dzieciaków, co przypłacam kolejną depresją. Potem sprawdzam mejle usuwając upierdliwy spam, gdyż nie chciało mi się ściągnąć filtra, i ustalam godziny odjazdów pociągu do Warszawy, godząc się na wzrok Wielkiego Ciasteczka.

Biorę pilota i z 96 polskich i zagranicznych kanałów wybieram TVN. Słucham durczoków z lekkim niepokojem, ale gdy na ekranie po raz piąty w tym tygodniu pojawia się Miller Wszechwiedzący wyłączam z wściekłością dziękując jednocześnie Dorocie Kani i jej kolegom za „Resortowe dzieci”.

Pod wieczór córka idzie z koleżankami do McDonald’s, a ja wychodzę na piwo i pizzę do włoskiej knajpy, gdzie spotykam znajomych. Przysiada się kumpel, który od pół roku nie może znaleźć roboty, ale kto by tam słuchał jego smętów. A niech jedzie do roboty do Niemca!

Opowiadam, że w najbliższym czasie będę pisać o ludziach z dużych miast, którzy rzucili swoje dotychczasowe prace i założyli: jedni własny browar, drudzy ekologiczne gospodarstwo agroturystyczne, kolejni hodowlę kóz gdzieś w Bieszczadach. Mój bezrobotny kolega słucha, a potem zamawia kolejny kufel.

Wracam do domu i robię wpis na blogu, bo czuję taką potrzebę, a dopieszczanie wewnętrznego dziecka po 89. roku jest przecież sprawą priorytetową.

Potem biorę kąpiel w otoczeniu pachnących świec, przeglądając najnowszy numer Vogue po francusku. Wcieram body balm z nutą Ylang Ylang i acerolą, na skórki wokół paznokci nakładam olejek z L’Oreala, by rano były supermięciutkie. Nakładam kroplę Chanel 5.

Wmasowuję przeciwzmarszczkowy krem do twarzy, przed snem zamawiając jeszcze przy pomocy laptopa w internetowej aptece nową tubkę na poniedziałek. A, no i jeszcze kwadrans na książkę. Tym razem katuję się „Bez pożegnania” Rybałtowskiej dziękując Panu Bogu, że przyszło mi żyć w czasach, kiedy największym problemem jest utrzymanie pracy i spłata kredytu…

A w 89 wszystko było takie proste: my tu, oni tam, trójkowa lista przebojów, kartki, talony i zero pokus. Mama nakładała na siebie krople „Być może…” lub „Pani Walewskiej”, tata używał kremów do golenia Lider lub Wars, a babcia całe dnie stała w kolejkach, by kupić na kartki kiełbasę rzucaną z pobliskich zakładów mięsnych (bywało, że stałam razem z nią). W TV nic nie było, więc uczyłam się szyć, wyszywać, haftować, robić na szydełku i drutach, a w międzyczasie całe dnie latało się po podwórku wymyślając gry i zabawy. Dzieciństwo miałam więc przaśno-radosne, młodość lichą, bo w 89 roku wyjechałam do bidnej Rosji, ale już po powrocie, od 94 roku, świat przed moimi zaczął zmieniać się w zawrotnym tempie.

I tak, na szczęście, jest do dziś, cokolwiek by nie mówić o naszej nowej rzeczywistości. 

Koleżanka przesłała mi opis takiego zdarzenia. Pasuje jak ulał do mojego wpisu na tym blogu pt. Zamiast trzeciej Zosi piąta Roksana http://nonsensorka70.blog.pl/2013/04/27/zamiast-trzeciej-zosi-piata-roksana/.

Wklejam go poniżej.

„Byłam z Olą na placu zabaw w centrum miasta. 90 procent korzystających z niego to patologia, ale niegroźna. Obok mnie usiadły trzy 17-letnie mamusie z niemowlakami w wózkach (spacerowały po placu) i kobieta (około 30 lat) ze swoją matką. Młodsza nie miała z przodu zęba – jedynki, co jej nie przeszkadzało w śmianiu się od ucha do ucha i krzyczeniu na synów.

Po chwili na plac przyszła ich znajoma z synkami, też po 30-tce, waga ze 30 kilo, zero zębów w górnej szczęce, twarz sinawa, jakby obita, ubrana tanio, ale „modnie” od Chińczyków. Panie rozsiadły się wygodnie i rozpoczęły wyrafinowaną rozmowę.

Ta bez jednego zęba na przedzie spytała tę bez zębów w ogóle czy ma papierosa.

Bęzzębna: „Mam skręcanego z cygara. Teraz takie palę”.

Nadstawiłam uszu.

Jednozębna: „To poczęstuj. Ja zapomniałam wziąć, ale kupuje ostatnio takie droższe, wiesz Marlboro i LM.” Akcentując słowo „droższe” zerkała na mnie.

Bezzębna: „A czy dodajesz do tytoniu aromatu? Ja kupuję krokusa i akację”.

Jednozębna: „Spróbuj aromat mięty, jest bardzo oryginalny.”

Na to matka jednozębnej grzebiąc w torebce: „A my zafundowałyśmy sobie papierosy elektroniczne. Też z  aromatem. Starczają na wiele razy.”

Matka podała córce coś w rodzaju długiego długopisu (pierwszy raz jako niepaląca coś takiego widziałam) i obie zaczęły palić. Gdy już się nagadały o tytoniach i aromatach zmieniły temat na równie wyrafinowany.

Bezzębna (zerkając spod oka na mnie): „Dzisiaj będę robić tortellini”.

Jednozębna zainteresowała się: „O, a jak robisz?”. Bęzzębna: „Mam taką włoską maszynę. Polecam. Tylko wkładasz w dziurki, wyciskasz i wychodzi.”

Jednozębna: „Też muszę taką kupić, bo moja się zepsuła. Na allegro kupowałaś?”

Niestety, nie dowiedziałam się, gdzie można kupić maszynę do robienia tortellini, gdyż 4-letni synek jednozębnej, wizualnie kandydat na przyszłego dresiarzo-kibola, sypnął mojej Oli piachem w twarz. Ola w ryk. Jednozębna podskoczyła do syna: „Oliwier, co ty kurwa wyprawiasz?! Ile razy ci mówiłam, żebyś nie sypał piachem! W chuj nic nie rozumiesz! Idziemy do domu!”

Na to ja do jednozębnej, że nic się nie stało, że dzieci, jak to dzieci. Na to ona: „Nie, kurwa, musi się gówniarz kultury nauczyć.”

I sobie poszły całą trójcą ciągnąc za sobą czworo czy pięcioro dzieci. Swoją drogą Kowalczykowa z MOPS-u miała rację mówiąc, że ich zasiłki ta cała patologia przeznacza właśnie na takie maszyny do tortellini i papierosy elektroniczne. A może i maszynę do espresso i latte? Bo bezzębna wspominała, że wybiera się do koleżanki, która robi świetną kawę latte.

Szkoda mi było tych kobiet – przecież zębów sobie same nie wybiły… Pewnie też chciałyby żyć jak bogaci ludzie, więc tworzą wokół siebie taką fikcję. Te perfumowane papierosy, chińskie bluzki z napisem Lowe New Jork (zawsze są błędy), włosy umalowane w cały świat najtańszą farbą, imiona dzieci rodem z Dynastii: Roksana, Alan, Krystian, Gracjan. Smutne to, ale one od urodzenia są skazane na porażkę. Ich dzieci będą takie same. Jak przerwać taki zaklęty krąg? Chyba tylko sterylizacją. Brzmi to faszystowsko, ale moim zdaniem jedyne wyjście. Ludzie z lepszymi genami stosują antykoncepcję, a ci mnożą się na potęgę stwarzając zagrożenie i rujnując gospodarkę”.

 

Lepiej wybudować własny dom czy zwiedzać świat? Ja wybrałam dom i chyba żałuję. 

Zawsze chciałam zwiedzać świat. W podstawówce prowadziliśmy tzw. zeszyty zawodoznawcze. Na okładce wymalowałam wielkie litery: „geograficzka-podróżniczka”. Jakaś przytomniejsza nauczycielka zwróciła mi w końcu uwagę, że takiego zawodu nie ma. – Ty chcesz być chyba dziennikarzem lub reporterem – powiedziała.

Podróżniczą pasję realizowałam na studiach w Rosji. Były prawie za darmo. Dwie wycieczki: do Władywostoku i nad Bajkał opłaciłam ze sprzedaży, uwaga, trzech par spodni jeansowych typu Piramida. Rosjanie uznawali je za krzyk mody i dawali nieźle zarobić. A było jeszcze parę innych fantastycznych wypraw na koniec świata, na przykład za dziesięć szminek: Uzbekistan, Kaukaz, kilka razy Syberia, cała część europejska. To były czasy…

Potem zostałam dziennikarzem. Paradoks polega jednak na tym, że dziennikarz nie musi już być na miejscu zdarzenia, by potem je opisać – tak uważają redakcje i wydawnictwa. Oszczędności, bo papier już się nie sprzedaje, a internet jeszcze.

Ostatnio pisałam o właścicielce zakładu fryzjerskiego z mojego małego miasta, która z racji wykonywanego zawodu i współpracy ze znaną siecią kosmetyczną jeździ na kursy i szkolenia do Londynu i Bolonii, a także Szanghaju, Izraela, Dubaju i Singapuru. Gdybym wiedziała, że nadejdą czasy, kiedy to fryzjerzy, a nie dziennikarze będą jeździć po świecie, zostałabym fryzjerką.

Praca nie pozwala na dalsze wyprawy, to może prywatnie?

Urządziwszy już sobie piękne i przestronne mieszkanie w bloku na kameralnym osiedlu, pojechaliśmy tu i ówdzie.

Wtedy seniorzy podarowali nam działkę za miastem. – Budujcie się – powiedzieli. – Z tego zwiedzania to nic nie ma, tyle, co zdjęcia, a dom to coś stałego, w co warto zainwestować – gadali nad uchem. W końcu przekonali.

Budujemy zatem dom. Trwa to już trzeci rok i podczas gdy znajomi wrzucają na fejsa fotki z całego świata, moich kilka wycieczka po Europie jest zlokalizowanych w rozłożystym dachu, a kilka wypraw do Azji w pompie ciepła. Jestem wściekła i znajomi nie mają co liczyć na lajka.

Dom jest piękny i przynajmniej o trzy pokoje za duży. Z okien widać drzewa, krzewy i pola, i to ze wszystkich stron; myślę, że będzie mi się tam cudownie mieszkało. – Ale fajnie, że będziesz miała domek, zazdroszczę – słyszę od ludzi.

Może oni mieli takie marzenia, ja już wiem, że nie. Kolejne wycieczki po świecie zamieniam na cegły, beton, piach, styropian, farby, okna, drzwi. Worek bez dna. Usilnie staram się być optymistką.

Mąż mnie pociesza, że podróżować będziemy na emeryturze. Przytakuję, żeby się nie kłócić.

I tyle zostało z marzeń o byciu geograficzką-podróżniczką.

Fajnie jest mieszkać w małym miasteczku. Mając 19 lat miałam go tak dość, że z radością wyfrunęłam do prawie 5-milionowego Petersburga. Po pięciu latach tam spędzonych powiedziałam sobie: nigdy więcej! I znów pokochałam swoje małe miasteczko.

Małe miasteczka mają swój urok.

Po pierwsze: wszędzie jest blisko, co ma kolosalne znaczenie. Mogę jechać autem, ale równie dobrze mogę zamienić je na rower, a na upartego dojść piechotą. Nie tracę życia w korkach słuchając przymusowo radia w aucie czy bębniąc z wściekłości palcami o kierownicę, bo jakiemuś baranowi spieszy się bardziej niż mnie. Szybkie dotarcie dokądkolwiek przekłada się na: późniejsze poranne wstawanie (a ja kocham się wylegiwać), bezstresowy dojazd do pracy (nawet jak akumulator w samochodzie znów odmówi posłuszeństwa), ekspresowy dojazd do dziecka w szkole, które właśnie omdlało na boisku (ostatnio dojechałam w pięć minut, w drugie pięć byłam już w przychodni u lekarza), szybkie zakupy po pracy (sprawunki robię w różnych sklepach – bo tu lepsze masło i wędlina, a tam warzywa – a i tak zajmuje mi to najwyżej godzinę).

Dzieci też same wszędzie dotrą, nie muszę ich prawie nigdzie wozić.

W Petersburgu najpierw musiałam dojść pięć minut do tzw. marszrutki, która dowoziła ludzi do metra. Czekałam na nią około 5-10 minut i byłam szczęśliwa, jak po tym czasie ten zdezelowany, przepełniony bus w ogóle zatrzymał się na moim przystanku. Jechałam nim na glonojada kwadrans, potem metrem na glonojada pół godziny, a potem 10 minut szłam jeszcze na uczelnię. Powrót podobnie. Brr. Dobrze, że jako polscy studenci mieliśmy kasy jak lodu i mogliśmy pozwolić sobie na podróże taksówkami, bo inaczej, zwłaszcza w te długie mroźne petersburskie zimy, siedziałabym cały czas na zapiecku.

Po drugie: żeby odpocząć na łonie natury wystarczy pięć minut. Tyle czasu zajmuje mi dotarcie nad piękny zalew, do lasu jednego i drugiego, nad rzekę czy do parku. I co najważniejsze – nie ma tam tłumów ludzi. Biorę rower, czasem książkę, czasem chleb dla kaczek – i wystarczą dwie godziny, by całkowicie się zrelaksować.

W Petersburgu łona natury nie było w ogóle (same zabytki i zabytki), a jak już wybieraliśmy się całą paczką na rajd bezalkoholowy, była to wyprawa najczęściej całodzienna. I znów najpierw marszrutka, potem metro, potem dworzec, potem podmiejska elekriczka, potem marsz piechotą – o, i wreszcie, po dwóch godzinach, naszym oczom ukazywał się jakiś ruski las!!! A jak ręce bolały od noszenia bezalkoholu!

Po trzecie: wszyscy się znają, co jednak ma więcej plusów niż minusów. Każdy wie, że pani Krysia to wczoraj z panią Basią ą i bą tą, ksiądz Franek od tygodnia jeździ wypasionym samochodem, a prezydent miasta kupił na kolację parówkę w promocji, bo widziała to pani Gienia, która akurat w tym samym markecie kupowała przecenione banany (wieść o przecenie bananów lotem błyskawicy obiegła moje 50-tysięczne miasto). Trzeba się więc bardziej kontrolować, bo większa jest odpowiedzialność za własne czyny i zachowanie.

Dodatkowo jako „wielka pani redaktor lokalnej prasy” czyli persona bardziej rozpoznawalna niż przeciętny Kowalski, wciąż spotykam się z dowodami sympatii (wyjątkiem są negatywni bohaterowie moich tekstów, którzy udają, że mnie nie widzą, co akurat jest mi na rękę) oraz mogę liczyć na szybszą i milszą obsługę (wyjątki jak wyżej). Idąc do sklepu w sobotę rano napotkani znajomi sprzedają mi tyle tematów, że w poniedziałek na kolegium sypię nimi jak z rękawa. W mojej pracy rzecz bezcenna.

W małym miasteczku czuję, że JESTEM.

W Petersburgu byłam szarą anonimową studentką i może tylko ci, co tworzyli jakieś tam teczki wiedzieli o mnie nieco więcej. Tłumy ludzi przelewały się ulicami i nawet gdybym upadła na pysk, nie zrobiłoby na nikim wrażenia. Czułam, że MNIE NIE MA.

Po czwarte: dostęp do kultury, przez małe i duże k, i mnóstwa innych atrakcji. Nie wiem, czy w dużym mieście chciałoby mi się wlec na drugi koniec miasta na wieczór autorski księdza Adama Bonieckiego, Jacka Hugo-Badera, Joanny Siedleckiej, Zygmunta Miłoszewskiego, Marią Czubaszek, Ernesta Brylla, Artura Andrusa, Katarzyną Bondą, Szymonem Hołownią, Wojciechem Jagielskim, ks. Isakowicza-Zaleskiego, Wojciecha Kuczoka, Sławomira Kopra i wielu, wielu innych interesujących ludzi; iść na koncert Dżemu, Maanamu, Kobranocki, Ani Rusowicz, Kombii, Myslovitz, Perfect, Soyki, Wodeckiego i wiele innych, gdyż samorządy zapraszają, a my, dziennikarze, chcemy czy nie, imprezę obsługujemy. Na każdą docieram w ciągu 5 – 10 minut.  Ile ja obejrzałam wystaw najprzeróżniejszego typu, wysłuchałam wykładów i prelekcji, uśmiałam się na znanych kabaretach, podziwiałam rękodzieła cudownych twórców regionalnych, rozmawiałam z interesującymi ludźmi – tylko ja wiem.

W Petersburgu wieczorne wyjście do teatru, na koncert, wystawę czy nawet zwykłą imprezę był wyzwaniem. Marszrutka, metro… – nie, najczęściej taksówka. Z jednego końca miasta na drugi jechało się półtorej godziny. Nie ma to znaczenia pod warunkiem, że ma się 20 lat.

Po piąte: dojazd do wielkich miast takich jak Warszawa i Łódź zabiera mi ledwie godzinę. Gdy tęsknię do wielkomiejskiego gwaru, spalin, korków, ale i kultury przez duże K, lekarza przed duże L, teatru przez duże T, galerię przez duże G czy wydawnictwo przez duże W pakuję się do pociągu lub samochodu i jestem. Ale szczęśliwa wracam do swojego sennego nieco miasteczka.

Oczywiście chciałabym, aby moje dzieci chodziły do szkół przez duże SZ, ale wielu moich znajomych, którzy kończyli szkoły razem ze mną, piastuje dziś wysokie stanowiska w stolicy, więc wnioskuję, że niższy poziom nauki jakoś im nie zaszkodził. I nie im jednym.

Coraz częściej przekonuję się też, że i pieniądze nie mają w życiu wielkiego znaczenia. Znam niezamożnych i niezwykle kreatywnych ludzi, z którymi uwielbiam spędzać czas wolny w knajpie na długich dysputach oraz zamożnych nudziarzy, z którymi nie bardzo jest o czym rozmawiać.

Bo to nie miejsce tworzy człowieka, ale człowiek tworzy miejsce. A w moim małym miasteczku jest wielu fajnych ludzi.


  • RSS