nonsensorka

blog Agnieszki Kubik (pierwszy wpis w lipcu 2012 roku)

Wpisy w kategorii: praca

Witam, 

bardzo miło wspominam te ponad pięć lat spędzonych z Państwem :)

jeśli ktoś nadal ma ochotę czytać moje teksty, zapraszam pod nowy adres: https://nonsensorka70.wordpress.com/

Właśnie opublikowałam tam wpis pt. Lekarz woli wybudować przychodnię i trzepać prawdziwą kasę.

Poszłam do znanej restauracji w moim mieście, by zamówić catering na urodziny córki. Menadżerka położyła przede mną odręcznie napisaną kartkę z wieloma daniami, bym sobie coś wybrała. Na samej górze imię i nazwisko znanej w mieście pani doktor, właścicielki przychodni. I kwota, za którą lekarka wyprawiała sobie przyjęcie. Dla mnie te dania, niestety, okazały się za drogie (12 porcji kaczki z jabłkami 408 złotych – potem ludzie mi mówili, że to normalne ceny w cateringu…)…

Zapraszam :)

 

 

Zostałam szefem redakcji. Od pół roku organizuję pracę innym, układam gazetę, redaguję teksty, wymyślam/zbieram tematy, prowadzę kolegia, na których muszę krzyczeć na ludzi, bo w przeciwnym razie połowa tekstów nigdy by nie powstała; podpisuję delegacje, dyżury i załatwiam inne formalności; piszę tony mejli i odpisuję na drugą tonę tychże; wyliczam wierszówki współpracownikom i prowadzę rozmowy kwalifikacyjne z nowymi pracownikami; odpisuję na pisma przedsądowe, bo i takie się zdarzają i przesyłam do prawników wydawnictwa; reprezentuję gazetę na zewnątrz i biorę udział w programach publicystycznych, póki co radiowych, bo telewizję to dopiero sami tworzymy. Sugeruję, jak mają wyglądać kręcone filmy wideo dotyczące problemów naszej lokalnej społeczności, bo realizator sprzęt ma wprawdzie świetny, ale wyczucie dziennikarskie już mniejsze; przypominam co chwila kolegom i koleżankom, by uzupełniali nasz serwis internetowy i jestem aktywna na FB, oczywiście jako nasz tytuł, a nie ja jako ja; co tydzień robię też z ludźmi internetową wersję gazety. Moderuję komentarze, no i wysłuchuję czytelników – osobiście i telefonicznie — a co to oznacza wie każdy, kto pracuje z ludźmi. Wracam do domu dużo później niż gdy byłam aktywnym dziennikarzem, bo redakcyjna robota nigdy się nie kończy.

Czy mi się to wszystko podoba? Wcale.

Wzięłam więc urlop, żeby to od tego wszystkiego odpocząć – i wreszcie popisać. Pomysłów mam od groma, tylko czasu na ich realizację brak.

Skończyło się tym, że kilka dni minęło bezproduktywnie na nicnierobieniu i żadnej zaległej sprawy – nie tylko dotyczącej pisania – nie załatwiłam.

No, ale jak można załatwić swoje rzeczy, skoro życie toczy się niezależnie od ciebie?

Poniedziałek z rańca – siadam przy komputerze i chcę skończyć historię rodziny, gdy słyszę za oknem psy, które ujadają jak szalone. Wychodzę, sprawdzam – dorwały jeża i się nad nim znęcają. Na szczęście jeż wlazł w norę i wystawił igły, więc wielce nieszczęśliwe psiaki musiały się swoją przygodą podzielić, ze mną. Odpędzam je, wołam, przytulam i głaszczę.

Wracam do komputera – telefon. Jeden, drugi, trzeci. Ludzie nie wiedzą przecież, że jestem na urlopie, więc wydzwaniają, jak co dzień. Kiedyś policzyłam, że przeciętnie odbieram około 30 telefonów dziennie, niemal tyle samo wykonuję. Łącznie z niedzielami, podczas których dyżuruję.

Po kilku dniach przestałam telefony odbierać, bo w praktyce wygląda to tak:

  • Ojej, jest pani na urlopie… – słyszę w słuchawce. – Przepraszam bardzo, że niepokoję, ale mam tylko jedną drobną sprawę. Poprosiłabym telefon do pana Malinowskiego…
  • Oczywiście, zaraz podam – mówię i dyktuję.
  • Bardzo pani dziękuję, miłego urlopu – wdzięczność mojego rozmówcy nie zna granic.
  • Dziękuję i do usłyszenia.

Po paru minutach znowu: – Bardzo panią redaktor przepraszam, że dzwonię raz jeszcze, ale ten numer jest nieaktualny, zgłosił się ktoś inny – rozmówca jest zdeterminowany.

  • To proszę zadzwonić do mojego kolegi, on na pewno będzie miał aktualny – mówię i dyktuję namiary do Krzyśka.
  • Oj, bardzo dziękuję i jeszcze raz życzę miłego urlopu.
  • Proszę – mówię z ulgą.

Po paru minutach znów dzwonek. — Pani redaktor, ja naprawdę bardzo przepraszam, bo wiem, że jest pani na urlopie, ale zależy mi na kontakcie do pana Malinowskiego, a pan Krzysiek mówi, że też ma ten nieaktualny. Kto może jeszcze mieć ten numer?

Podaję gościowi kolejne namiary.

Wyciszam oba telefony, służbowy i prywatny, i udaję, że mnie nie ma. Wyjechałam i umarłam, zmartwychwstanę za tydzień.

Ale oczywiście są telefony, które odebrać muszę.

Redakcyjni koledzy i koleżanki mają mnóstwo różnych spraw i zapytań. W sumie innych rzeczy też się nie da odłożyć: muszę na przykład podpisać delegacje, faktury i dyżury, bo koniec miesiąca, więc zamiast kończyć historię rodziny wsiadam w auto i pędzę do papierkowej roboty. Po godzinie wyszłam, ale uświadomiłam sobie, że nasza redakcyjna koleżanka wychodzi za mąż w sobotę, a ja znalazłam garnki, które sobie zażyczyła na ślubny prezent, muszę więc jechać do redakcji po zbiórkową kasę i popędzić maruderów, którzy jeszcze paru złotych nie zdążyli wysupłać – potem jechać po te garnki, bo za chwilę może ich nie być. Wróciłam szczęśliwie do domu, wtedy zadzwonił gość, któremu od ręki było potrzebne tłumaczenie przysięgłe, a ponieważ zepsuła mi się drukarka, znów musiałam jechać do redakcji, by wydrukować kilka dokumentów.

Tak minął poniedziałek, dzień pierwszy.

We wtorek syn nie poszedł do szkoły, bo się rozchorował. Wybiło mnie to z rytmu, bo zamiast siedzieć i pisać, donosiłam mu jak dobra mamusia gorące herbatki, aspiryny i pilnowałam, by leżał. Oczywiście co chwila wołał, że jest głodny, więc pichciłam złą jednocześnie będąc, że kwęka mi nad uchem, gdy tam historia mojej rodziny czeka na ukończenie. Co siadałam, to syn mnie odrywał, jakby się prosząc, by na nim się historia rodu zakończyła!

Środa – syn dalej chorował, ale powiedziałam: o nie! Mam w końcu urlop, o którym nawet własnej rodzicielce nie powiedziałam, bo zaraz by mi go zaprogramowała: albo zawieź mnie do magla, albo chodź umyjemy groby na cmentarzu, abo cały dzień robimy pierogi.

Tak jest za każdym razem, gdy biorę wolne, dlatego Matce o nim nie powiedziałam (później się na mnie za to obraziła, mówiąc, że czeka cały czas na mój urlop, bo mogłabym ją do magla zawieźć, pomóc groby uporządkować na cmentarzu, ulepić pierogi albo pomyć okna, bo jej koleżanki córka specjalnie bierze urlop, przyjeżdża z Warszawy i matce okna myje – taka dobra, nie to co ja! No tak, doszły jeszcze okna…).

Więc w środę też zamierzałam siąść do komputera, ale podobnie jak w poprzednie dni znów mnie coś rozproszyło – już nie pamiętam co, chyba ładna pogoda za oknem, więc jak ma się mnóstwo drzew wokół to trudno usiedzieć nad klawiaturą.

W czwartek pojechałam do Warszawy uprawiać shopping i plotting z koleżanką, która wybierała się do Paryża i musiała kupić sobie kilka fajnych rzeczy, by nie wyglądać jak prowincjuszka, a w piątek pojechałam do redakcji gasić jakiś tam pożar. Co trwało trzy godziny, więc jak wróciłam do domu, nie chciało mi się nic. W sobotę miałam wesele, a w niedzielę poprawiny. W poniedziałek, wściekła na tak spędzony urlop, wróciłam do pracy.

Wniosek? Urlop to niedorzeczny pracowniczy wymysł i tak naprawdę powinnam siedzieć całe dnie w robocie. Bo na jedno wychodzi: i tak nic z tego, co planowałam, nie zrobiłam, a moja frustracja tylko się pogłębiła.

Ale nadszedł weekend i znów miałam pisać.

Niestety, poszłam do biblioteki i wypożyczyłam trzy książki: Gottland Szczygła, Księgi Jakubowe Tokarczuk i Miedziankę Springera. Wszystko cudne. Tokarczuk pisała swoje  imponujące dzieło sześć lat. 

Wniosek numer dwa: jedni po prostu piszą, a drudzy cały czas się do tej czynności przymierzają.

PS. W sprawie ataków terrorystycznych w Paryżu jestem konsekwentna. Je ne suis pas Paris. Więcej w moim wpisie ze stycznia po ataku na Charlie Hebdo. http://nonsensorka70.blog.pl/2015/01/12/charlie-znaj-proporcje-mocium-panie/

IF

 

Budowanie domu to jak jazda bez trzymanki. Wykładasz dziesiątki i setki tysięcy złotych, a efektu nie widać i nie widać. Jeden, drugi i trzeci rok same ściany, dach, za który można by zwiedzić pół świata, okna, styropiany, tynki, znowu styropiany, wylewki, beton, znowu styropiany, nieogarnione przez mój mały rozumek ogrzewanie podłogowe z magicznie pobierającą ciepło z ziemi pompą, równie zawiła w swej postaci hydraulika (czy bakterie w przydomowej oczyszczalni ścieków z ekodrenem dadzą sobie radę z naszymi hmm? – oto jest pytanie, które spędza mi sen z powiek); jakieś dziwne rury i rurki, dzięki którym ma działać wentylacja, cobyśmy się nie podusili, inne rury do ogrzewania kominkowego, sploty kabli elektrycznych straszące ze ścian, alarmy, jeden na złodzieja (ha, ha, ha ha – śmieję się w twarz mężowi), drugi na ogień;  rusztowania, zastępcze drzwi, a jak już właściwe, to opasane folią, by „niedajbozenicsięniestało”. Jak w końcu coś się na horyzoncie majaczy, jakieś płytki na podłodze i pomalowane ściany, i trochę sprzętu czekającego na rozpakowanie, to nagle zaczyna brakować kasy… I bida…

Dom jest wielki jak stodoła na wsi. I stoi na wsi. Wokół błoto jak w Serbinowie (to krajobraz po budowie oczyszczalni, musieli piękną trawę zniszczyć), piździ jak w Kieleckiem, ciemno po zmroku choć oko wykol, podjazd do garażu może będzie za rok i płytek na schodach przed zimą fachowiec nie zdążył ułożyć, ale za to – mówi mąż – wiosna będzie nasza! Jak zobaczę tę zieleń, buchającą z każdego skrawka rozciągających się wokół pól, łąk, lasów, tę zieleń zaglądającą nam przez okna do salonu, sypialni i kilku innych pokoi, to poczuję, że żyję, i będę się zastanawiać, jak mogłam do tej pory mieszkać w bloku!

 Ja dalej przekonana nie jestem. Co to za różnica, gdzie się mieszka? Byleby było przytulnie, schludnie, przestrzennie i bezpiecznie. Moje 90-metrowe lokum te warunki spełniało. I sąsiedzi byli tacy mili, a tam, na tej wsi, jedyny sąsiad ze 100 metrów dalej, a do reszty trzeba jechać dwukółką,  a i tak na darcie pierza z pewnością się nie wyrobię.

Dom wycisnął ze mnie energię jak cytryna.

Pierwszy rok to fundamenty. Ponieważ wymyśliłam dom parterowy (uznałam, że będzie tańszy, a nikt blondynce nie wyjaśnił, że jest inaczej), fundamenty były rozłożyste jak dęby na mojej działce, a gdy mąż stanął na nich stwierdził, że można wybudować na nich World Trade Centre. Już to mnie przeraziło.
W następnym roku urosły mury i drewniany szkielet dachu przykryty na koniec papą. Radość była wielka, bo dzieci skakały sobie z okien na trawę. Ja siedziałam na kamieniu i płakałam. – Po cholerę mi taki wielki dom? – połykałam łzy. – Wygląda jak blok, w którym mieszkam, tylko w bloku żyje kilka rodzin, a ja będę tylko z rodziną, a gdy dzieci wyfruną, zostanę sama z mężem i psem.
Ta wizja przerażała mnie jeszcze mocniej.

Ale cóż. Bank dawał, to bank wymagał zakończenia kolejnych etapów budowy. Machina raz puszczona w ruch nie dała się okiełznać. Oczywiście wrzuciłam (bez wiedzy męża) ogłoszenie o sprzedaży tego domu z jakąś zaporową ceną licząc, że znajdzie się superbogaty nabywca, a ja dalej będę sobie mieszkać w moim kochany mieszkanku, ale zainteresowanie było mierne.
Trzeci rok to okna, dachówka, wylewki i instalacje wewnątrz. Ponieważ się na tym nie znam, szalał mąż o mało nie dostając szału, gdy widział:

  1. opóźnienie choć jednodniowe w czymkolwiek, podczas gdy fachmenom nigdy się nie spieszyło,
  2. rysę na cegle, kurz w kącie, błoto na schodach, zadrapanie na nowych drzwiach, ślad po inwazji myszy,
  3. realizację przez kogokolwiek innej wizji niż jego. 

Fachowcy: luz, relaks i tumiwisizm. Nam się ciągle spieszy, a im wcale. My podajemy kolejne terminy, oni kiwają głowami, że tak i na pewno, a potem termin mija, a oni nadal na luzie układają te tony płytek w całym domu i końca roboty nie widać. Do chałupy wprowadzamy się za dwa tygodnie, a oni, dokładnie jak dwa miesiące temu, wciąż są na etapie klejenia płytek nad wanną i umywalkami. – Panowie – powtarzam im jak mantrę – chcę wstać rano następnego dnia po wprowadzeniu się i zrobić gdzieś siusiu oraz umyć zęby! – Spokojnie – mówią mi moi dizajnerzy, popijając herbatkę w jednym z licznych pokoi, gdzie zrobili sobie gościnny, chyba docelowo – niech się pani nie denerwuje, wszystko będzie na cacy, a w razie czego to psiku można zrobić na zewnątrz, tyle tu drzew wokół… Wnoszę tym samym, że z ww. fachmenami będę mieszkać do lata, bo nie zrobili jeszcze połowy tego, co mieli zrobić do końca grudnia. – Ja szczoteczkę noszę przy sobie, a i dół od piżamy się znajdzie – dodaje jeden z nich z szelmowskim uśmiechem i wszystko jasne! Gdzie ma im się spieszyć? Ciepło, wygodnie, kasa leci i do lata robota jest!

Z wyborem czegokolwiek wiąże się ogromny stres. Masz tysiące rodzajów płytek, a musisz wybrać jedne i nie tylko zrezygnować tym samym z całej reszty innych, co samo w sobie jest przykre, ale jednocześnie podjąć dobrą decyzję na całe, jakby nie było, życie. Ale to jeszcze nic. Wybierając okazuje się, że jedna decyzja pociąga za sobą szereg innych i trzeba kombinować jak w McDonaldzie – sos czosnkowy, słodko-kwaśny czy musztardowy, a jeśli musztardowy, to czy z musztardą Dijon czy Sarepską, a jak Sarepską, to czy z bardziej czy mniej pikantną, a jak mniej pikantną, to w kolorze piaskowym czy jednak w tonacji brązowej, a jak w piaskowym, to z piaskiem czy bez piasku, i tak bez końca.

Płytki: świecące czy matowe, rektyfikowane czy kalibrowane, a do tego jaka fuga: silikonowa czy cementowa, bo jak ta pierwsza to to, a jak druga to to, a jaki kolor fugi: ciemny czy jasny, bo jasny się będzie brudził, ale ciemny nie pasuje. Całe dnie siedzenia w necie i szukania właściwych odpowiedzi. Malowanie ścian: farba tańsza i gorsza czy droższa i lepsza (jaką mam pewność?). Broszury z kolorami nijak się mają do rzeczywistości i wnętrza pomalowane cappuccino okazują się być nijakie. Byłam w szoku, gdy malarz zamalował część ściany przepięknym na obrazku kolorem i zamiast głębokiego czerwonego wina zobaczyłam wstrętny buraczkowy odcień. Ile przetestowaliśmy wspólnie puszek z farbą, by uzyskać na ścianie to, czego oczekiwałam, tylko ja wiem.

Blaty do kuchni: olejowane czy lakierowane, bo jak olejowane, to może i ładniejsze, ale mniej praktyczne, a jak lakierowane, to… Nieustanne wizyty u znajomego stolarza i testowanie warstwa oleju oraz lakieru, by natrafić na właściwy odcień. Boże, dlaczego ja tak kapryszę?

Fronty szafek: dębowe czy sosnowe, a może brzozowe; ciemniejsze czy jaśniejsze, z łuczkiem czy bez, a do tego jaki rodzaj uchwytów, bo te nie pasują, a tamte za drogie… Uchwyty tylko z Ikei,więc mąż jedzie do dużego miasta i przywozi.

Płytki do kuchni: te, które się podobają, już wycofane z produkcji, na inne trzeba czekać trzy tygodnie; a może – proponuje dizajner – cegła? Ok – zgadzam się łaskawie, bo nie mam czasu, a on mi ciągle zawraca głowę. Ale w naszym mieście odpowiedniej cegły nie ma, więc mąż wsiada w auto i jedzie do dużego miasta po cegłę. Musi być brązowa fuga rustykalna – znów mi zleca zadanie do wykonania. W pobliskiej Castoramie jest tylko: biała, kremowa, szara i grafitowa. Trzeba jechać po fugę do dużego miasta, więc mąż krzyczy, że wymyślam razem z tym dizajnerem, i zaraz nam ukróci (ciekawe co?).

Sprzęt agd. Nad rodzajem zlewu myślałam dwa miesiące. Podpytywałam, szukałam w necie, oglądałam, rysowałam paznokciem wszystkie zlewy w sklepach. Gdy wreszcie zamówiłam przez net piękny czekoladowy Franke po otwarciu pudła ujrzałam zlew w obrzydliwym brunatnym kolorze. Odesłany zlew został przez firmę kurierską złamany na pół, więc przez miesiąc dochodziłam swoich praw, drżąc na myśl, że stracę ponad 700 złotych. Udało się. Cel poszukiwań reszty sprzętu był klarowny: klasa A +++ czyli energooszczędny. Taki został zakupiony, ale czy trzy plusy będą działać, okaże się w praniu, gotowaniu, zmywaniu, pieczeniu i chłodzeniu.

Uff, kontynuować? Ktoś przez to w ogóle przebrnął? Jeśli tak, to będzie ciąg dalszy.

 

Koleżanka nauczycielka przychodzi na kawę. I mówi, że to skandal, że jest środek wakacji, a ona nie miała jeszcze w ręku rządowego podręcznika, z którego od września będzie uczyć maluchy, w tym sześciolatki. – 15 lat uczę, ale takiej sytuacji jeszcze nie miałam – narzeka znad filiżanki kawy. – W dodatku nie mam pojęcia, czy ten podręcznik będzie dobry czy kiepski, czy ja się w nim odnajdę. Nikt go z nami, nauczycielami, nie konsultował. Po co?

Uważam też – dodała znów przechylając filiżankę z kawą – że powinniśmy mieć furtkę, aby szkoła mogła wybrać sobie inne niż rządowe podręczniki.

Sprawdzam, czy to możliwe. Okazuje się, że istnieje taka możliwość, ale tylko teoretyczna, ponieważ zgodnie z rozporządzeniem MEN, zakup innego podręcznika niż ministerialnego wymaga zgody organu prowadzącego szkołę, który w takim przypadku pokrywa koszty jego zakupu.

Cytuję: „Zgodnie z zapisami ustawy wyposażenie uczniów klas I–III szkół podstawowych w podręczniki do zajęć z zakresu edukacji: polonistycznej, matematycznej, przyrodniczej i społecznej zapewnia minister właściwy do spraw oświaty i wychowania. Ustalenie innego podręcznika, niż zapewniony przez Ministra Edukacji Narodowej wymaga zgody organu prowadzącego szkołę, który w takim przypadku pokrywa koszty jego zakupu”.

– A który organ się na to zgodzi? – mówi koleżanka. – W zasadzie jesteśmy skazani na jedynie słuszny podręcznik.

Ale pytam i rodziców maluchów. Ci cieszą się, że nie będą musieli wydawać dużych pieniędzy na szkolną wyprawkę dla swojego malucha.

– Podręczniki są strasznie drogie, na książki córki do drugiej klasy gimnazjum wydałam już 340 złotych, a to jeszcze nie wszystkie pozycje. W dodatku trzy czwarte z nich kupiłam w antykwariacie. Cieszę się więc, że przynajmniej syn, tegoroczny pierwszoklasista, mnie nie zrujnuje.

Ja też już wydałam na podręczniki dla moich nastolatków 400 złotych (większość zakupiona w antykwariacie), a to dopiero początek. Mimo wszystko żałuję, że i dla nich nie ma darmowych książek, zwłaszcza, że uczą się byle jak, więc nie wiem, czy warto w nie inwestować takie horrendalne pieniądze. I czy w ogóle w większość dzieciaków warto inwestować kupując im strasznie drogie podręczniki z płytami, których nijak docenić nie potrafią, gdyż wolą posurfować po necie, gdzie przecież jest wszystko.

 

Grażyna, lat 43, uważa, że ludzie dzielą się na tych, co ,,życie rozumieją’’ i tych, co go nie znają. Dzięki tym pierwszym można jakoś przeżyć do pierwszego, bo pożyczą pieniędzy, najmą do drobnych prac we własnym ogrodzie, pozwolą płot pomalować – byle wpadło parę groszy. Ale takich ludzi jest niewielu, teraz każdy walczy o siebie. Wśród sąsiadów jednego tylko mają, co rozumie życie. Inni udają, że nie widzą biedy Grażyny.

W grudniu rok temu Grażyna przeszła operację: lekarz wycinał jej woreczek żółciowy nie wiedząc nawet, że tuż obok bije maleńkie serduszko.

Grażyna też nie wiedziała. Dopiero gdy poczuła ruchy zrozumiała, że to nie pooperacyjne powikłania, a prawdziwe życie. Modliła się, bo narkoza, antybiotyki, środki przeciwbólowe… Jeśli ma już być siódme, to chociaż niech będzie zdrowe. A teraz lekarze mówią na Kasię ,,dziecko szczęścia’’.

W szpitalu położna zapytała starszych córek, czy mama nie chce zostawić dziecka. ,,Co pani z konia spadła?’’ – tak jej odpowiedziały i teraz śmieją się z tego konia – dobrze wymyśliły! Zostawić Kasię! I ona się wychowa, choć ciężko. Siostry ją kochają, chcą wszystko przy niej robić: i 16-letnia Viola, i Angelika(14 lat), Dominika (8 lat) i Jola (6 lat). Dwóch braci też kocha siostrzyczkę, co spadła niespodziewanie z nieba – Marcel (23 lata), szuka właśnie pracy, i Patryk (20 lat). I Albert by się cieszył, ale jego dawno już nie ma. Przysypał go piach na budowie.

Odchowane już były, Grażyna myślała, że wreszcie odpocznie – a tu proszę. Przez myśl jej jednak nie przeszło, by usunąć; to nie dziecka wina, że się poczęło. I kolejne też by urodziła, ale Boże uchowaj od takiego szczęścia…

Jak nie ma pieniędzy, to Grażyna robi się nerwowa. Wszystko ją złości, przeklnie wtedy i pokrzyczy na dzieciaki. Bo chociaż nie daje się ,,bidzie’’ – jak ją swojsko nazywa – coraz trudniej utrzymać się z zasiłkowych 1200 zł miesięcznie. Każdy  kto ma choć jedno dziecko wie, ile ono kosztuje – a cóż mówić o siódemce? Lżej było jak mąż pracował, ale ostatnio ma problemy ze zdrowiem. Dobrze, że sąsiad, rozumiejący życie, pożyczy parę groszy, a mieszkająca obok babcia podrzuci coś dla gromady wnuków.

Tak Grażynie ułożyło się życie. W domu było ich tylko troje, obie siostry mają po jednym dziecku. Tylko ona jak ta królica. Ale nie narzeka na swoją dolę, bo dzieci są dobre, niekłopotliwe. Nawet mała Kasia wyczuwa chyba, że pampersów nie starcza i gdy ma zrobić kupkę, nadyma małe ciałko, czerwienieje, marudzi, byle ktoś wreszcie zauważył i podłożył kawałek papieru…

Wszystkie takie były – chwali je  matka – teraz też pomagają, w domu, w ogródku, latem przy zbiorach owoców. Wiedzą, że bieda, ale gwarno i wesoło w tych ich dwóch pokojach z kuchnią, pozapychanych rzeczami od podłogi do sufitu, pozastawianych tapczanami, z wylegującym się kotem i telewizorem na raty.

Jest prawie południe, ale dziewczyny chodzą jeszcze w pidżamach ( ,,zaraz i tak przebieramy się do szkoły, po co robić to dwa razy’’ – mówią), każda trzyma pod pachą zeszyty i kredki, próbują odrabiać lekcje. Co chwila zaglądają jednak do wózka, bo Kasia jak laleczka. Pobawić by się z nią, taką małą i kochaną… Od trosk są rodzice. Wypadałoby kupić okulary dla jednej z dziewczynek i już się robi problem nie do przeskoczenia. Jakoś to jednak będzie, są przecież ludzie, którym powodzi się jeszcze gorzej…

Krystyna od siedmiu lat pomaga jednej z takich rodzin. Anioł nie kobieta.  Przeczytała gdzieś, że potrzebujący są obok nas i niekoniecznie trzeba posyłać pieniądze do Iraku, Afganistanu czy nawet w Bieszczady. Akurat kilka przecznic dalej mieszkała samotna matka z trojgiem dzieci.

Poszła do niej, porozmawiała. Postanowiła wtedy, że dziesięć procent swoich zarobków, tę ewangeliczną dziesięcinę, będzie oddawać na ich potrzeby. Ma jednak zasadę: nigdy nie daje pieniędzy. Zapytuje, co im potrzeba, potem kupuje: najczęściej są to środki czystości oraz artykuły szkolne dla dzieci. Czasami pozwala też matce zarobić: kobieta za drobną opłatą myje jej okna, sprzątnie, wiosną pomoże na działce.

Początkowo jej własna rodzina nic nie wiedziała o postanowieniu Krystyny. Gdy wreszcie któregoś dnia powiedziała mężowi, ten osłupiał: trzysta złotych miesięcznie dla obcych? Przecież im też się nie przelewa: dzieci na studiach, trzeba pomagać. Ale Krystyna była nieugięta. Stwierdziła, że nie trzeba mieć dużo, żeby zacząć się dzielić.

Krystyna uważa, że gdyby każdy rozejrzał się wokół i choć troszeczkę pomógł uboższym od siebie, życie rodzin wielodzietnych czy tzw. nieprzystosowanych nie wyglądałoby tak dramatycznie. Jej podopieczna też nie jest idealna, lubi sobie np. wypić. Gdyby jednak nie pomoc Krystyny, ciąg alkoholowy trwałby miesiąc, a nie tydzień.

Ale są i tacy, co Krystynę krytykują. Mówią, że sprzyja patologii. I że lepiej wysłać te trzy stówy na jakąś fundację, bo ona już wie, jak podzielić kasę. Ale Krystyna też się różnych rzeczy o tych fundacjach naczytała, i znalazła się w kropce.

Krystyna zaczęła się wahać. – Jak to jest pani redaktor – mówi do mnie – chcę jako chrześcijanka pomóc i nie mogę? To jak mam to robić?

 „The Economist” napisał, że od czasów Jagiellonów Polska przeżywa swój największy rozkwit. Wielu pewnie go odczuwa, ale wielu nadal pozostaje chłopstwem przyglądającym się przez dziurkę do klucza, jak bawi się szlachta. Ta korzysta ze swoich licznych przywilejów na całego i nie widzi, że chłopstwu dzieje się krzywda.

O truskawkach i nieopłacalności ich produkcji (bardziej opłaca się ściągnąć tańszy owoc z Hiszpanii, Egiptu czy Chin) już pisałam, ale podobnie dzieje się z ziemniakami.

Idę do Lidla i chcę na „ryneczku” kupić polskie kartofelki. Znajduję, nad nimi kartka „Kraj pochodzenia: UE”. Jesteśmy w UE, więc wśród tych luzem w worku rzuconych ziemniakach, domniemywam, znajdują się i nasze rodzime, ale jak je rozróżnić? Z głupia frant pytam o to krzątającą się po sklepie pracowniczkę. Popatrzyła na mnie jak na nienormalną i wzruszyła ramionami.

Tak to jest jak chłopstwo zadaje pytania chłopstwu.

Potem idę do polskiego warzywniaka – mam coraz większego hopla na punkcie kupowania polskich produktów z kodem kreskowym zaczynającym się od 590 – i kupuję  nasze piękne ziemniaczki.

A potem rozmawiam z producentem, który mówi, że znowu państwo ich „orzyna”.

– Nasze ziemniaki, żeby można je było eksportować, muszą przejść tyle kontroli i obostrzeń, że szkoda gadać – mówi mężczyzna. – A my widzimy, że całe tiry przyjeżdżają z Hiszpanii wyładowane ichnimi ziemniakami, pakowanymi na kontenery wprost z pola. Na jakość – dziwnym trafem – nikt nie patrzy. Unia miała być wielką szansą dla polskiej wsi, ale już na samym początku zostaliśmy pozbawieni możliwości konkurowania na podobnych warunkach, bo subwencjonowanie produkcji rolnej w krajach starej UE jest wielokrotnie wyższe niż w naszym kraju. Dlatego ich towary są takie tanie, ale tym bardziej powinniśmy chronić naszą gospodarkę.

Potem rozmawiam z szefową naszej lokalnej mleczarni. Specjalność: mozarrella, zdobywają nagrody na wszystkich możliwych szczeblach. I to samo: niemiecka mozarrella Zott na przykład może mieć konserwanty, ale polski produkt musi być idealny, najlepszej jakości.

– Ile my kontroli przechodzimy, to w głowie się nie mieści – mówi prezeska. – Tamci nie muszą. Niestety, to my musimy się dostosować do reguł gry narzucanych przez markety, żeby w ogóle funkcjonować. I szkoda tylko, że wszystkie podatki nie zostają w Polsce, tylko idą na Zachód.

Czy szlachta Polski Jagiellonów tego nie widzi? Widzi. Ale ma ważniejsze rzeczy na głowie.

Ja w każdym razie, ciemne chłopstwo, nieustannie kupuję nasze polskie 590 wspomagając polską gospodarkę. Tak pojmuję obecny patriotyzm.

Ze Złotych Tarasów zjechałam wprost na truskawkowe pole. Stare dresy, nakrycie głowy, rękawiczki i do roboty, by przez dwa tygodnie zarobić te marne kilkaset polskich złotych.

Truskawki to hobby moich rodziców. Gdzie mają jakieś wolne poletko na swojej działce za miastem, tam cyklicznie, co kilka lat, sadzą truskawki. Wieczorami i na licznych imprezach mają wspólny temat z przyjaciółmi, też truskawki posiadającymi. „Czym nawoziłeś – podpytują między kieliszeczkiem a warzywną sałatką – czym podsypałeś, po ile były w zeszłym roku na skupie, a po ile będą w tym, ile biorą rwacze i dlaczego kompletnie nie opłaca się mieć truskawek”… Takie truskawkowe braterstwo.

Tyle, że przyjaciele mają truskawek i innych plantacji po kilka hektarów i do rwania zjeżdża kilkanaście osób plus Ukraińcy, a my kilkanaście rządków i zbieramy w trzy osoby. Oni po sezonie mają na czysto ponad 10-20 tysięcy, my 2,5 tysiące do podziału.

Ale rodzice są usatysfakcjonowani, że dwutygodniowego urlopu nie spędzam leżąc pimpusiem do góry lub włócząc się po Złotych Tarasach, ale pracując w polu i poznając wartość każdej ciężko zarobionej złotówki. Za to ich kocham.

W ubiegłym roku łubianka wyszypułkowanej truskawki (dwa kilo) kosztowała 4,80 zł, by dojść do 6 zł pod koniec zbierania. W tym roku zaczęło się podobnie, ale zamiast w górę, cena poszła w dół – dzisiaj płacili na przykład 4 zł. Ludzie nie chcą rwać. Ukraińcy mają motywację, gdyż w sezonie zarabiają na cały rok życia u siebie w kraju, Polacy motywacji nie mają.

– Tu kiedyś było truskawkowe zagłębie – kreśli ręką po widnokręgu właściciel skupu. – Teraz starzy powymierali, a młodym nie chce się babrać w tym interesie. W przyszłym roku zamykam skup, bo mi się nie opłaca. Odbiorcy wolą truskawki z Hiszpanii, Chin, Egiptu.

Wracam z pola brudna i zmęczona, włączam wieczorem TV i na nowo słyszę o podsłuchowej aferze. Dla mnie to żadna afera. Polityka jest brudną grą, a politycy brudnymi graczami. Nie wierzę w czyste intencje prawie żadnego z nich; ideowców, którym naprawdę leży na sercu dobro naszej Ojczyzny, mogłabym wymienić na palcach jednej ręki. Dlaczego mam więc być zdziwiona/zaskoczona/zbulwersowana/zszokowana, że prawdziwe oblicze polityków jest tak różne od tej maski, którą zakładają na co dzień? Przecież to constans.

Bardziej jestem zszokowana wypowiedziami ich kolegów, którzy – te chodzące w glorii i chwale autorytety moralne i etyczne – udają święte oburzenie, że oni to „nigdy”, że „Polska upada”, „że służby”, że ruscy, żydzi i pedały. Ich przewaga polega na tym, że nie zostali podsłuchani.

Totalny Pudelek i kompletna dziecinada, którą podsycają warszawskie media, lubujące się w tego typu bzdurach, byle podbić oglądalność i poczytność. Jako dziennikarz wiem coś o tym, niestety.

Te oburzone gadające głowy zaprosiłabym chętnie na swoje truskawkowe pole. Gdyby taki Miller z Jońskim, Kempa z Hofmanem czy Niesiołowski z Sikorskim, a Rostowski z Sienkiewiczem i Belką pozginali trochę fizycznie karku, może wywietrzałaby im z głowy cielęcina w sosie truflowym, steki z tuńczyka i gęsie wątróbki, francuskie szampany i czerwone hiszpańskie wina opłacane z naszych, moich i twoich, ciężko zarobionych pieniędzy.

To zbulwersowało mnie bardziej niż danie się podsłuchać kelnerom.

Sobota rano. Wchodzę do osiedlowego sklepiku, gdzie jest wszystko. Zaspana sąsiadka z włosami w nieładzie kupuje pięć plasterków szynki, kilka bułek, kilo bananów i dwie saszetki whiskasa dla kota. I sok jednodniowy. Płaci kartą.

Sąsiad za mną, już w kompletnym stroju cyklisty, przez komórkę umawia się na rajd rowerowy. Ja kupuję kilka gazet, od lewa do prawa. Na śniadanie jem moją ulubioną pastę z awokado (w 89 nie miałam pojęcia, co to jest) z suszonymi pomidorami (to samo) i sokiem z limonki. Czytam popijając zieloną herbatę z imbirem.

Potem przesyłam sms do męża, który wraz z synem poleciał na dwutygodniową wyprawę ornitologiczną do Walii. Ot, tak sobie, zamówiwszy wcześniej bilety na tanie linie lotnicze przez internet i tą samą drogą za nie zapłaciwszy. Po chwili wiem, że bawią się znakomicie, więc spokojna jadę na zakupy.

Szybko objeżdżam kilka pomniejszych sklepików z dobrą żywnością, bo wolę je od marketów. Ale są tacy, co je preferują – na parkingu pod galerią nie ma gdzie palca wcisnąć. Sąsiadka z dołu, bardziej eko ode mnie, po zakupy jeździ rowerem z koszykiem. Wystaje z niego pełno warzyw. Ja na obiad zrobię zupę curry z grzankami serowymi, a na drugie krewetki w sosie pomidorowym z ryżem. Potem dorobię jeszcze sałatki z kus-kus, rucoli i oliwek oraz z melona.

Po obiedzie córka siada na fejsie, a ja, wrzuciwszy gary do zmywarki, idę z koleżanką na nordic walking. W tygodniu chodzę na fitness, ale w sobotę wolę rundkę z kijkami wokół zalewu.

W międzyczasie dzwoni przyjaciółka ze stolicy, która opowiada o najnowszym barze sushi i weekendzie spędzonym w Barcelonie. Zamartwia się, bo z europejskich stolic pozostał jej do zwiedzenia jedynie Bukareszt i Kiszyniów. I dokąd tu jeździć, jak się już zwiedziło pół świata, a kasy coraz więcej, bo oboje z mężem wciąż awansują w tych swoich zachodnich korporacjach?

Umawiamy się na kawę w Złotych Tarasach, choć obie tej galerii nie lubimy, bo… nic w niej nie ma (???!!!!). Wolimy Mokotów, więc pewnie przejedziemy jej wypasionym autem do tamtejszej galerii. I pomyśleć, że 25 lat temu szczytem luksusu było dla nas zjedzenie lodów w Horteksie na rogu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej…

Muszę się tylko wykazać silną wolą, by znów mnie nie namówiła na jakieś spa z zabiegiem pod tytułem cosmelan w roli głównej… Mąż się burzy, że się budujemy, a mnie pierdoły po głowie chodzą. OK, ale frencha u kosmetyczki na pewno sobie nie odmówię…

Wracam z nordic i surfuję po necie.

Celebrytki, zamiast jak ich matki stać całymi dniami za mięsem w sklepie, albo za materiałem, by uszyć spodnie dla całej rodziny, albo za lodówką „na zapisy”, dumnie wypinają się na ściankach, nawet jak właśnie dostały Grand Prix na festiwalu w Opolu. Musi być kropka nad i. Gazety wypisują, co chcą i krytykują, kogo chcą. Artyści wyżywają się do granic własnych możliwości, pisarze promują nowe książki, geje z dumą podnoszą tęczowe głowy, zastanawiając się publicznie – a jakże by inaczej – czy nie adoptować dzieci. Podróżniczych blogów jest od groma i trochę, podobnie jak kulinarnych, modowych, erotycznych, politycznych, sportowych, motoryzacyjnych, kulturalnych i co nam się tylko wymarzy.

Mogę kupić i sprzedać wszystko, a nawet więcej, na allegro lub olx, mogę przenieść się w dowolne miejsce, czas i przestrzeń dzięki youtube i google, mogę pośmiać się na kwejku lub posiedzieć na skypie z Janet z Londynu, by poćwiczyć angielski.

Schodzę jednak na ziemię i opłacam jakieś rachunki przez net i podglądam stan konta w e-banku, jak zwykle wpadając w depresję, że znów jestem na debecie. Przy okazji wchodzę też na e-dziennik, sprawdzając oceny dzieciaków, co przypłacam kolejną depresją. Potem sprawdzam mejle usuwając upierdliwy spam, gdyż nie chciało mi się ściągnąć filtra, i ustalam godziny odjazdów pociągu do Warszawy, godząc się na wzrok Wielkiego Ciasteczka.

Biorę pilota i z 96 polskich i zagranicznych kanałów wybieram TVN. Słucham durczoków z lekkim niepokojem, ale gdy na ekranie po raz piąty w tym tygodniu pojawia się Miller Wszechwiedzący wyłączam z wściekłością dziękując jednocześnie Dorocie Kani i jej kolegom za „Resortowe dzieci”.

Pod wieczór córka idzie z koleżankami do McDonald’s, a ja wychodzę na piwo i pizzę do włoskiej knajpy, gdzie spotykam znajomych. Przysiada się kumpel, który od pół roku nie może znaleźć roboty, ale kto by tam słuchał jego smętów. A niech jedzie do roboty do Niemca!

Opowiadam, że w najbliższym czasie będę pisać o ludziach z dużych miast, którzy rzucili swoje dotychczasowe prace i założyli: jedni własny browar, drudzy ekologiczne gospodarstwo agroturystyczne, kolejni hodowlę kóz gdzieś w Bieszczadach. Mój bezrobotny kolega słucha, a potem zamawia kolejny kufel.

Wracam do domu i robię wpis na blogu, bo czuję taką potrzebę, a dopieszczanie wewnętrznego dziecka po 89. roku jest przecież sprawą priorytetową.

Potem biorę kąpiel w otoczeniu pachnących świec, przeglądając najnowszy numer Vogue po francusku. Wcieram body balm z nutą Ylang Ylang i acerolą, na skórki wokół paznokci nakładam olejek z L’Oreala, by rano były supermięciutkie. Nakładam kroplę Chanel 5.

Wmasowuję przeciwzmarszczkowy krem do twarzy, przed snem zamawiając jeszcze przy pomocy laptopa w internetowej aptece nową tubkę na poniedziałek. A, no i jeszcze kwadrans na książkę. Tym razem katuję się „Bez pożegnania” Rybałtowskiej dziękując Panu Bogu, że przyszło mi żyć w czasach, kiedy największym problemem jest utrzymanie pracy i spłata kredytu…

A w 89 wszystko było takie proste: my tu, oni tam, trójkowa lista przebojów, kartki, talony i zero pokus. Mama nakładała na siebie krople „Być może…” lub „Pani Walewskiej”, tata używał kremów do golenia Lider lub Wars, a babcia całe dnie stała w kolejkach, by kupić na kartki kiełbasę rzucaną z pobliskich zakładów mięsnych (bywało, że stałam razem z nią). W TV nic nie było, więc uczyłam się szyć, wyszywać, haftować, robić na szydełku i drutach, a w międzyczasie całe dnie latało się po podwórku wymyślając gry i zabawy. Dzieciństwo miałam więc przaśno-radosne, młodość lichą, bo w 89 roku wyjechałam do bidnej Rosji, ale już po powrocie, od 94 roku, świat przed moimi zaczął zmieniać się w zawrotnym tempie.

I tak, na szczęście, jest do dziś, cokolwiek by nie mówić o naszej nowej rzeczywistości. 

Koleżanka przesłała mi opis takiego zdarzenia. Pasuje jak ulał do mojego wpisu na tym blogu pt. Zamiast trzeciej Zosi piąta Roksana http://nonsensorka70.blog.pl/2013/04/27/zamiast-trzeciej-zosi-piata-roksana/.

Wklejam go poniżej.

„Byłam z Olą na placu zabaw w centrum miasta. 90 procent korzystających z niego to patologia, ale niegroźna. Obok mnie usiadły trzy 17-letnie mamusie z niemowlakami w wózkach (spacerowały po placu) i kobieta (około 30 lat) ze swoją matką. Młodsza nie miała z przodu zęba – jedynki, co jej nie przeszkadzało w śmianiu się od ucha do ucha i krzyczeniu na synów.

Po chwili na plac przyszła ich znajoma z synkami, też po 30-tce, waga ze 30 kilo, zero zębów w górnej szczęce, twarz sinawa, jakby obita, ubrana tanio, ale „modnie” od Chińczyków. Panie rozsiadły się wygodnie i rozpoczęły wyrafinowaną rozmowę.

Ta bez jednego zęba na przedzie spytała tę bez zębów w ogóle czy ma papierosa.

Bęzzębna: „Mam skręcanego z cygara. Teraz takie palę”.

Nadstawiłam uszu.

Jednozębna: „To poczęstuj. Ja zapomniałam wziąć, ale kupuje ostatnio takie droższe, wiesz Marlboro i LM.” Akcentując słowo „droższe” zerkała na mnie.

Bezzębna: „A czy dodajesz do tytoniu aromatu? Ja kupuję krokusa i akację”.

Jednozębna: „Spróbuj aromat mięty, jest bardzo oryginalny.”

Na to matka jednozębnej grzebiąc w torebce: „A my zafundowałyśmy sobie papierosy elektroniczne. Też z  aromatem. Starczają na wiele razy.”

Matka podała córce coś w rodzaju długiego długopisu (pierwszy raz jako niepaląca coś takiego widziałam) i obie zaczęły palić. Gdy już się nagadały o tytoniach i aromatach zmieniły temat na równie wyrafinowany.

Bezzębna (zerkając spod oka na mnie): „Dzisiaj będę robić tortellini”.

Jednozębna zainteresowała się: „O, a jak robisz?”. Bęzzębna: „Mam taką włoską maszynę. Polecam. Tylko wkładasz w dziurki, wyciskasz i wychodzi.”

Jednozębna: „Też muszę taką kupić, bo moja się zepsuła. Na allegro kupowałaś?”

Niestety, nie dowiedziałam się, gdzie można kupić maszynę do robienia tortellini, gdyż 4-letni synek jednozębnej, wizualnie kandydat na przyszłego dresiarzo-kibola, sypnął mojej Oli piachem w twarz. Ola w ryk. Jednozębna podskoczyła do syna: „Oliwier, co ty kurwa wyprawiasz?! Ile razy ci mówiłam, żebyś nie sypał piachem! W chuj nic nie rozumiesz! Idziemy do domu!”

Na to ja do jednozębnej, że nic się nie stało, że dzieci, jak to dzieci. Na to ona: „Nie, kurwa, musi się gówniarz kultury nauczyć.”

I sobie poszły całą trójcą ciągnąc za sobą czworo czy pięcioro dzieci. Swoją drogą Kowalczykowa z MOPS-u miała rację mówiąc, że ich zasiłki ta cała patologia przeznacza właśnie na takie maszyny do tortellini i papierosy elektroniczne. A może i maszynę do espresso i latte? Bo bezzębna wspominała, że wybiera się do koleżanki, która robi świetną kawę latte.

Szkoda mi było tych kobiet – przecież zębów sobie same nie wybiły… Pewnie też chciałyby żyć jak bogaci ludzie, więc tworzą wokół siebie taką fikcję. Te perfumowane papierosy, chińskie bluzki z napisem Lowe New Jork (zawsze są błędy), włosy umalowane w cały świat najtańszą farbą, imiona dzieci rodem z Dynastii: Roksana, Alan, Krystian, Gracjan. Smutne to, ale one od urodzenia są skazane na porażkę. Ich dzieci będą takie same. Jak przerwać taki zaklęty krąg? Chyba tylko sterylizacją. Brzmi to faszystowsko, ale moim zdaniem jedyne wyjście. Ludzie z lepszymi genami stosują antykoncepcję, a ci mnożą się na potęgę stwarzając zagrożenie i rujnując gospodarkę”.

 

Lepiej wybudować własny dom czy zwiedzać świat? Ja wybrałam dom i chyba żałuję. 

Zawsze chciałam zwiedzać świat. W podstawówce prowadziliśmy tzw. zeszyty zawodoznawcze. Na okładce wymalowałam wielkie litery: „geograficzka-podróżniczka”. Jakaś przytomniejsza nauczycielka zwróciła mi w końcu uwagę, że takiego zawodu nie ma. – Ty chcesz być chyba dziennikarzem lub reporterem – powiedziała.

Podróżniczą pasję realizowałam na studiach w Rosji. Były prawie za darmo. Dwie wycieczki: do Władywostoku i nad Bajkał opłaciłam ze sprzedaży, uwaga, trzech par spodni jeansowych typu Piramida. Rosjanie uznawali je za krzyk mody i dawali nieźle zarobić. A było jeszcze parę innych fantastycznych wypraw na koniec świata, na przykład za dziesięć szminek: Uzbekistan, Kaukaz, kilka razy Syberia, cała część europejska. To były czasy…

Potem zostałam dziennikarzem. Paradoks polega jednak na tym, że dziennikarz nie musi już być na miejscu zdarzenia, by potem je opisać – tak uważają redakcje i wydawnictwa. Oszczędności, bo papier już się nie sprzedaje, a internet jeszcze.

Ostatnio pisałam o właścicielce zakładu fryzjerskiego z mojego małego miasta, która z racji wykonywanego zawodu i współpracy ze znaną siecią kosmetyczną jeździ na kursy i szkolenia do Londynu i Bolonii, a także Szanghaju, Izraela, Dubaju i Singapuru. Gdybym wiedziała, że nadejdą czasy, kiedy to fryzjerzy, a nie dziennikarze będą jeździć po świecie, zostałabym fryzjerką.

Praca nie pozwala na dalsze wyprawy, to może prywatnie?

Urządziwszy już sobie piękne i przestronne mieszkanie w bloku na kameralnym osiedlu, pojechaliśmy tu i ówdzie.

Wtedy seniorzy podarowali nam działkę za miastem. – Budujcie się – powiedzieli. – Z tego zwiedzania to nic nie ma, tyle, co zdjęcia, a dom to coś stałego, w co warto zainwestować – gadali nad uchem. W końcu przekonali.

Budujemy zatem dom. Trwa to już trzeci rok i podczas gdy znajomi wrzucają na fejsa fotki z całego świata, moich kilka wycieczka po Europie jest zlokalizowanych w rozłożystym dachu, a kilka wypraw do Azji w pompie ciepła. Jestem wściekła i znajomi nie mają co liczyć na lajka.

Dom jest piękny i przynajmniej o trzy pokoje za duży. Z okien widać drzewa, krzewy i pola, i to ze wszystkich stron; myślę, że będzie mi się tam cudownie mieszkało. – Ale fajnie, że będziesz miała domek, zazdroszczę – słyszę od ludzi.

Może oni mieli takie marzenia, ja już wiem, że nie. Kolejne wycieczki po świecie zamieniam na cegły, beton, piach, styropian, farby, okna, drzwi. Worek bez dna. Usilnie staram się być optymistką.

Mąż mnie pociesza, że podróżować będziemy na emeryturze. Przytakuję, żeby się nie kłócić.

I tyle zostało z marzeń o byciu geograficzką-podróżniczką.


  • RSS