nonsensorka

blog Agnieszki Kubik (pierwszy wpis w lipcu 2012 roku)

Wpisy w kategorii: społeczeństwo

Witam, 

bardzo miło wspominam te ponad pięć lat spędzonych z Państwem :)

jeśli ktoś nadal ma ochotę czytać moje teksty, zapraszam pod nowy adres: https://nonsensorka70.wordpress.com/

Właśnie opublikowałam tam wpis pt. Lekarz woli wybudować przychodnię i trzepać prawdziwą kasę.

Poszłam do znanej restauracji w moim mieście, by zamówić catering na urodziny córki. Menadżerka położyła przede mną odręcznie napisaną kartkę z wieloma daniami, bym sobie coś wybrała. Na samej górze imię i nazwisko znanej w mieście pani doktor, właścicielki przychodni. I kwota, za którą lekarka wyprawiała sobie przyjęcie. Dla mnie te dania, niestety, okazały się za drogie (12 porcji kaczki z jabłkami 408 złotych – potem ludzie mi mówili, że to normalne ceny w cateringu…)…

Zapraszam :)

 

 

Odkąd pamiętam praca była dla mnie celem samym w sobie. Nie liczyło się nic innego jak rozwój zawodowy, podnoszenie samej sobie poprzeczki, wyszukiwanie inspiracji. Ciągle chodziłam na jakieś kursy, warsztaty, studia, uczyłam się języków. No i pisałam, a dobrze napisany tekst, który następnie ukazywał się w gazecie, sprawiał mi za każdym razem niebywałą wewnętrzną satysfakcję. To było to samo uczucie, gdy mając 17 lat gazeta wydrukowała mi mój pierwszy artykuł.

office-620822_960_720Całodzienna praca, również w weekendy (zero rodzinnych obiadów, a tu dom, dzieci, familia), nieustannie dzwoniący telefon, ciągłe nasłuchiwanie, czy w oddali nie słychać syren (wypadek, kolizja, pożar, powódź?), gapienie się w ekran TV, by nie przeoczyć jakiegoś newsa i być na bieżąco; bieganie i/lub jeżdżenie, by zebrać materiał (oddzielną książkę można by o tym napisać), obsługa imprez, proces pisania tekstów, interaktywny internet, z którego dowiadujesz się od człowieka, który cię nie zna i nigdy nie przeczytał nawet pół twojego tekstu, że – ilekolwiek serca i wysiłku byś w swoja pracę nie włożyła – i tak jesteś na dnie, a nad tobą trzy metry mułu. I tak od 20 lat.

Kiedy przeoczyłam moment, że dla innych ludzi, głównie młodszych, ale nie tylko, praca to tylko dodatek do życia?

I dlaczego to przeoczyłam?

Zostałam szefową (teraz wiem, że szefami zostają kretyni – by pracować jeszcze ciężej) i zatrudniam ludzi. Jeszcze kilka miesięcy temu myślałam, że praca w mojej gazecie to szczyt marzeń dla każdego dziennikarza. Wcale nie! Oni nie chcieli się rozwijać! Szok pierwszy. Jak można nie chcieć się rozwijać???

A może – tu wreszcie przemknęła mi błyskotliwa myśl – nikt nie chce tak ciężko harować??? I nie o żaden rozwój tu chodzi.

 Jedna osoba powiedziała, że nie ma ochoty wychodzić o północy z pracy (w środy, gdy kończymy gazetę, tyle właśnie pracuję, i to 17 lat), a w inne dni szesnasta to maks na wyjście z pracy. Bo potem ma swoje hobby i chce mieć na niego czas.

Druga powiedziała, że ona dba o swoje zdrowie psychiczne, a praca na okrągło temu nie sprzyja. Że też sama na to wcześniej nie wpadłam.

Trzecia, która robi w innej gazecie prostą obsługę imprez, na nową pracę skusić się nie chciała. Powiedziała, że jest jej dobrze, jak jest i nie chce niczego w swoim życiu zmieniać.

Kolejna uznała, że po dwóch latach pracy w gazecie w dziennikarstwie osiągnęła już wszystko i może teraz odcinać kupony wrzucając na fejsa własne zdjęcia jako lokalny celebryta.

Młodzi to w ogóle byli jak z innego świata. Etat traktowali jako coś, co należy im się na dzień dobry, a moje pytania o jakiekolwiek doświadczenie, dyspozycyjność czy mobilność traktowali jak fanaberie głupiej baby. Pojawiła się nawet dziewczyna, która pracowała w Żabce, ale uznała (po stracie tam pracy), że lepiej będzie jej w gazecie. – Pisałaś już coś – zapytałam. – Tak, w podstawówce, wypracowania – usłyszałam. – To napisz coś i przynieś – jak każdemu i jej dałam szansę. Przyniosła. Z tego akurat wypracowania dostałaby jedynkę. Chyba była zdziwiona.

A potem przyszły następne olśnienia: to oni mają rację, a nie ja!

To ja jestem pracoholiczka, czyli idealny pracownik w każdej korporacji, bo dojdę do celu po trupach, zwłaszcza po własnym. Przyjdę wcześniej niż inni, jak trzeba, a ciągle trzeba, bo w gazecie roboty się nie przerobi, zostanę po godzinach, będę pracować w weekendy nie licząc na odbiór czy finansową gratyfikację, a słowo niemożliwe dla mnie istnieć nie będzie. W dodatku od każdego będę wymagać więcej i więcej, przez pryzmat własnego pracoholizmu.

Po drugie: nie potrafię odpoczywać. Bo odpoczynek to sztuka jak każda inna, a ja nie opanowałam jej, bo nie miałam kiedy. Krótka drzemka czy leżenie na kanapie z pilotem w ręku odpoczynkiem nie jest. Nie jest???!!!! No nie jest.

Nawet w czasie wolnym od pracy zachowuję się jak automat: i tak siedzę w necie, wyszukuję newsy i tematy, które można opisać, odbieram telefony od ludzi, odpisuję na mejle, aktualizuję firmowego Facebooka. Nawet jak idę na spacer, do kina, knajpy ze znajomymi, na przejażdżkę rowerem czy do sklepu to i tak wyłuskuję, czy wszystko gra, bo jeśli nie – to opiszę! Mało tego: jako naczelna lokalnej gazety jestem rozpoznawalna, więc nawet w sklepie, u fryzjera, na basenie, w saunie czy u krawcowej, i tak ludzie dzielą się swoimi wrażeniami z życia miasta, które koniecznie powinnam poruszyć na łamach gazety!

Można więc powiedzieć, że swój zawód wykonuję non-stop.

Po trzecie nie mam czasu na własne hobby. To znaczy mam – ale nie mam, bo patrz wyżej. Bo jak mam, to i tak zachowuję się jak automat…

Reasumując, po 20 latach pracy jestem totalnie zmęczona. Jeszcze nie wypalona, bo nadal kocham dziennikarstwo, ale zmęczona.

I moje pokolenie chyba tak jeszcze ma, że praca i „samorozwój” były na pierwszym miejscu. Młodsze pokolenie ma do tego zdrowsze podejście i myślę, że najwyższy czas, by w tej akurat kwestii z mentora stać się uczniem i brać z „leniuchów” przykład.

Tylko, że ja już nie potrafię. Co mi radzicie?

Zmarł Wojciech Młynarski. Wszyscy wiemy, że miał dwie córki i syna. Ja miałam przyjemność poznać jego mamę, panią Magdalenę. To był rok 1995 lub 96, ona miała już 81 lat i przebywała w Domu Aktora Weterana w Skolimowie, gdzie realizowałam reportaż o aktorach-seniorach. Jeździłam tam wiele tygodni, przeprowadzałam wywiady z Ireną Byrską, Jerzym Blockiem, Marią Burską (pierwszą żoną Jeremiego Przybory), Ireną Górską-Damięcką, matką aktorów-bliźniaków, Kazimierzem Łabudziem i jego żoną Janisławą, Renatą Kossobudzką, ks. Kazimierzem Orzechowskim. I z nią, Magdaleną Młynarską. 

11230847_1025849804171674_358416456802603040_n

Pokoik pani Magdaleny wyglądał tak, jakby nazajutrz miała się wyprowadzić. Bardzo tęskniła za domem i bardzo przeżywała, że nie może do niego wrócić. Mnie, nieznanej osobie, wciąż opowiadała o rodzinie, o mieszkaniu, gdzie na balkonie hodowała najpiękniejsze w stolicy kwiaty. Każdy się nimi zachwycał.

Cały reportaż ukazał się w miesięczniku „Więź” w październiku 1997 roku.

O matce Wojciecha Młynarskiego pisałam tak: „(…) Nie muszę nawet pytać o nazwisko – podobieństwo jest uderzające. Matka sławnych dzieci. Przede wszystkim matka, bo żoną była zaledwie 3 lata. Mąż zmarł na gruźlicę. Czy nie chciała na nowo układać sobie życia? Miła tylko 27 lat…

- Nie, nigdy. I nie żałuję tego. Owszem, były różne zawirowania życiowe, ale mój umysł i wyobraźnia ogarniały także to, co się dzieje w takich związkach i później. Zresztą nie zapomnę nigdy jednej rzeczy. Jak syn (Wojciech) zrobił maturę, to rzucił mi się na szyję i powiedział „A tobie to dziękuję najbardziej za jedno, matuś, żeś za mąż powtórnie nie wyszła”. Więc myślę, że warto było iść przez życie w pojedynkę.

Gdy mówi o dzieciach, wilgotnieją jej oczy. Matka.

- Ja całe życie kierowałam się zasadami wiary. Bóg i modlitwa były dla mnie najważniejsze. Dlatego teraz łatwiej mi znieść pobyt tutaj, bo jest kaplica, wspaniały kapłan ksiądz Kazio Orzechowski. Jego prelekcje bardzo mi duchowo pomagają.

Jest cały czas zakłopotana, nieśmiało się uśmiecha, co chwila prosi o odpoczynek. Po jakimś czasie rozluźnia się i widać, że zwierzenia sprawiają jej przyjemność. Opowiada o młodości, mężu, muzyce, występach estradowych, o pracy w radiu, o rodzinie. I o dzieciach, wnukach i prawnukach. O domu przy jednej z ulic warszawskiego śródmieścia. O tym prawdziwym domu. Tylko, żeby dzieci się o tym nie dowiedziały, bo po co mają się denerwować. Ona nie chce nikogo martwić i sprawiać jakichkolwiek problemów. Ale czy to jej wina, że tak tęskni za domem…

- Na jesieni 1994 roku przeszłam zawał i wprost ze szpitala przewieziono mnie tutaj. Tu jest opieka lekarska, regularne posiłki, wszyscy są dla mnie dobrzy i mili, ja wiem… Ale ja cały czas nie tracę nadziei, że do domu wrócę…

Mówi teraz szybko, jakby chciała zrzucić ciężar, który ją przygniata. Twierdzi, że nie miałaby przecież żadnych wymagań. Żeby tylko znaleźć uczciwą opiekunkę, która by przychodziła na kilka godzin dziennie. Ot i wszystko. Może siostry z Wilczej…Co pani o tym sądzi? – pyta mnie nagle z nadzieją w głosie, jakby mogła jej w tej kwestii pomóc, rozwiązać ją, wstawić się za nią u rodziny. – Może za słabo się do tej pory szukało? Bo nikt nie chciał się zgłosić. Ale z drugiej strony rozumie, że byłby to kłopot dla dzieci. Córka za granicą, syn – to człowiek oddany społeczeństwu. Można więc powiedzieć, że to już nie jej syn, ale całego narodu. I w sumie za takiego syna powinna Bogu dziękować, a nie wciąż tęsknić.

- Modlę się i ufam Panu. Widać taka jest Jego wola. Zresztą ksiądz Orzechowski powiedział, że my już do innego domu zdążamy.

Czy nie czuje się trochę pokrzywdzona przez los?

- Trochę tak. Inaczej wyobrażałam sobie moje życie. Nie było mi łatwo rozstać się z moim mężem. Ale nie myślę o tym, żyję dniem dzisiejszym. Moje dzieci rekompensują mi wszystko. Strasznie się cieszę, gdy mnie tu odwiedzają. Ale one też mają swoje zajęcia, mało czasu. Ja wciąż o nich myślę i się za nie modlę.

Uśmiecha się nieśmiało, chce mi powiedzieć coś bardzo ważnego.

- Wie pani, że starych drzew się nie przesadza… Ale tego niech pani nie pisze. Po co moje dzieci mają się denerwować”.

Nie wiem, jak długo jeszcze żyła Magdalena Młynarska, w każdym razie miło było mi ją poznać. I zawsze, gdy słyszę o Wojciechu, o Agacie, Paulinie i Janie, widzę ją, starszą panią, strasznie tęskniącą za domem. 

…Nie ma jak u mamy ciepły piec cichy kąt ! 

Nie ma jak u mamy kto nie wierzy robi błąd! 

Nie ma jak u mamy cichy kąt ciepły piec! 

Nie ma jak u mamy kto nie wierzy jego rzecz! 

PS. To cudne zdjęcie pozwoliłam sobie ściągnąć z Internetu. W zasadzie to ono zainspirowało mnie to tego wspomnieniowego nieco wpisu. Ten nabzdyczony złotowłosy aniołek to Wojciech, obok jego siostrzyczka Basia. Piękna kobieta, ich matka, to Magdalena Młynarska. 

Konrad ma 31 lat i perspektywę życia pod warunkiem, co już brzmi groźnie, zebrania miliona 200 tys. złotych. Mężczyzna ma szczęście, że w ogóle jeszcze żyje – gdyby ktoś przejrzał historię jego choroby z ostatnich 13 lat, to chyba by nie uwierzył; i pecha, bo lek, która ma uratować życie nazywa się eculizumab i znajduje się na liście 10 najdroższych leków świata, a nasz NFZ go nie refunduje. W Europie nasz i rumuński, dodajmy. 

konrad foto

Mówi jego siostra: Konrad – wysportowany, pełen energii i życia, pogodny, beztroski chłopak, trenował judo i grał w piłkę. Taki był. Do momentu, kiedy to w 2003 roku zdiagnozowano u niego anemię aplastyczną. Cały świat się zawalił. To był szok. Okresowe badania, które robił jako sportowiec co pór roku wykazały, że wszystkie wartości są mocno poniżej normy. Konrad z dnia na dzień gasł. Leczenie było ciężkie, bardzo bolesne i wyczerpujące ale nie poddawał się. Walczył i tę walkę wygrał. Przynajmniej tak się wydawało… Po dwóch latach, w wyniku leczenia anemii aplastycznej tymoglobuliną (lekiem, który uratował Konradowi życie), zdiagnozowano u niego nocną napadową hemoglobinurię.  To był kolejny cios! Objawy:Hemoliza wewnątrznaczyniowa (krwinki czerwone rozpadają się atakując narządy wewnętrzne), hemoglobinuria, małopłytkowość, zakrzepy, aplazja szpiku. Znowu niewyobrażalne cierpienie. 

Lek ma przygotować Konrada, który ma już przeszczepioną wątrobę, do przeszczepu szpiku. Inaczej zdrowego i przystojnego mężczyznę czeka powolna śmierć, w dodatku w wielkim bólu, bo już teraz wyje nocami, gdy łapie go ta jego nocna napadowa hemoglobinuria.

Oczywiście w moim mieście została uruchomiona akcja, a nawet cały cykl akcji, by tę niebotyczną kwotę zebrać. W Konrada wstąpiła nadzieja, bo do tej pory nie wierzył, że skapnie mu coś z nieba. Do tej pory niebo raczej przychylne dla niego nie było – oczywiście jeśli chodzi o jego zdrowie, bo w chorobie – a i owszem.

To kolejne akcje zbierania pieniędzy na chorych. Do tej pory były to dzieci, które trzeba było ewakuować do Niemiec, bo tylko tam dr Malec, Polak zresztą, potrafił tak reperować serca, że rodzice chorych dzieci nie chcieli je powierzać polskim lekarzom w Polsce.

Zawsze myślę, nagłaśniając jako dziennikarz kolejne tego typu zbiórki ze zrozpaczonymi rodzicami w tle: ile jeszcze? Dlaczego w Anglii, podpytywałam znajomego Anglika, nikt o czymś takim nie słyszał? – Pieniądze na chore dziecko? O czym ty mówisz? Wszystko załatwia kasa chorych, czyli państwo – mówi mi Geoff. 

Stąd nośność akcji WOŚP, która, z czego jesteśmy dumni, jest typowo polskim wymysłem. Żeby starczyło na noworodki, dzieci, seniorów, itd., bo w kasie polskiego państwa jest na wszystko – na przykład na 30 limuzyn za 35 mln zł – ale nie na normalne leczenie ludzi. Opinie o dzikim kraju, o państwie bananowym, o państwie teoretycznym są jak najbardziej na miejscu.

Fundacje, które dostają najwięcej – w ubiegłym roku lider w tabeli, Fundacja Zdążyć z Pomocą, otrzymała 144 miliony, z czego, jak dobrze wiemy, kilka milionów jest przeznaczanych na reklamę, drugie tyle na wynagrodzenia – reszta, wyskubana z naszych portfeli, trafia już bezpośrednio do chorych dzieci, czyli często do lekarzy, którzy powinni leczyć za darmo, w ramach publicznej opieki zdrowotnej, na którą wszyscy łożymy. Ale tak nie jest.

Oczywiście wpłacam na Konrada i na chore dzieci, bo tak mi nakazuje sumienie. Piszę o tym jako dziennikarz, nagłaśniam, proszę.

Jeśli ktoś miałby ochotę wspomóc Konrada oraz jego rodzinę z jego straszną chorobą, podaję nr konta:

Fundacja Pomocy Społecznej ” Chodźmy Razem”, Podaruj 1% podatku.

KRS: 0000276365, Bank Zachodni WBK 1 oddział w Skierniewicach

nr konta: 72 1090 2590 0000 0001 3389 9150 – z dopiskiem ” Na leczenie Konrada Sobolewskiego”

Wiem, że każdy ma wiele osób, którym należy pomóc, trudno wybrać tę jedną czy dwie, których ostatecznie wesprzemy. Może to będzie akurat Konrad?

Ja jednak bardzo wierzę, że każda nasza pomoc wraca do nas jak bumerang. Sprawdźcie, a sami się przekonacie!

child-1835730_960_720

Matki, które nie pozwalają się widzieć dzieciom z ich własnym ojcem, powinny smażyć się w piekle.

Chodzi o te rozwiedzione, będące w separacji oraz te popier…, bo inaczej nie da się je nazwać.

Rozmawiam z różnymi ojcami, których eks wydała zakaz kontaktu z dzieckiem czy dziećmi. Będąc w podobnej sytuacji czułyby się tak samo źle, jak ci ojcowie, ale ponieważ są to małpy, odczuwają z tego tytułu jedynie satysfakcję. - Cierp ty gnido… Moje dziecko jest tylko moje i kocha mnie bardziej niż ciebie – myślą. – A jeśli tak nie jest, to zrobię wszystko, by tak było!…

Byli ojcowie są tymi najgorszymi. Gorsi są chyba tylko bezdomni z Dworca Centralnego. Małpy będą całymi dniami sączyć dzieciom do ucha, że tak właśnie jest, aż w końcu dzieci uwierzą. Małe dzieci wierzą swoim matkom. I swoim babciom, mamom swoich mam. Powoli same stają się małpami.

Jarek ma dwoje dzieci, ale już do nich nie jeździ. Jest niemile widziany. Początkowo tylko przez eks i jej mamę (te mieszkają razem), ale po kilki latach systematycznych odwiedzin wyczuł, że dzieci już za nim nie tęsknią. 10-letnia córka zaczęła pisać do niego sms-y tylko wtedy, gdy potrzebowała doładować telefon albo kupić nowy. Gdy on pytał, co słychać – milczała.

Płakał kilka tygodni z bezsilności. Ale jaki można mieć kontakt z dzieckiem, gdy eks pozwala się z nim widzieć raz na miesiąc, w pokoju obok?

Dzień wcześniej musiał przesłać sms-a, że jedzie. Gdy raz tego nie zrobił, zastał zamknięte na głucho drzwi. Spóźniać się też nie mógł, z miejscowości oddalonej o godzinę drogi, musiał być równo o godzinie 8.30. A potem siedział w aucie pod blokiem do czasu, eks napisze: możesz wejść, dzieci wstały. Zaciskał zęby i szedł.

Eks nie pozwalała na zabranie dzieci na spacer, nawet na plac zabaw pod blokiem. W największe upały wszyscy smażyli się na czwartym piętrze w bloku. -Od godziny 9 zabawa do 15 cały czas na kolanach: samochodziki, koparki, samochodziki, koparki, samochodziki, koparki, aż się małemu nudzi – mówi. -  piłkę grać nie można, bo babci przeszkadza, na spacer wyjść nie można, bo mama zabrania. Dwa tygodnie wcześniej z synkiem bawimy się, że piszczy już następnym razem słyszęTata, tak się nie bawimy, mama nie pozwala”. Tak było z każdą zabawą.

Jarek nie mógł liczyć na herbatę, nie mówiąc o obiedzie. Gdy RODZINA: mama, jej mama oraz dzieci zasiadały do stołu, on schodził do Biedronki kupić wodę i jakieś parówki. Gdy synek kładł się spać o 15, musiał jechać, choć córka jeszcze chciała z nim pobyć. Gdy był jeszcze czas, że płakała za odjeżdżającym ojcem, matka, trzaskając drzwiami za wychodzącym Jarkiem, skutecznie jej te łzy wybijała z głowy.

Z przedszkola i szkoły dzieci może odebrać tylko mama i babcia, taka informacja poszła do dyrekcji. Ojciec, gdyby nawet się pojawił, absolutnie nie może, w takiej sytuacji trzeba wezwać policję.

Raz eks pozwoliła mu wziąć małą do McDonald’s przecznicę dalej. Zapowiedziała, że jak tylko powie małej cokolwiek na nią, matkę, to nie pozwoli mu nigdy więcej zobaczyć się z dziećmi. Nawet nie miał takiego zamiaru. Rozmawiali o niczym, cały czas baczył na każde wypowiedziane słowo, a jednak i tak zabroniła.

Na komunię małej pojechał, ale stał w rogu kościoła – w końcu miejsce publiczne – i patrzył z daleka. Na komunijnym obiedzie była RODZINA: mama, babcia i braciszek. Dla taty, drugich dziadków, a także chrzestnych zabrakło miejsca.

Co miesiąc płaci alimenty. Jak bankomat.

Eks, w swojej zawiści, nawet nie wie, co odbiera dzieciom.

Nie znają rodziny Jarka, i nawet nie będą miały ochoty nigdy jej poznać. Nie pojadą z ojcem na wycieczkę rowerową, na wspólną wyprawę na ryby, na lodowisko i sanki; Jarek nie pomoże im w zadaniach szkolnych i nie będzie na ich studniówce. Swoim dzieciom jawi się jak coraz bardziej mglista postać, która wkrótce w ogóle zniknie w mrokach pamięci.

Od eks dostaje tylko sms-y: trzeba kupić aparat ortodontyczny małej, wykupić ponadobowiązkowe szczepionki, jadą na wakacje i muszą mieć dodatkowe pieniądze. – Jeśli nie dasz, idę do sądu – usłyszał, gdy raz się postawił.

Myślał o sądzie. Jego kolega wygrał podobną sprawę. – Podjeżdżał do domu, a eks darła się, że nie da dzieciaka – mówi Jarek. – Raz wezwał policję, ale syn wyrywał mu się z objęć, ryczał, krzyczał, w końcu kolega odpuścił. Ja bym chciał, żeby moja córka i mój synek sami do mnie przyszli, z radością, że idą do taty, a nie z musu, bo policja tak im każe. Wiem, że to nigdy nie nastąpi, a przepaść między nami tylko się pogłębia.

kamieniec ojciecJarek, normalny facet, jest strzępkiem człowieka. Cierpi na bezsenność i depresję. Cały czas myśli tylko o swoich dzieciach, które już nie są jego. Którym sprano mózgi, i którym wmówiono, że do szczęścia wystarcza im tylko mama z babcią. To, co mają dorośli do siebie, nie powinno mieć wpływu na relację z ich dziećmi. Dotyczy to obu rodziców.

Uważam, że takie matki powinny smażyć się w piekle, bo na ziemi nie doświadczą nigdy tych stanów, które fundują ojcom swoich dzieci. 

Jestem na Alasce, wokół lśniący śnieg, po kolana, taki jeszcze z dzieciństwa. Koło drewnianej chaty młody drwal rąbie drzewo. Chwilę patrzę, ale oto przebiega koło mnie czarny pies, spoglądam za nim. Podbiega do innego mężczyzny, wokół biegają husky. Oglądam się za siebie, śnieg, jakieś drzewa. Przystojniak dalej rąbie, ale ja wyruszam już psim zaprzęgiem na przejażdżkę! Siedzę albo stoję, nie wiem, na saniach, takich ze skórami, przede mną kilka psów, obok biegają inne. Piękne widoki, wokół błyszczący śnieg, pędzimy przez jakieś dzikie miejsca, czuję jak adrenalina rozsadza mi głowę. Najwyższy czas zdjąć gogle.

EXPO - 11TH DIMENSIONSC_0465 EXPO - HTC EXPO - INSPIRIA EXPO - SENFINO EXPO - VR VISIO EXPO -CO JEST GRANE PANEL NIERUCHOMOSCI PIOTR_BACZYNSKI RICOH - THIJS EKELSCHOT THIJS EKELSCHOT

Albo kliknąć na inny matriks. Kręci mi się w głowie, gdy spoglądam z drugiego piętra w dół, więc przewrotnie wybieram ekstremalne doznania. Może mi się uda oszukać mózg i wreszcie poszybuję jak ptak stojąc po prostu na podłodze Centrum Nauki Kopernik w Warszawie.

Na razie wybieram roller cloaster, ale rezygnuję z jazdy równie szybko jak ze skoku na bungee (Boże, kto przy zdrowych zmysłach to w ogóle robi!) i przejścia nad wąwozem. Tylko ja i lina, wystarczy jednak spojrzenie w dół, by lęk wysokości kazał znów kliknąć. Zostaję więc bobsleistką, ale wyścigi z prędkością ponad 100 km/h na torze saneczkowym dla kobiety w moim wieku to też lekka przesada.

Kraty. Jestem w amerykańskim więzieniu – wiem, że to amerykańskie, bo film jest Discovery. Poza tym są Murzyni o gabarytach Johna Coffeya z „Zielonej Mili”. Stoję z nimi twarzą w twarz, raz jestem kamerą przy suficie, raz robalem obok buta więźnia, już białego, który, widzę to wyraźnie, wyjął jakąś szpilkę i chce otworzyć kajdanki. Chwilę patrzę, jak się z nimi mocuje, ale za dużo tu testosteronu. Znów klikam.

Płynę więc gondolą w Wenecji, zwiedzam Walię i karmię gołębie na placu świętego Piotra. Ta formuła mi odpowiada. Już wiem, że na emeryturze usiądę na własnej „kanapie szczęścia”, założę gogle, które będą równie powszechne jak teraz komórki i wybiorę z półki kawałek świata, który chcę zobaczyć. Bez biur podróży, rezerwacji w hotelach, czekania na lotnisku, przelotu, zmęczenia. Za darmo. Bezpiecznie. To się dzieje.

Potem jadę rowerem mostem świętokrzyskim, a potem surfuję na desce na oceanie na Hawajach. Polska technologia nieco gorsza, więc i doznania już nie te, w sam raz dla mnie. Jest podniebna huśtawka, z której można oglądać Warszawę z lotu ptaka. Potem stoję na wieży, z której widzę stolicę w XI wieku. Bagna i lasy. Przenoszę się w kolejne stulecia, znów polska technologia, więc do doskonałości daleko, ale chłopaki się starają. Kończy się na ’44, same zgliszcza.

Oglądam pierwszy polski serial w technologii 360 st. Para nie do pary z Magdaleną Różdżką i Paweł Małaszyńskim. Odcinek dzieje się w barze, siedzę jakby na ladzie i oglądam, co się dzieje wokół mnie. Patrzę na kieliszki, browary, dokładnie widzę tablice, szyldy, każdą naklejkę na drzwiach. Nawet jakby Małaszyński rzucił chusteczkę na podłogę, to też bym ją widziała. Treść dla gimbazy, ale gdyby to był na przykład „Wołyń”, uu, można umrzeć.

Ale to wszystko zabawa, rozrywka, czasem pouczająca i ekscytująca, bo przecież pewnych rzeczy człowiek nigdy nie miał, czy nie będzie miał okazji w życiu zrobić, a czasem jak Tilt Brush, nie wiadomo, czemu służąca. WR czyli virtual reality, wirtualna rzeczywistość, staje się rzeczywistością. Na razie jesteśmy pewnie na etapie pierwszych Atari, ale dobrze pamiętamy, jak wyglądały nasze pierwsze komórki, a jak wyglądają obecnie. Ile to lat zaledwie minęło?

Zaletę VR wykorzystują już np. deweloperzy. W ziemi jeszcze dziura, ale oni już tworzą wirtualne bloki, które za chwilę wybudują, mieszkania, które ich klienci mogą już oglądać. Wyjść na balkon na przykład i zobaczyć, jaki jest widok z okna. Albo czy z pokoju do kuchni nie jest jednak za daleko. – Zastosowanie VR to przede wszystkim skrócony czas transakcji – mówi Andżelika Sokół, rzecznik prasowy HomeBroker. -Na razie działamy w ten sposób tylko na rynku wtórnym i tylko w Warszawie i Trójmieście, ale to dopiero początek.

Zakładam gogle i klikam w interesujące mnie okienko. Jestem w jakimś wypasionym domu na sprzedaż pod Warszawą. Oglądam ogród, wchodzę do pomieszczeń. Jestem na górze i na dole. Potem mieszkanie w centrum stolicy. Stoję w kuchni, oglądam wyposażenie, przechodzę do innych pokoi. Potem znów klikam.

Jak się robi taki wirtualny spacer? Można wynająć fotografa sferycznego z Google, można kupić własną kamerkę sferyczną wielkości pilota do TV, koszt około 1.300 zł dobrej marki, można wreszcie ściągnąć aplikację na własnego smartfona. I działać.

Być kimś innym, lepszym, mądrzejszym i ładniejszym; a może po prostu być kimś – to marzenie wielu. Film „Awatar” to odpowiedź na te marzenia. VR to wielka nadzieja dla osób niepełnosprawnych, o zaniżonej samoocenie, walczących z fobiami. 

W wymyślaniu sytuacji ogranicza nas tylko fantazja. Wszystko, co wymyślisz, będzie za chwilę na dotknięcie ręki.

Na VR można też zarobić. Opowiadali o tym kolejni prelegenci, m. in.: Adam Stachowski, producent wideo 360 st. i filmowiec, Marcin Wiśniewski, dyrektor w firmie i3D, będącej prekursorem technologii VR, i który VR stosuje w szkoleniach dla profesjonalistów Andrzej Horoch, prezes Grupy Workroom, który opracowywał strategię komunikacji oraz kreację reklamową dla największych deweloperów, Piotr Łój, producent filmów sferycznych wideo 360 st., organizator weekendów kreatywnych DigUp StartUp wspierających innowatorów, założyciel m. in. Fundacji Virtual Dream, Barbara Berkan, współzałożycielka Mimo VR, pierwszej na rynku polskim wyspecjalizowanej w tworzeniu treści i wdrażaniu technologii VR oraz wideo 360 st.

Jakub Ruszała założył firmę 11th Dimension, to chyba do obejrzenia jego „wirtualnego doświadczenia”, jak to nazywa, ustawiały się najdłuższe kolejki. Eksploracja obrazów Zdzisława Beksińskiego – czyż można zrobić sobie lepszą promocję?

- Pomysł zrodził się z fascynacji grami komputerowymi oraz samym Beksińskim – mówi Jakub Ruszała. – Pojechałem do Sanoka, gdzie mieści się Galeria Zdzisława Beksińskiego i zapytałem, czy są zainteresowani promocją artysty. Powiedziałem, co chciałbym zrobić. Początkowo byli lekko nieufni, ale ostatecznie się przekonali. Uzyskałem ich zgodę i mogłem zająć się „wirtualnym doświadczeniem”.

Czy ktoś był we wnętrzu obrazu, który tylko wisząc na ścianie i tak robi niesamowite wrażenie? Pan Jakub tak opracował spacer, że z drżeniem serca przechodzimy do kolejnych pomieszczeń. Gdy wchodzimy do pokoju, gdzie nad kołyską pochyla się Śmierć bez twarzy, bo w zarzuconej na głowę chustce, a wokół latają wrony, drżenie ciała trudno opanować. Powoli powoli zbliżamy się do alegorii, by równie powoli zajrzeć do wnętrza kołyski – ale tam tylko czeluść bezdenna, którą przechodzimy do kolejnego obrazu artysty. Beksiński byłby zachwycony. 

Ja VR też jestem zachwycona. 

3 i 4 listopada Warszawa stanie się europejską stolicą wirtualnej rzeczywistości. Podczas dwudniowej konferencji w Centrum Nauki Kopernik uczestnicy będą słuchali ekspertów, zapoznają się z najnowszymi trendami oraz dowiedzą się, jak może wyglądać przyszłość społeczeństw dzięki technologii VR.

54beaf81210b6kadr_o

Taką reklamę przeczytałam kilka tygodni temu w gazecie i postanowiłam w tym kongresie, jako dziennikarz, uczestniczyć. Mam już akredytację i w czwartek, 3 listopada, jadę do stolicy. Dlaczego mnie to zainteresowało? Bo mało co z VR (virtual reality) rozumiem. Ale po dwóch dniach zgłębiania wiedzy mam nadzieję wiedzieć więcej. Tą wiedzą, prostym językiem, się z Wami podzielę.

Gdyby ktoś był jednak chętny (niestety, bilety są bardzo drogie – na szczęście jako dziennikarz za akredytację nie płacę), to może jeszcze uczestniczyć w tym kongresie. Poniżej kilka oficjalnych słów na temat European VR Congress.

„European VR Congress to pierwsza konferencja w Polsce, która tak przekrojowo podchodzi do wirtualnej rzeczywistości. Kongres gościć będzie czołowych producentów sprzętu oraz twórców najbardziej innowacyjnych produkcji VR z Polski oraz z zagranicy.

Podczas prelekcji i debat prowadzonych przez zaproszonych ekspertów dowiemy się między innymi o wpływie VR na telewizję i kino. Postawione zostanie pytanie: czy media, w znanym dla nas formacie, przestaną w przyszłości istnieć? Czy relacje live w technice 360 zmienią nasze traktowanie rozrywki sportowej lub odbiór kultury. Jak VR przydaje się psychologom w leczeniu fobii i nieuleczalnych wcześniej traum. Zastanowimy się, jak VR może zmienić nasze kontakty z najbliższymi ludźmi, nasża pracę i czas wolny.

Prelegenci kongresu to eksperci, praktycy i wizjonerzy technologii. Wśród nich są Kelli Peter – International Account Director w Discovery Agency, która opowie o początkach, rozwoju i doświadczeniach w wykorzystywaniu VR przez Discovery; Marcin Łunkiewicz, który wprowadzi gości za kulisy tworzenia pierwszego serialu w 360° „Para Nie do Pary” oraz Barbara Berkan – współzałożyciel Mimo VR, która opowie, jak myśleć o VR, by przynosił finansowe korzyści. Swoje wykłady poprowadzą również: Katarzyna Jaklewicz – dyrektor Działu Rozwoju Cyfrowego Gazety Wyborczej, Paweł Surgiel – założyciel i CEO firmy BIVROST, Jakub Pędziwiatr – Prezes Lemon&Orange oraz wielu innych ekspertów o niezwykle bogatym port folio.

Równolegle do części teoretycznej odbywać się będzie expo, gdzie będzie można doświadczyć, co oznacza zanurzenie w wirtualną rzeczywistość i na co stać dziś producentów tej branży. Uczestnicy będą mogli przetestować najnowszą kamerę sferyczną Ricoh THETA S 360, a dzięki Home Broker SA i Wnętrza 3D zapoznają się z rzeczywistym wyglądem mieszkania, siedząc wygodnie w fotelu na stoisku firm.

Do przetestowania będzie też aplikacja VR Visio ‘Cadillac’ na Samsung Gear VR. Goście będą mogli również przyjrzeć się Warszawie ze specjalnej „podniebnej huśtawki”, posurfować u wybrzeży Hawajów, stanąć twarzą w twarz z gwiazdami polskiego ekranu oraz wejść do środka obrazów Beksińskiego”.

Mam nadzieję, że będzie mega.

  • 12745610_456499827874870_3503931559820886590_n
    • Wiesz, ten Szymon to jest bardzo fajny chłopak – powiedziała mi Mama jakieś 20 lat temu, gdy jeszcze pracowała na poczcie. – Stateczny, rozsądny, pracowity i bardzo wierzący – roztkliwiała się nad nowo przyjętym pracownikiem, który trafił do jej pokoju.

      Potem miałam przyjemność poznać Szymona, podobnie jak poznawałam wcześniej panią Wiesię, Marysię, Jadzię, Zosię, Hanię i inne mamine koleżanki. Rzeczywiście sympatyczny i… małomówny. Siedział za biurkiem i oddawał się monotonnej pracy, słuchając cały dzień opowieści kobitek 50+ o dzieciach, mężach, przepisach kulinarnych, dolegliwościach (kobiecych, a jakże) i o marzeniach dotyczących przejścia na emeryturę. – Wiesz, Szymon poszedł na historię – powiedziała mi któregoś dnia Mama między opowieścią o chorej pani Kazi i niedobrej córce pani Janinki. – Jadzia mi mówiła, że go to zawsze fascynowało i poszedł na zaoczne.

      Kilka lat później Mama odeszła z pracy i kontakt z koleżankami nieco się urwał, z Szymonem również. Od czasu do czasu Mama raportowała mi, co u nich słychać – na przykład Szymonowi urodziło się drugie, a potem trzecie dziecko.

      - Dobra, mogę iść – powiedziałam znudzona w redakcji w kwietniu ubiegłego roku, gdy dostałam zaproszenie z biblioteki na kolejne spotkanie autorskie. „Dziewczyny wyklęte” jakiegoś Nowaka to temat nawet fascynujący, ale tego dnia miałam w planach zupełnie coś innego. Wzięłam jednak aparat i pojechałam, służba nie drużba.

    • Szymon???? – stanęłam wryta widząc siedzącą za stolikiem „koleżankę z Mamy pracy”, bohatera wieczoru autorskiego. Uśmiechnął się skromnie od ucha do ucha i po chwili rozpoczęło się spotkanie.

      Potem pogadaliśmy.

      - Myślałem, że na poczcie doczekam emerytury – śmiał się autor „Dziewczyn wyklętych” oraz wydanych właśnie „Bitew wyklętych”. - Niestety, na poczcie nadeszły ogromne zmiany i nadszedł czas, że musiałem zdecydować: być czy mieć? Wybrałem być. Latem 2013 roku podpisałem tzw. program dobrowolnych odejść i stałem się wolnym człowiekiem. Naprawdę tak to czuję, choć początkowo był wielki niepokój, jak się to wszystko ułoży. Wiara w Boga i ufność, że Ktoś właściwie kieruje naszymi poczynaniami pozwoliła mi jednak podjąć taką właśnie decyzję.

      Znakiem z nieba miał być fakt, że jak wysłał wypowiedzenie z pracy, zadzwonił do niego ktoś z wydawnictwa Fronda, gdzie kilka lat wcześniej złożył jedną ze swoich prac.

      - Obroniłem pracę magisterską pod kierunkiem prof. Tadeusza Rawskiego, który zachęcał nas, byśmy nie pisali do szuflad, ale próbowali wydawać swoje prace – mówił. – Pomny tych rad wysłałem magisterkę do kilku wydawnictw, ale dopiero Infort Edition z Zabrza, cztery lata później, zainteresował się tematem i w 2011 roku, po dwuletnim leżakowaniu, ukazała się moja pierwsza książka „Przyczółek Czerniakowski 1944”. Z kolejnymi książkami „Puszcza Kampinoska-Jaktorów 1944” oraz „Ostatni szturm” poszło już łatwiej.

      Fronda wydała mu z kolei „Oddziały wyklętych”, „Warszawa 1944. Alternatywna historia Powstania Warszawskiego” oraz „Dziewczyny wyklęte” i „Bitwy wyklętych”.

      Szymon Nowak trafił idealnie w czas. Wyklęci, że tak brzydko powiem, są na topie i gdy zbliża się 1 marca, dzień żołnierzy wyklętych, Szymon i jemu podobni są rozrywani. Szymon z racji dwóch świeżutkich książek, z których „Dziewczyny…” odniosły niebywały sukces i właśnie są dodrukowywane, stał się ekspertem zapraszanym do TV, radia, mediów, na wieczory autorskie. Właśnie odbył taki w Warszawie, o czym jestem na gorąco informowano dzięki FB.

      Koleżanka mojej Mamy”, Szymon Nowak, który miał resztę życia spędzić na poczcie stawiając stempelki na przelewach, stał się znanym i cenionym w kraju autorem książek historycznych. Z ich pisania utrzymuje całą rodzinę, żona, z tego, co wiem, pomaga mu w reserchingu.

      Uwielbiam nieprzewidywalność naszego życia.

      Czasem trzeba mu tylko trochę pomóc.

      Szymon, trzymam za Ciebie kciuk i oczywiście z radością oddaję się lekturze Twoich książek.

Zostałam szefem redakcji. Od pół roku organizuję pracę innym, układam gazetę, redaguję teksty, wymyślam/zbieram tematy, prowadzę kolegia, na których muszę krzyczeć na ludzi, bo w przeciwnym razie połowa tekstów nigdy by nie powstała; podpisuję delegacje, dyżury i załatwiam inne formalności; piszę tony mejli i odpisuję na drugą tonę tychże; wyliczam wierszówki współpracownikom i prowadzę rozmowy kwalifikacyjne z nowymi pracownikami; odpisuję na pisma przedsądowe, bo i takie się zdarzają i przesyłam do prawników wydawnictwa; reprezentuję gazetę na zewnątrz i biorę udział w programach publicystycznych, póki co radiowych, bo telewizję to dopiero sami tworzymy. Sugeruję, jak mają wyglądać kręcone filmy wideo dotyczące problemów naszej lokalnej społeczności, bo realizator sprzęt ma wprawdzie świetny, ale wyczucie dziennikarskie już mniejsze; przypominam co chwila kolegom i koleżankom, by uzupełniali nasz serwis internetowy i jestem aktywna na FB, oczywiście jako nasz tytuł, a nie ja jako ja; co tydzień robię też z ludźmi internetową wersję gazety. Moderuję komentarze, no i wysłuchuję czytelników – osobiście i telefonicznie — a co to oznacza wie każdy, kto pracuje z ludźmi. Wracam do domu dużo później niż gdy byłam aktywnym dziennikarzem, bo redakcyjna robota nigdy się nie kończy.

Czy mi się to wszystko podoba? Wcale.

Wzięłam więc urlop, żeby to od tego wszystkiego odpocząć – i wreszcie popisać. Pomysłów mam od groma, tylko czasu na ich realizację brak.

Skończyło się tym, że kilka dni minęło bezproduktywnie na nicnierobieniu i żadnej zaległej sprawy – nie tylko dotyczącej pisania – nie załatwiłam.

No, ale jak można załatwić swoje rzeczy, skoro życie toczy się niezależnie od ciebie?

Poniedziałek z rańca – siadam przy komputerze i chcę skończyć historię rodziny, gdy słyszę za oknem psy, które ujadają jak szalone. Wychodzę, sprawdzam – dorwały jeża i się nad nim znęcają. Na szczęście jeż wlazł w norę i wystawił igły, więc wielce nieszczęśliwe psiaki musiały się swoją przygodą podzielić, ze mną. Odpędzam je, wołam, przytulam i głaszczę.

Wracam do komputera – telefon. Jeden, drugi, trzeci. Ludzie nie wiedzą przecież, że jestem na urlopie, więc wydzwaniają, jak co dzień. Kiedyś policzyłam, że przeciętnie odbieram około 30 telefonów dziennie, niemal tyle samo wykonuję. Łącznie z niedzielami, podczas których dyżuruję.

Po kilku dniach przestałam telefony odbierać, bo w praktyce wygląda to tak:

  • Ojej, jest pani na urlopie… – słyszę w słuchawce. – Przepraszam bardzo, że niepokoję, ale mam tylko jedną drobną sprawę. Poprosiłabym telefon do pana Malinowskiego…
  • Oczywiście, zaraz podam – mówię i dyktuję.
  • Bardzo pani dziękuję, miłego urlopu – wdzięczność mojego rozmówcy nie zna granic.
  • Dziękuję i do usłyszenia.

Po paru minutach znowu: – Bardzo panią redaktor przepraszam, że dzwonię raz jeszcze, ale ten numer jest nieaktualny, zgłosił się ktoś inny – rozmówca jest zdeterminowany.

  • To proszę zadzwonić do mojego kolegi, on na pewno będzie miał aktualny – mówię i dyktuję namiary do Krzyśka.
  • Oj, bardzo dziękuję i jeszcze raz życzę miłego urlopu.
  • Proszę – mówię z ulgą.

Po paru minutach znów dzwonek. — Pani redaktor, ja naprawdę bardzo przepraszam, bo wiem, że jest pani na urlopie, ale zależy mi na kontakcie do pana Malinowskiego, a pan Krzysiek mówi, że też ma ten nieaktualny. Kto może jeszcze mieć ten numer?

Podaję gościowi kolejne namiary.

Wyciszam oba telefony, służbowy i prywatny, i udaję, że mnie nie ma. Wyjechałam i umarłam, zmartwychwstanę za tydzień.

Ale oczywiście są telefony, które odebrać muszę.

Redakcyjni koledzy i koleżanki mają mnóstwo różnych spraw i zapytań. W sumie innych rzeczy też się nie da odłożyć: muszę na przykład podpisać delegacje, faktury i dyżury, bo koniec miesiąca, więc zamiast kończyć historię rodziny wsiadam w auto i pędzę do papierkowej roboty. Po godzinie wyszłam, ale uświadomiłam sobie, że nasza redakcyjna koleżanka wychodzi za mąż w sobotę, a ja znalazłam garnki, które sobie zażyczyła na ślubny prezent, muszę więc jechać do redakcji po zbiórkową kasę i popędzić maruderów, którzy jeszcze paru złotych nie zdążyli wysupłać – potem jechać po te garnki, bo za chwilę może ich nie być. Wróciłam szczęśliwie do domu, wtedy zadzwonił gość, któremu od ręki było potrzebne tłumaczenie przysięgłe, a ponieważ zepsuła mi się drukarka, znów musiałam jechać do redakcji, by wydrukować kilka dokumentów.

Tak minął poniedziałek, dzień pierwszy.

We wtorek syn nie poszedł do szkoły, bo się rozchorował. Wybiło mnie to z rytmu, bo zamiast siedzieć i pisać, donosiłam mu jak dobra mamusia gorące herbatki, aspiryny i pilnowałam, by leżał. Oczywiście co chwila wołał, że jest głodny, więc pichciłam złą jednocześnie będąc, że kwęka mi nad uchem, gdy tam historia mojej rodziny czeka na ukończenie. Co siadałam, to syn mnie odrywał, jakby się prosząc, by na nim się historia rodu zakończyła!

Środa – syn dalej chorował, ale powiedziałam: o nie! Mam w końcu urlop, o którym nawet własnej rodzicielce nie powiedziałam, bo zaraz by mi go zaprogramowała: albo zawieź mnie do magla, albo chodź umyjemy groby na cmentarzu, abo cały dzień robimy pierogi.

Tak jest za każdym razem, gdy biorę wolne, dlatego Matce o nim nie powiedziałam (później się na mnie za to obraziła, mówiąc, że czeka cały czas na mój urlop, bo mogłabym ją do magla zawieźć, pomóc groby uporządkować na cmentarzu, ulepić pierogi albo pomyć okna, bo jej koleżanki córka specjalnie bierze urlop, przyjeżdża z Warszawy i matce okna myje – taka dobra, nie to co ja! No tak, doszły jeszcze okna…).

Więc w środę też zamierzałam siąść do komputera, ale podobnie jak w poprzednie dni znów mnie coś rozproszyło – już nie pamiętam co, chyba ładna pogoda za oknem, więc jak ma się mnóstwo drzew wokół to trudno usiedzieć nad klawiaturą.

W czwartek pojechałam do Warszawy uprawiać shopping i plotting z koleżanką, która wybierała się do Paryża i musiała kupić sobie kilka fajnych rzeczy, by nie wyglądać jak prowincjuszka, a w piątek pojechałam do redakcji gasić jakiś tam pożar. Co trwało trzy godziny, więc jak wróciłam do domu, nie chciało mi się nic. W sobotę miałam wesele, a w niedzielę poprawiny. W poniedziałek, wściekła na tak spędzony urlop, wróciłam do pracy.

Wniosek? Urlop to niedorzeczny pracowniczy wymysł i tak naprawdę powinnam siedzieć całe dnie w robocie. Bo na jedno wychodzi: i tak nic z tego, co planowałam, nie zrobiłam, a moja frustracja tylko się pogłębiła.

Ale nadszedł weekend i znów miałam pisać.

Niestety, poszłam do biblioteki i wypożyczyłam trzy książki: Gottland Szczygła, Księgi Jakubowe Tokarczuk i Miedziankę Springera. Wszystko cudne. Tokarczuk pisała swoje  imponujące dzieło sześć lat. 

Wniosek numer dwa: jedni po prostu piszą, a drudzy cały czas się do tej czynności przymierzają.

PS. W sprawie ataków terrorystycznych w Paryżu jestem konsekwentna. Je ne suis pas Paris. Więcej w moim wpisie ze stycznia po ataku na Charlie Hebdo. http://nonsensorka70.blog.pl/2015/01/12/charlie-znaj-proporcje-mocium-panie/

Moja paliwowa przygoda jeszcze trwa (za kilka dni minie miesiąc od zdarzenia, o którym pisałam wcześniej), więc nie będę do niej wracać. Dość, że wykłóciłam się z Wartą i po czterech dniach bycia na lodzie bez żadnego samochodu, podstawiono mi jednak auto zastępcze, tym razem skodę rapid, i znów nówkę sztukę nieśmiganą, tylko 2.700 km przebiegu (nissan note miał 14 tys.). Dzięki temu co chwila testuję inne samochody, co szalenie mi się podoba, a moi sąsiedzi patrzą z niedowierzaniem zza firanek, bo od początku mojego zamieszkania na wsi, czyli od 2,5 miesięcy, kursowałam już czterema różnymi samochodami. Nowiutkich aut zazdroszczą mi też koledzy w pracy, ale jak zaczynają temat, to mówię, że też mogą takimi jeździć. Wystarczy podjechać na stację i…

Dobra, ale dzisiaj o czym innym. Też o systemie, przy którym branża ubezpieczeniowa to pikuś. Służba zdrowia.

Pan Edward przyszedł do redakcji z płaczem. Ma 60 lat, jest schorowany, kilka dni temu dowiedział się, że ma zwyrodnienie plamki żółtej i w ciągu kilku tygodni straci wzrok.

Oczywiście gdyby miał kasę, to wzroku by nie stracił. Jeden zastrzyk ratujący widzenie świata kosztuje 1.300 zł, i jeśli pan Edward weźmie ich około 10, to proces utraty wzroku zostanie zatrzymany.

Ale pan Edward, jak miliony innych emerytów w naszym pięknym kraju, ma niskie świadczenie, mieszka ze schorowaną żoną w małym mieszkanku, a w dodatku jest zadłużony. Jak mówi, pożyczki brał na ratowanie zdrowia swojego (cukrzyca i kilka innych nieszczęść) oraz małżonki. Dzwonił jednak do banków, mówił, że chciałby wziąć kredyt na uratowanie wzroku, ale bankowcy rzucali słuchawki, bo przecież pan Edward jest w KRD, a to rzecz święta.

Więc 60-letni pan Edward z centrum Polski, po 40 latach pracy, jest bidny jak mysz kościelna i dlatego udał się do szpitala, ze skierowaniem „pilne”, by zapisać się na ratujący wzrok darmowy zastrzyk. Został zapisany na wrzesień 2016 roku, ale uprzedzono go lojalnie, że do tego czasu  wzrok na pewno straci.

Zmartwiony poszedł do innej okulistki, prywatnie, aby mu coś poradziła. Ta dała kolejne skierowanie do jednego ze szpitali w jednym z największych miasta w Polsce, ale tam kolejka na zastrzyk była podobna.

Pan Edward zdziwił się, bo przecież to był marzec, a nie listopad, w którym to miesiącu brak punktów z NFZ jest normą. Odesłano dziada tam, gdzie jego miejsce, ale nie chcący pogodzić się z utratą wzroku emeryt poszedł na skargę do NFZ właśnie. Fundusz go wysłuchał, pokiwał głową i wręczył listę wszystkich szpitali w Polsce, gdzie są wykonywane zastrzyki mające na celu powstrzymanie procesu zwyrodnienia plamki żółtej. Z otuchą, która wstąpiła w jego serce, usiadł pan Edward z żoną do telefonu i obdzwonili wspólnie kilkadziesiąt placówek. Po paru godzinach było jasne: pan Edward straci jednak wzrok w centrum nowoczesnego kraju, w XXI wieku, gdzie hu, du i kamieni ku tak naprawdę, bo jak inaczej nazwać to, co się dzieje w służbie zdrowia.

Spłakał się pa Edward i przyszedł do redakcji. Ponieważ trafił na mnie, postanowiłam, że ten starszy człowiek nie straci jednak oczu. Bo nie może tak być, że to kasa rządzi światem, i że jak wyłoży ponad 10 tys. zł z własnej kieszeni, to będzie widział, a jak nie, to nie.

Zadzwoniłam do NFZ z tego dużego miasta i wyłożyłam, co i jak. Rzeczniczka, z którą często współpracuję, najpierw zaczęła przesyłać mi mejlowo różne przepisy i przypisy, sugerujące, że w naszym lokalnym szpitalu dochodzi do nieprawidłowości, skoro kolejka oczekujących na zastrzyk kończy się we wrześniu 2016 roku.

Gdy przekonała się, że wszystko gra, i że to standard, zaczęła korzystać ze swoich informacji, które są niewiarygodne, co dawno jej udowodniłam, ale trudno tej kobiecie uwierzyć, że system, któremu rzecznikuje, jest do du. – Szpitale przesyłają nam informacje, gdzie są wolne miejsca na konkretne zabiegi, więc widzę, że na zastrzyk można zapisać się od ręki do szpitala takiego to a takiego – napisała, a szczęśliwy pan Edward od razu rzucił się do słuchawki. Oczywiście znów skucha. Wolne miejsca to są do wiadomości NFZ, ale nie dla pacjenta.

Pani rzecznik, trzeba jej oddać, to wrażliwa kobieta, bo powiedziała mi prywatnie, że spać nie może po nocach, tylko myśli, jak pomóc panu Edwardowi (!?).

Co mogłam zrobić? Opisałam historię pana Edwarda, nie pierwszą i nie ostatnią tego typu na naszym łez padole. Po artykule odezwał się dyrektor jednego ze szpitali sieci bonifratrów i zaprosił pana Edwarda na konsultacje, podkreślając, że nie zagwarantuje mu, iż otrzyma od razu zastrzyk, bo jeśli miałby wejść z marszu, to ktoś z kolejki wypadnie. Jakiś pan Henio na przykład, który do redakcji nie przyszedł. A tak nie można, to nieludzkie.

Pan Edward pojechał do dużego miasta i badania przeszedł. Przywitano go jak bohatera prasowego, a pani sekretarka uśmiechając się mówiła „A to ten pan, co tak narozrabiał”…

Teraz czekamy wspólnie na kolejną konsultację, gdyż szpital chce porównać oba wyniki i stwierdzić, z jaką szybkością zwyrodnienie postępuje. Jeśli piorunująco, to jakiś pan Henio jednak wypadnie. Konsultacje są w połowie maja.

Pan Edward ma nadzieję, że będzie jeszcze widział.


  • RSS