nonsensorka

blog Agnieszki Kubik (pierwszy wpis w lipcu 2012 roku)

Mam dwie koleżanki, których realizacja jako żon i matek jest całkowicie różna. Ewa wychowuje czwórkę dzieci w wieku od 3 miesięcy do 5 lat, i to wychowuje sama, bez jakiejkolwiek pomocy ze strony babć, cioć i nianiek. Po studiach wyższych świadomie zrezygnowała z dość dobrze płatnej pracy na rzecz bycia przede wszystkim żoną i matką. Od rana do wieczora wykonuje te same, dość monotonne zajęcia związane z wychowaniem małych bobasów, a gdy czasem poskarży się wieczorem mężówi, że nie ma już do nich siły, ten odpowiada żartem, że ma na to dobre antidotum – kolejne dziecko. Ewa nie przepracowała zawodowo w swoim 30-letnim życiu ani godziny, nie ma więc co liczyć na żadne świadczenia ze strony  państwa czy na godziwą emeryturę. Nie wie nawet jak za swoje – w końcu dobrowolne poświęcenie (choć ona tak by tego nie określiła) – ,,odpłacą’’ jej w przyszłości dzieci. Ale Ewa nie narzeka, za co ją bardzo cenię.

Monika jest inna – dla niej najważniejsze są pieniądze. Systematycznie budowała swoją karierę, by po pięciu latach zająć wysoką – jak na kobietę (pracuje obecnie z samymi mężczyznami) – pozycję w ogromnym zagranicznym koncernie. Gdy już pobudowali z mężem wymarzony dom, zjeździli pół Europy i zaczęli się trochę nudzić, zdecydowali się na dziecko. Od samego początku wszystko zostało dokładnie zaplanowane: szybki powrót do pracy (po dwóch miesiącach urlopu macierzyńskiego), nianio-gosposia do całodziennej pomocy,  tryb życia w zasadzie taki sam jak przed urodzeniem dziecka.

Która z nich wybrała właściwy model bycia żoną i matką? Nasza tradycja i przyzwyczajenie podpowiadają, że to Ewa postawiła się na wysokości zadania, a biednej Monice jeszcze się ,,noga poślizgnie’’, a życie ,,nauczy rozumu’’. Ale czy tak rzeczywiście jest? W zachowaniu swoich znajomych wychowywanych zarówno przez nianie, jak i przez mamy, nie widzę jakiejś zasadniczej różnicy. Powiem więcej: matki, które – jakby nie było kosztem dziecka – zrobiły tzw. karierę zawodową są przez owo dziecko bardziej szanowane aniżeli matki, będące gospodyniami domowymi, co to z ,,obiadkiem zawsze na czas’’ i ,,wszystko dla dobra dzieci’’. Te robiące karierę mają więcej pieniędzy, mogą więc zapewnić swojej latorośli lepszy start w dorosłe życie, mogą częściej organizować wyjazdy i podróże, tak przecież kształcące itd. Naprawdę, nie wiem, który model bycia matką jest lepszy. Myślę, że najważniejszy jest fakt, że obie moje koleżanki dobrze czują się w swoich rolach, a ich mężowie uważają je za najwspanialsze żony na świecie.

Wiadomo, że permanentnie rozkoszne maluchy zdarzają się tylko w reklamach, podczas gdy te prawdziwe dają rodzicom w kość na każdym niemal kroku.

Wymagają całodobowej czujności, domagają się pieszczot, bycia w centrum uwagi, a także wymyślania przez rodziców atrakcyjnych zabaw. Są przy tym często nieznośne, bo płaczą, krzyczą, spazmują bądź ignorują polecenia. Jako matka osobiście wychowująca dwójkę dzieci coś o tym wiem. Czasami mam chęć rzucić w ich stronę ,,idźcie w cho…’’, ale powstrzymuję się, bo zdaję sobie sprawę, że za kilka lat mogą odpowiedzieć mi tym samym.

Chodząc na spacery obserwuję jednak inne mamy, bynajmniej nie folgujące swojej wściekłości, gdy dziecko zaczyna taplać się w kałuży w nowych spodenkach czy jedząc śliwkę brudzi sobie koszulkę. Ostatnio byłam świadkiem takiej oto reprymendy, udzielanej synkowi przez jego bojową mamuśkę: ,,Wojtek, ku…, zobacz jak się cały zachlapałeś, ty ,,śfynio’’ jedna, smoluchu ty… Cała morda brudna, włosy upieprzone, jak ty wyglądasz!’’.

Synek, wcale nie speszony krzykami, dalej jeździł po rozległej kałuży z dumą prezentując akrobatyczne umiejętności – co potrafili docenić jedynie jego koledzy stojący obok.

Przechodząc pod pewnym blokiem usłyszałam z kolei donośne odgłosy (lato, balkony pootwierane, wszystko słychać) walki staczanej przez dziadków z wnuczkiem, nie chcącym jeść obiadku. ,,Otworzysz wreszcie ten pysk, czy nie? – darła się babcia w rytm płaczu dziecka. – Namęczyłam się, ugotowałam, a ty co? Tylko wróci ojciec, to ci tak, ku…, dokopie, że popamiętasz!’’.

Inny obrazek: dwie dziewczynki bujały się na huśtawce, ich opiekunka siedziała na ławce i rozmawiała ze znajomą. Dzieci co chwila prosiły, by ich rozbujać, bo same nie mogły. Ciocia ignorowała ich wołania, w końcu za którymś razem nie wytrzymała i z krzykiem na ustach ,, Do ku… nędzy, nawet pogadać nie można’’, poszła wreszcie spełnić ich życzenie.

Dzieci szybko uczą się brzydkich wyrażeń, szybko też przyswajają niewłaściwe zachowania. Wystarczy, że mój synek pobawi się w piaskownicy z innymi dziećmi, by zaskoczyć mnie później powiedzonkami typu ,,Nie pękaj, kobieto’’, a znajomej cioci rzucić od niechcenia ,,jesteś brzydka jak mięso z piekarnika’’ (skąd ten piekarnik?). Od czasu do czasu oznajmia mi również, że jest ,,wkulwiony’’.

Samo słowo ,,ku…’’ jest tak przez dzieci znane i wyeksploatowane, że nie wzbudza już nawet sensacji. Koleżanka opowiadała mi, że jej synek miał kłopoty z wymawianiem litery ,,r’’. Mówił ,,lowel’’ i ,,cytlyna’’, natomiast ,,ku…’’ wypowiadał z nadzwyczaj nienagannym ,,r’’.

- ,,Kto cię tak nauczył? – pytała synka koleżanka.

- ,,Piotluś’’ – odpowiadał rezolutnie maluch.

Ostatnio nic mi nie smakuje. No bo na przykład taka śmietana – choć termin przydatności do spożycia upływa dopiero za kilka dni, po przyniesieniu do domu okazuje się jakaś zważona. Po fachowym dodaniu do zupy (według wskazówek ,,Kuchni Polskiej’’, a jakże!), ta, zamiast się apetycznie zabielić, zrobiła się kaszkowata, a na powierzchnię zaczęły wypływać chrupki. Czy tak powinna się zachowywać prawdziwa śmietana?

Przyniesiony ze sklepu ser twarogowy (pomijam nazwę producenta, choć całkiem bliski) jest po prostu nieświeży. Czuję kwaskowy zapach, mimo, iż miła sprzedawczyni zapewniała, że rano była dostawa. Szkoda mi go wyrzucić, więc po wymieszaniu z wątpliwej jakości śmietaną po prostu go zjadam, czego – niestety – po kilku godzinach mocno żałuję.

Kolejny problem to pieczywo. Jest zwyczajnie niesmaczne. Jeśli z rana nie uda mi się kupić chleba od pana K., to inny rośnie mi po prostu w gardle. Mały, źle wypieczony, gliniasty, nadaje się jedynie na grzanki lub tosty, których przecież nie można jeść bez końca. Mleko – to w foli lubi się zwarzyć podczas gotowania, to z kartonu – czasami pachnie jakimś proszkiem. Poza tym widnieje na nim enigmatycznie sprecyzowane ostrzeżenie: po otwarciu przechowywać nie dłużej niż 12 ( w innych 24) godzin w warunkach chłodniczych. Co się z nim dzieje po tym czasie? Wyobrażam sobie całe roje bakterii, które po dobie pływania w otwartym mleku mnożą się w zastraszającym tempie i tylko czatują na mój delikatny żołądek.

Jaja – tych ze sklepu nie da się jeść. Używam ich jedynie do naleśników, placków, past itd,., natomiast do ugotowania na miękko czy na jajecznicę po prostu się nie nadają. Takie jajko musi mieć delikatny zapach i niebiaski smak – tylko taki, jaki może mieć jajko prosto od kury karmionej dobrym ziarnem, a nie sztucznymi paszami czy mączką kostną powstałą ze zmielonych kości padłych zwierząt.

Wędliny. Hm, temat- morze. Wszystkie mają dla mnie ten sam papierowy smak, zwłaszcza po jednym dniu leżenia w lodówce. Szybko robią się albo obślizgłe albo suche i pomarszczone. W dodatku gdy znajomy masarz opowiadał mi, ile sztuczności trzeba zastosować, by taka wędlina powstała, moja ochota na jej konsumpcję zmalała do zera.

Dalej – warzywa i owoce. Mając przykre doświadczenia, jak ognia wystrzegam się wszystkich sklepowych nowalijek. Bo jaką mam pewność, że pięknie wyglądająca sałata nie została wyhodowana przy jakiejś ruchliwej drodze ( mając na te rzeczy wyczulone oko, nie raz widziałam takie ,,uprawy’’)? Bo w to, że została naszpikowana sztucznymi nawozami, nie śmiem nawet wątpić. To samo dotyczy młodej włoszczyzny, ziemniaków, kalafiorów, fasolki, groszku itd. W kręgu moich podejrzeń są również wszelkiego rodzaju mrożonki. Mam podstawy by sądzić, że plantatorzy uprawiający duże połacie warzyw czy owoców na sprzedaż – w pogoni za zyskiem – nie zawsze przestrzegają okresów nawożeń i tzw. karencji. Sama takich znam. Bo przecież to nie oni będą jeść te truskawki czy pomidory.

Dlaczego prawie wszystko wzbudza ostatnio moją nieufność? Czy tylko ja mam takie ,,szczęście’’, że większość produktów zakupionych w naszych sklepach wydaje mi się albo nieświeża, albo nafaszerowana chemikaliami (konserwantami, utrwalaczami, wzmacniaczami, syntetycznymi barwnikami, stabilizatorami i innymi E-ami), albo zwyczajnie niesmaczna? Może jestem przewrażliwiona po ostatnich aferach z dioksynami, wołowiną od wściekłych krów, podejrzaną produkcją żelatyny, pleśnią w butelkach po napojach na bazie wody z ,,krystalicznie czystych źródeł’’ itd.?

Ale z drugiej strony dlaczego np. pomidory ze sklepu i te z ekologicznej działki moich rodziców to warzywa mające zupełnie inny smak? Przecież i to czerwone, i to czerwone, to ma skórkę, i to też -  tyle, że miąższ, zapach, nie wspominając już o smaku różnią się jakby obydwa pochodziły z innej planety. Dlaczego ,,barszcz stawiany’’ ze sklepu i ten robiony przez moją babcię w glinianym garnuszku na prawdziwej żytniej mące to dwa różne barszcze? Dlaczego rosół ugotowany na kurzych sklepowych zwłokach i na drobiu kupionym od zaufanej kobiety z rynku – to inne zapachy unoszące się nad talerzem? Dlaczego wreszcie nasi wciąż niezadowoleni z braku popytu na ich towary rolnicy nie nastawią się – wzorem np. Węgrów, którzy wyczuli, czym mogą zaimponować konsumentom z Unii – na gospodarstwa ekologiczne?

Pytania i przykłady można by mnożyć w nieskończoność. A może nic mi ostatnio nie smakuje, bo jestem w stanie odmiennym? Ale moja 75-letnia babcia na pewno w takim stanie nie jest, a też jej nic nie smakuje. Z rozrzewnieniem wspomina czasy swojej młodości i smak różnych potraw – gdy szło się w pole z pajdą chleba polaną prawdziwą śmietaną i posypaną cukrem czy posmarowaną gęsim smalcem ze skwarkami.

Dlatego idziemy czasem z babcią do sklepu mięsnego państwa K. (słynącego z jakości swoich wyrobów) i kupujemy zwykłą kaszankę lub kawałek ,,czarnego’’ z wielkimi okami słoniny w środku – i robimy sobie ucztę w domu przy dobrej herbacie (bo taką jeszcze można spotkać). Obie mamy tę satysfakcję, że przynajmniej ten niezdrowy ,,czarny’’ ma smak ,,czarnego’’, a kaszanka – kaszanki. A, że cholesterol rośnie? I tak niedługo ma być koniec świata.

Czy w ciągu jednego dnia dziecko może doprowadzić matkę do kilkukrotnych ataków furii? Odpowiedź wydaje się zbędna – oczywiście, że tak.

Oto spis przewinień, którymi kilka dni temu mój niespełna 4-letni synek uszczęśliwiał mnie co chwila: 1. przy śniadaniu, bijąc się o każdą kromkę chleba z siostrą, wylał w końcu na siebie kubek kakao, obryzgując przy okazji ścianę, lodówkę i szafkę, 2. zrzucił z balkonu moje spodnie oraz pilot od telewizora,

3. schował się do łazienki i pomalował sobie lakierem paznokcie, 4. bawiąc się w ,,zmywanie naczyń’’ zalał sobie ubranie, 5. gdy robił w toalecie kupę, rozwinął – z nudów chyba – cały papier toaletowy, 6. na spacerze zjeżdżał ze zjeżdżalni tyłem (co ma zabronione) i skaleczył się w rękę, krzyku było co niemiara, 7. gdy mu trochę przeszło, znowu na balkonie strzelał z karabinu na wodę do 4-letniej sąsiadki, która się popłakała, 8. potem, na tymże balkonie piszczał co sił w płucach, 9. po obiedzie wziął z łazienki maszynkę do golenia i zaciął się w wargę, gdyż ,,golił sobie wąsy’’; podczas silnego płaczu zaczęła mu lecieć krew z nosa, więc krwawił jednocześnie z dwóch miejsc, 10. skręcił sobie na działce nogę, buczał i chlipał do momentu, aż poszedł spać. O takich drobnostkach jak walnięcie się głową w drzwi, których nie zauważył, upuszczeniu mojego aparatu fotograficznego na podłogę czy przemyceniu w kieszeni ślimaków ze spaceru i rozpuszczeniu ich po mieszkaniu nawet nie wspomnę, bo można pomyśleć, że fantazjuję.

A potem, już wieczorem, wraca z pracy mąż, który potrafi zapytać: ,,Co robiłaś przez cały dzień, kochanie?’’ Sama natura pytania sugeruje podejrzenie, że żona wstała o dwunastej w południe i spędziła ten dzień leżąc na kanapie i przeglądając kolorowe pisma! A to jeszcze przecież nie koniec krzątaniny –w zlewie czeka po kolacji stos naczyń, które wypadałoby pozmywać, dzieci trzeba wykąpać, wymyć im ząbki, założyć pieluchy, ubrać w pidżamki, poczytać bajeczkę i przynieść soczku, bo chce im się pić.

Po tak ,,bezrobotnie’’ spędzonym dniu marzenia senne, jeśli w ogóle są, nadal wirują wokół dziecięcych potrzeb, a  noc wydaje się o kilka godzin za krótka.

I tylko babcie wiedzą to, czego my, młode mamy, nie chcemy za bardzo przyjąć do wiadomości: że czas spędzony z małymi dziećmi to jeden z najpiękniejszych okresów naszego życia.

Piękny letni dzień. Przechodzi koło mnie dwóch – na oko – piętnastolatków.

-         Muszę, kur…, oddać Krzyśkowi kompa…

-         Pier… go, nie musisz…

-         Co pier….? To on mi przypier.., muszę.

-         Nic, kur…, nie musisz…

-         Muszę, kur…, muszę…

Piękny, letni wieczór. Okna i balkony pootwierane, pod balkonami nieszczęsne ławeczki. Na ławeczkach młodzież, chłopcy i dwie dziewczyny. Brzękają butelki, wesoło – że aż niesie na drugi koniec osiedla.

-    I kur…, ja mu mówię…

-         A co ty, kur…, możesz mu mówić? Pier… go, cieniasie jeden!

To ,,kur…’’ i ,,pier…’’ jest tak soczyste, że można je nożem kroić. Zamykam balkon. Zresztą co i rusz słyszę, że sąsiedzi – zamiast zwrócić uwagę – zamykają okna, ,,bo z takimi nie warto zaczynać’’. Rzucą kamieniem lub porysują samochód stojący pod blokiem. Albo spluną pod nogi w biały dzień – tak, jak przydarzyło się pani Barbarze z bloku obok. Gdy poszła na skargę do ojca chłopaka, usłyszała: ,,On ma już 18 lat, co ja mogę zrobić…’’

- Jestem schorowana, po dwóch zawałach, o 10 wieczorem powinnam być już w łóżku – opowiada Jadwiga. – Przy ich krzykach nie mogę zmrużyć oka do późna w nocy. Potem w ogóle nie mogę zasnąć i rano jestem do niczego…

- A ja mam malutkie dziecko. Jak tylko Piotruś usłyszy głośny krzyk, to zaraz budzi się i płacze – mówi jej sąsiadka, Iwona M. – Zamykam okna, ale wtedy nie ma czym oddychać… Ale czy oni to rozumieją?

Marianna B. wspomina, że dawniej było inaczej. – 30 lat mieszkam na tym osiedlu, ale to, co teraz dzieje się pod blokami, to przechodzi ludzkie pojęcie – mówi. – Dawniej młodzież, zamiast się szwendać, w czynie społecznym zbierała śmieci. Czy teraz ktoś z młodych podniesie papierek z ziemi? A i spółdzielnia też bardziej dbała o nasze interesy: gdy teraz poszliśmy z prośbą o interwencję, powiedzieli nam, że lato niedługo się skończy, a wraz z nim i nasze nocne kłopoty… To znaczy, że tylko zimą mogę spokojnie spać? – pyta retorycznie pani Marianna.

Kolesie: Jurek, Andrzej, Leszek i reszta wybrali się w którąś niedzielę na spływ pontonami rzeką. Piękna pogoda, dzika rzeka, tylko wiosła w dłoń – i przed siebie.

- Po jakimś czasie dołączyła do nas grupa młodych kajakarzy, chłopaki i dziewczyny – opowiada Leszek. – Jestem pewien, że przez najbliższy tydzień nie przepłynie tą trasą żadna ryba i nie przyleci żaden ptak, a decybele na rondzie w centrum miasta to nic w porównaniu z kilkugodzinnym darciem się tych ludzi. I nic, tylko ,,kur…’’ i ,,pier….’’. Zmęczyliśmy się nie wiosłowaniem, ale ich zachowaniem – mówi zbulwersowany.

Po wysłuchaniu żali na zalewające nas zewsząd chamstwo, postanowiłam przejść się do kina. Grali znowu ,,Dzień świra’’. ,,Ukulturnię się ja i wszyscy wokół’’ – pomyślałam, widząc pełną salę ludzi.

Scena pierwsza: Kondrat vel Miauczyński leży na łóżku i myśli.

-         ,,Kur…, ja pier…’’ – tak myśli Miauczyński. I nie tylko myśli, ale nawet co chwila przeklina, i to tak soczyście, że chłopaki pod blokiem i na rzece niech się schowają.

Życie, życie jest nowelą? Sama już nie wiem.

Naszym dzieciom chcielibyśmy nieba przychylić, tyle, że nie zawsze jest to niebo, a jedynie nasze wyobrażenie o nim.

Codziennie kąpiemy więc nasze dzieci w różowych wanienkach z dodatkiem ,,specjalnego’’ płynu o odpowiednim pH, maścimy je później rozkosznymi olejkami, pupcie smarujemy pachnącymi kremikami, a uszka czyścimy specjalnymi wacikami. Owijamy w sterylne pampersy, zakładamy świeże pidżamki i wkładamy do czyściutkich łóżeczek. Do jedzenia dajemy najlepsze, naszym zdaniem, jogurciki, serki, danonki i monte, a także świeże bułeczki, soczki i musujące witaminy. Nie pozwalamy się im stykać ze zwierzętami, a zabawa w przyblokowych piaskownicach, tych siedliskach zarazków i bakterii, jawi nam się koszmarnym snem. Szorujemy zabawki, myjemy im co chwila rączki i szybko wyrzucamy do kosza ciasteczko, które upadnie na podłogę. Odkurzamy mieszkania, ścieramy kurze z półek, trzepiemy kolekcje pluszowatych, wietrzymy pokoje oraz pościel na balkonie. A potem okazuje się, że nasze dziecko jest…alergikiem. –Skąd alergia? – pytamy retorycznie pana w białym kitlu. – Przecież nikt w rodzinie nie jest uczuleniowcem .

- Ano właśnie stąd: zbyt sterylne warunki oraz niewłaściwe odżywianie – tłumaczy nam doktor, który jako pierwszy, po wielu innych, poznał się na dolegliwościach naszego dziecka.

Lekarz pracuje w Centrum Zdrowia Dziecka w Międzylesiu i spotyka się z wieloma nietypowymi przypadkami. Na przykład takimi, że coraz częściej chłopcom sączy się mleko z sutków, mocz oddają z krwią albo cierpią na dziwne bóle brzuszków. Okazuje się, że mają za dużo żeńskiego hormonu – estrogenu. Skąd estrogen w ich organizmach? Światowe i znane nam skądinąd koncerny produkujące nabiał dodają go do pasz, by krowy były bardziej mleczne… Poza tym czego jeszcze nie ma w ich popularnych produktach: środki grzybobójcze, różne ulepszaczy, poprawiacze i konserwanty – nawet, jeśli zaznaczają, że ich nie ma. Lepiej więc – radził nam doktor – kupować produkty z mniejszych mleczarni, z przysłowiowej Koziej Wólki czy swojskich Skierniewic, bo te nie mają pieniędzy (i dobrych prawników) na stosowanie tylu ,,wspaniałości’’. A dzieciom podawać proste jedzenie: ziemniaki, kaszę, ryż, mleko, mięso (wątróbkę!), warzywa. Na pewno nie zaszkodzi.

Nie przesadzać z czystością –tłumaczył też doktor -  jakoś tak się składa, że alergicy wywodzą się z zamożniejszych warstw, a nie uświadczy się ich u biednych Cyganów. Zbyt częste kąpiele zmywają naturalną barierę ochronną przed bakteriami i zarazkami. Dziecku powinno się tylko umyć buzię, ręce, zęby i pupę, a ,,nawet jak się go położy nie umytego, to tylko wyjdzie mu to na zdrowie’’. Podczas zabawy pozwolić mu się ubrudzić, wszak nie od dziś wiadomo, że dziecko jest albo czyste, albo szczęśliwe. Pozwalać na zabawę ze zwierzętami, z innymi, nawet podziębionymi dziećmi, oraz nie przesadzać z codziennymi porządkami, zwłaszcza z zastosowaniem chemicznych środków czystości. Ale uwaga – jak najczęściej wietrzyć mieszkanie oraz pościel (nie z pierza!), spać przy lekko uchylonym lufciku, wychodzić z dzieciakami na dwór przy każdej pogodzie. Słowem: nic nowego pod słońcem, powrót do natury.

Dopiero jednak lekarz właściwie postawioną diagnozą przekonał mnie o czymś,  o czym moja babcia gderała mi codziennie: że ,,za jej czasów nikt tak się dziećmi nie przejmował, a mimo to nie chorowały i rosły jak te dęby’’. Babcie znowu mają rację.

Dzieci bardzo lubią zwierzęta, o ile niewiele muszą przy nich robić. Moje też chciały mieć wreszcie coś, z czym można podzielić się kanapką lub pociągnąć za ogon. Rybki w stulitrowym akwarium taty przestały im wystarczać.  Rozumiałam je doskonale, bo też nie lubię oglądać skalarowych godów z odległości metra od szyby – bliższy kontakt groził krzykiem, że nie wolno straszyć rybek. Drogą eliminacji doszłam jednak do wniosku, że w naszym małym mieszkaniu mogę pozwolić sobie jedynie na obecność mrówek faraonek – reszta przedstawicieli świata flory wymaga zbyt licznych zabiegów.

Od czego są jednak babcie, tylko czekające na spełnienie każdego życzenia ukochanych wnuków, zwłaszcza, gdy ich cała ofiarność kończy się z chwilą oddania prezentu w małe rączki?

Dzieci dostały więc żółwika. Mama mojego męża (zwana brzydko teściową) przywiozła to zwierzątko, pozachwycała się nim i pojechała, a ja zostałam z czymś skorupiastym, merdającym ogonkiem i o pyszczku wielkości ziarna grochu. Byłam wściekła. Dzieciaki natomiast tak ucieszyły się z żyjątka, że jeszcze chwila, a zostałoby z niego ,,martwiątko’’ – uratować go mogło tylko odosobnienie. Uradowany mąż (gdyby żółwika przywiozła jego teściowa, pewnie nie byłby w tak dobrym humorze) szybko stworzył mu komfortowe terrarium ze słoneczkiem zrobionym ze starej lampki. Żółwikowi się spodobało, dostał małpiego rozumu i przez jakiś kwadrans wchodził na kamień i skakał  stamtąd ,,na główkę’’ do wody. Następną godzinę buszowaliśmy po Internecie w poszukiwaniu wiadomości, co Feluś może zjeść na kolację – ponieważ porady były sprzeczne, mąż zdecydował o uraczeniu go ślimakami z akwarium. Po czym gdy ja poprosiłam go zrobienie kanapki, ten – zajęty obserwacją nowego lokatora – odmówił. Tym samym już pierwszego dnia pobyt Felusia wpłynął destrukcyjnie na nasze małżeństwo, potem było tylko gorzej…

Lubiliśmy z dzieciakami patrzeć, jak żółw nurkuje w wodzie, wygrzewa swą skorupę na kamieniu, zabawnie podnosząc przy tym łapki do góry, i jak zajada ślimaczki. Ale cóż, pewnego pięknego dnia nasz Feluś odszedł w żółwie zaświaty. Został przekarmiony. Byłam przy jego agonii i zapewniam, że nie było to miłe. Straciliśmy niemego i zupełnie nie absorbującego małego przyjaciela. Mąż – winowajca, chciał kupić nowego żółwia, ale na to się nie zgodziliśmy. Feluś był tylko jeden.

I tym samym ze zwierzątek, które możemy pogłaskać, znów pozostały nam faraonki. Bo o nie nie trzeba umieć dbać – wystarczy zapomnieć zmieść wieczorem kilka okruszek ze stołu. Warto o tym pamiętać, kupując dzieciom (i ich rodzicom) jakieś żywe stworzenie.

 

,,Powinno się czytać dziecku co najmniej 20 minut dziennie’’ – alarmują psychologowie, twierdząc, że dzięki temu mały człowiek lepiej się rozwija, ma większy zasób słownictwa i lepszą pamięć. Czytamy więc najchętniej bajki i to te ,,wypróbowane’’: o królewnie Śnieżce i siedmiu krasnoludkach, Czerwonym Kapturku, Kopciuszku itd. Dzisiejsze dzieci mają ogromny wybór: można im bajki poczytać, dać do pooglądania, odtworzyć z kasety video lub magnetofonowej, można wreszcie włączyć telewizor na odpowiedni kanał. Bajki uczą – a przynajmniej powinny – wrażliwości i odróżniania dobra od zła.

Mnie wpadły w ręce bajki sprzed… 50 lat, zamieszczane w popularnych wówczas ,,Świerszczykach’’ i ,,Płomyczkach’’. Wychowywało się na nich pokolenie moich rodziców, cioć i wujków. Biorę pierwszy z brzegu numer i co widzę na drugiej stronie? Portret pana z siwą brodą – i nie jest to bynajmniej św. Mikołaj… Obok zdjęcia przypomnienie: ,,70 lat temu zmarł w Londynie Karol Marks. Jeśli obecnie wszystkie dzieci w kraju mogą chodzić do szkoły, jeśli bawią się w pięknych, słonecznych przedszkolach, to w dużej mierze jest to zasługą Karola Marksa. Również kiedy słuchają o tym, jak w Związku Radzieckim ludzie zmieniają bieg wielkich rzek, jak pustynie zmieniają się w kwitnące ogrody, trzeba pomyśleć o Karolu Marksie.’’. I zapewnienie: ,,Gdy będziecie starsi, poznacie piękne i wielkie myśli Marksa, zawarte w książce pt. ,,Manifest Komunistyczny’’.

Dalej czytam wzruszającą legendę syberyjskiego ludu Ewenków

,,O dwóch orłach’’. Podanie głosi, jak to przed laty Ewenkowie byli bardzo nieszczęśliwi, gdyż nad ich ziemią pojawił się wielki dwugłowy sęp, który zabierał całe bogactwo dla siebie. Ewenkowie poprosili o pomoc Górę – Olbrzyma. Góra odrzekła: ,,Ja nie mogę wam pomóc, ale w mojej pieczarze gnieżdżą się dwa młode orlątka. Jak tylko podrosną, przepędzą rabusia’’. Potem następuje opis walki toczonej przez dorosłe już orły z sępem. Orły oczywiście wygrywają, a Ewenkowie rozpoczynają nowe, szczęśliwe życie.

Bajka kończy się puentą: ,,Zapytacie może dzieci: któż to taki owe potężne orły? Znają je dobrze Ewenkowie. Nie zapomną o nich nigdy.

Orły te – to Lenin i Stalin’’.

W sumie morał mnie nie zaskoczył. Podróżując dawnymi czasy po azjatyckich republikach b. ZSRR, każdy turystyczny folder podawał tę właśnie legendę, w zależności od rejonu zmieniając tylko nazwę ludu: wyzwolonymi spod jarzma złego sępa byli uzbecy, kazachowie, buriaci czy jakuci. Turyści nie dzieci, uwierzyć w orły musieli.

Na następnej stronie miłego pisemka czytam wierszyk ,,Tatuś opowiada’’. I o czym ów tatuś opowiada? Cytat: ,,Tu po tych dróżkach, dawno już temu, za moich młodych, dziecinnych lat, chodził na spacer człowiek, któremu nową epokę zawdzięcza świat. – Wiesz o kim mówię? – Wiem, o Leninie. – Czy Lenin tutaj mieszkał, tu żył? – Tak, na tej ziemi, tu w Poroninie, przed żandarmami cara się krył’’.

Po tych rymach nie dziwi mnie wcale kolejna indoktrynalna bajeczka pt. ,,Sąsiedzka pomoc’’. Mówi się w niej o straszliwej suszy i głodzie, panującym w naszym kraju. Ale nie ma to jak dobry sąsiad – Związek Radziecki.

,,Bo – opowiada dziadek wnuczkowi – Stalin wysłuchał delegacji z Polski, zamyślił się i powiedział: ,,Pomożemy Polsce, towarzysze. Podzielimy się’’. Taki był towarzysz Stalin, wnusiu’’. Patrzę na datę ukazania się numeru. No tak, Stalin nie żył od miesiąca, ale fala odwilży jeszcze do nas nie dotarła…  Puenta opowiadanka jest równie ciekawa co w tej o orłach: ,,Po kilku tygodniach wnuczek dowiedział się, że w Związku Radzieckim zmniejszono porcje chleba na kartki. Naród radziecki musiał oszczędzać tego roku, aby pomóc Polsce’’. Propagandowa perełka.

Po takich bajdurzeniach nawet przyjemnie się czyta o ,,Wędrówce kartofelka’’, który ,,wraz ze swoimi towarzyszami został posadzony w ziemi (miał szczęście, że nie gdzie indziej) przez mechaniczną sadzarkę wyprodukowaną przez Fabrykę Maszyn Rolniczych w Kutnie (jaka kryptoreklama!), czy o miłych gościach: ,,Zadudniły koła na sosnowym moście, jedzie, jedzie wiejska szkoła, jadą mili goście. Tacy goście u nas nie bywają co dzień, pójdą z nami ulicami, w majowym pochodzie’’.

Najciekawsza jest jednak rubryka ,,Dzieci piszą’’. Hm, czy aby na pewno dzieci?

Niejaka Danusia Majewska z ,,pty Chynów’’ pisze: ,,Dawniej mieszkaliśmy w czworakach. Była tam wilgoć i brudno i mieszkało dużo ludzi. A teraz mieszkamy w nowych domach. Jest elektryczność, ciepła i zimna woda i wanny’’. Mareczek Krupski z Lublińca pisze natomiast o tym, co dzieje się w lesie: ,,Słychać warkot pił motorowych lub stuk siekier i trzask walących się drzew. Ścinanie drzew piłą motorową to bardzo ciekawa praca…’’, itd.

Sławek Snil, nie wiadomo skąd, obwieszcza, że interesuje się budową domów: ,,Często przyglądam się, jak wielkie dźwigi same noszą cegły, jak robotnicy wchodzą po rozciąganych linach. (…) Ale najbardziej lubię swoje gospodarstwo. Codziennie pomagam mamie: rąbię drzewo, obrządzam krowy i prosiaki…’’. Bolek Orzeł, również z anonimowej miejscowości: ,,Dużo zmieniło się w naszej wsi. Najpierw powstała u nas spółdzielnia produkcyjna. Potem założono światło i radio. A teraz buduje się domy i nowy duży kurnik’’. Czy zainteresowania małych czytelników były aż tak politycznie poprawne? Nie bardzo chce mi się wierzyć.

Teraz dzieci mają inne problemy w zupełnie innej rzeczywistości. Nie ,,Dwa orły’’ ale Harry Potter, nie wędrówka kartofelka, ale Pokemony. Nawet poczciwy Koziołek Matołek poszedł z duchem czasu i … został gwiazdorem filmowym. Scenka: ,,- Matołku, zostaniesz gwiazdą filmową i wszystkie młode kozy będą się w tobie kochały – zachęca reżyser.

- Nie zależy mi na tym, chciałbym dojść do Pacanowa – beczy Koziołek.

- Zarobisz tyle pieniędzy, że kupisz sobie samochód z kierowcą, który cię zawiezie do Pacanowa…

- Beeee, trzeba było tak od razu mówić…’’, a gdy Matołek gwiazdą jednak nie zostaje, pada pouczająca konkluzja: ,,Nie każda atrakcyjna propozycja pracy, okazuje się taka naprawdę…’’, aby dzieci nie miały złudzeń. Na pocieszenie Koziołek pogwizduje sobie ulubioną piosenkę ,,Bo do tańca trzeba kozła’’.

Pokolenie moich rodziców, mimo iż wychowane na propagandowych bajkach, nie jest chyba takie najgorsze. Nie słyszy się też o przypadkach schizofrenii (chyba, że politycznej… ). Z drugiej strony martwię się, gdy na zwykłej kasecie z bajką o Piotrusiu Panu dzieci śpiewają, a moje dziecko śpiewa razem z nimi:

,,A ja chcę być zawsze wolny,

Niepoważny i swawolny,

Nie chcę za nic odpowiadać,

Więc możecie sobie gadać’’.


  • RSS