nonsensorka

blog Agnieszki Kubik (pierwszy wpis w lipcu 2012 roku)

Od 2004 studenci i doktoranci historii Uniwersytetu Pedagogicznego, pod kierunkiem dra Huberta Chudzio, prowadzą badania dotyczące przymusowych migracji ludności polskiej. Od 2008 roku, w ramach projektu „Z mrozów Syberii pod słońce Afryki”, członkowie Studenckiego Koła Naukowego Historyków UP, prowadzą działalność związaną z badaniem i popularyzacją tematu afrykańskich osiedli polskich tułaczy.

Podczas ekspedycji naukowej do Tanzanii i Ugandy stworzyli profesjonalną dokumentację filmową, fotograficzną i kartograficzną cmentarzy w Tengeru w Tanzanii, Koji i Masindi w Ugandzie. Podczas ekspedycji członkowie misji przeprowadzili również prace renowacyjne i porządkowe. – Podczas naszego pobytu w misji Don Bosco, w Namugongo koło stolicy Ugandy Kampali, spotkaliśmy Tomka Kaczmarka – wolontariusza z Polski – mówi Mariusz Solarz. – Gdy poznał cel naszej misji i historię polskich Sybiraków w Afryce, postanowił samodzielnie kontynuować nasz projekt. Po rocznym wolontariacie w salezjańskim ośrodku ruszył do Tanzanii, gdzie dotarł do czterech miejsc, w których w latach 40. XX wieku znajdowały się polskie osiedla. W jednym z nich, Kigoma, nie było już śladu, ani po polskim osiedlu, ani po cmentarzu. W trzech innych miejscowościach – Ifunda, Kidugala, Morogoro – Tomek wykonał świetną pracę dokumentacyjną. Jej wyniki przesłał do zbiorów Centrum Dokumentacji Zsyłek, Wypędzeń i Przesiedleń przy Uniwersytecie Pedagogicznych w Krakowie, któremu szefuje dr Hubert Chudzio. Dzięki temu mogliśmy je opracować i zamieścić na naszej stronie. Zwieńczeniem projektu było zorganizowanie 25 marca 2010 roku konferencji naukowej „Z mrozów Syberii pod słońce Afryki”, gdzie oprócz referatów naukowych, można było wysłuchać relacji wspomnieniowych licznie przybyłych „Sybiraków-Afrykańczyków”.

Do lat 90. temat był wręcz tabu. Trochę się mówiło o generale Władysławie Andersie, nieco więcej o masowych deportacjach do ZSRR. Ale o Afryce ani słowa, choć sybiracy Afrykańczycy, rozproszeni po całym świecie, organizowali co jakiś czas spotkania we Wrocławiu. Ostatnie odbyło się dwa lata temu, i wszystko wskazuje na to, że z przyczyn naturalnych, kolejnych nie będzie. – Nauczyciele wykształcenie w PRL nie zawsze znali temat, nie przekazywali tej wiedzy uczniom – dodaje Mariusz Solarz. – A tymczasem w Afryce przebywało około 120 tysięcy Polaków. To zastanawiające, ze Izrael ma bardzo bogatą dokumentację dotyczącą holocaustu, a Niemcy na temat przesiedlonych. My ten temat odpuściliśmy.

Zajmuje się nim obecnie – oczywiście między innymi – Centrum Dokumentacji Zsyłek, Wypędzeń i Przesiedleń UP w Krakowie. - Wyprawa do Afryki szlakiem sybiraków to niesamowite przeżycie – mówi dr Hubert Chudzio, dyrektor centrum, który na Czarnym Lądzie z misją naukową był już czterokrotnie. – Co można czuć, gdy widzi się kościoły czy budynki dawnych szkół, teatrów, szpitali budowanych przez Polaków, na przykład ten w Massindi, polskie godło, wizerunek Najświętszej Maryi Panny? Mało kto wie, że największe polskie osiedla liczyły po 5 tysięcy mieszkańców, działały tam szkoły powszechne, na przykład gimnazja. Do dziś Tengeru w Tanzanii to „a little Poland”, tak mówią miejscowi. Zajechaliśmy, a u rolnika na podwórku stoi maszt, który był centralnym punktem obozu polskich uchodźców. Odrestaurowaliśmy go. W Zambii w muzeum ich dziedzictwa narodowego jest dział poświęcony Polakom: jakieś misy, buty, łopaty, które Polacy pozostawili, ostatni wyjechali w 1952 roku.

Na bardzo wysokim poziomie działało harcerstwo, było ponad 140 drużyn! Do dziś żyje Zdzisława Wójcik, która była komendantką, kobieta ma 102 lata, a jej życiorys to materiał na niejedną książkę (z Wikipedii: Z nominacji władz Związku Harcerstwa Polskiego została komendantką Chorągwi Afrykańskiej ZHP, kierowała całością pracy harcerskiej w Afryce, wizytowała kolejne osiedla odległe od siebie o setki, a nawet tysiące kilometrów i koordynując pracę lokalnych hufców i drużyn w Kenii, Tanganice, Ugandzie i Rodezji, prowadząc kursy instruktorskie dla drużynowych i zastępowych).

Czy ten wątek był dla Państwa ciekawy? Czekam na opinie. Bo mogę go jeszcze kontynuować, mam sporo materiału. Pozdrawiam serdecznie.  

tn_20160jjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjj229_114652

(…) Matka, żeby zarobić, haftuje kosynki, chustki dla Kazaszek. Kiedyś wyhaftowała całą halkę w sześć tygodni. A przecież okulary gdzieś w tym stepie zgubiła i ledwie widzi, oczy ją bolą i pieką.

Za hafty dostaje kartofle, kapustę. Latem jeździ na sianokosy, ale ma fuchę: jest kucharką. Gdy dzieci zostają same, przyjeżdża beczkowozem do studni w posiołku. Zanim wyciągnie sto wiader, może Teresce warkocze zapleść i porozmawiać z Jurkiem. Ale bezpiecznie nie jest – kiedyś podczas podróży podwodą po stepie napadły na nią wilki i ledwie uszła z życiem.

Tereska poszła do szkoły w Troicku, rosyjskiej. Koło szkoły, na bezkresnym wokół stepie, rosło jedno, jedyne drzewo. Na Boże Narodzenie matka podkradła się nocą, ułamała gałązkę. Dzieci owinęły ją zielonym papierem pociętym na równiutkie paseczki – i była choinka. To był grudzień 1940 roku.

W 41 roku ogłoszono amnestię. Sikorski i Majski podpisali stosowny układ, więc Polacy aresztowani i deportowani w głąb Rosji zostali uwolnieni. Mogli wracać, ale łatwo powiedzieć. Matka wsiadła na podwodę i pojechała 70 kilometrów do Aktiubińska, dzisiaj Aktobe, bo tam były do odebrania dary od Amerykanów. Paczki UNRRA (Organizacji Narodów Zjednoczonych do Spraw Pomocy i Rozwoju) dla ludności cywilnej, żywność z Anglii i Ameryki, dary odzieży ofiarowane przez Polonię amerykańską. Matka została tzw. mężem zaufania, przywoziła i rozdzielała te dary.

Czasem cuda się zdarzają, czasem. Gdy wychodziła z biura w Aktiubińsku zobaczyła męża, który do biura wchodził. Przyjechał z Kola, bo wiedział już, że rodzina przebywa gdzieś w okolicy.

Ale Tereska nie chciała wyjść do tego obcego pana, którego matka przywiozła ze sobą. Uciekła. – Własnego ojca nie poznałam – mówi dzisiaj.

 Generał Anders tworzył Polskie Siły Zbrojne, więc postanowili dołączyć. Nie każdemu dopisywało takie szczęście, inne rodziny nie miały wojskowych i nie miały jak opuścić Troicka. Kolega Mietek na przykład, najstarszy z siedmiorga, dołączył do nich — jego matka płakała, ale wiedziała, że jest nadzieja. Ona z szóstką młodszych została. Mietek przeszedł potem z ojcem Tereski cały szlak, pod Monte Cassino walczył i wojnę przeżył.

 Już w Uzbekistanie ojciec dołączył do wojska, oni byli ludnością cywilną. Zamieszkali u gospodyni, pracowali na polu bawełny. Miejscowi domy mieli dziwne. W „salonie” pośrodku był wykopany dół, wokół dywany, a w dole leżały różyczki. Teraz Tereska wie, że to był popcorn. I tak byli wiecznie głodni.

Trafili do Krasnowodzka. Stamtąd po kilku miesiącach popłynęli przez Morze Kaspijskie do Persji, do Pachlewii. Tereska pamięta, że był jeden okręt i każdy chciał się na niego dostać, jakaś psychoza się ludziom udzieliła, że nie wejdą na pokład; kto silniejszy, ten się pchał. Dziecko wpadło do morza, bo mama chciała, by siusiu zrobiło – poślizgnęło się i poleciało w dół. To pamięta.

Z Pachlewii przewieźli ich do Teheranu. Tam każdy chorował, głównie na dyzenterię, mnóstwo dzieci poumierało. Może dwa tysiące, może więcej. Cmentarz był ogromny, grób przy grobie.

Głód był okropny. Gdy matka zdobyła gdzieś kapustę i zrobiła kilka pierogów to tak się nimi objedli, że aż się z bratem rozchorowali. Biegunka prawie ich zabiła.

Tereska z Jurkiem brała czajnik z wrzątkiem i szukała dziurek w stepie; wlewali tam wodę i łapali co z dziurek wylazło, szczęśliwi, że jest jedzenie.

Tubylcy nie mogli podkarmić? – pytamy naiwnie. No nie mogli, bo sami żyli nędznie. Pola arbuzów pod bronią pilnowali, a baby się biły o bydlęce odchody, bo tylko wysuszonym kiziakiem paliło się w piecach. Bieda piszczała.

 Wtedy matka zachorowała, to był koniec świata. Wywieźli ją do szpitala, dziećmi zajęła się żona jakiegoś wysoko postawionego żołnierza armii Andersa. Ale matki nie było tak długo, że kobieta miała już dość i chciała oddać dzieci do sierocińca. Tereska ją prosiła i prosiła „na wszystkie świętości”, by nie oddawać, i w końcu matka wróciła. To był wylew, albo udar, Tereska nie wie, ale matce pozostał niedowład nogi i ręki.

 Nie było czasu na roztkliwianie się. Przed nimi była Afryka, popłynęli tam okrętem Orion, luksusy nieziemskie, jak wspomina Tereska, trafili do obozu przejściowego nr 2, Morogoro w Tanzanii. Klimat niezdrowy. Potem przejechali do niedalekiej Ifundy. Nawet w Wikipedii tylko kilka zdań o tych miejscach na końcu świata.

Morogoro musiało być dużym miastem, dziś liczy ponad 300 tysięcy mieszkańców. Ifunda to jakaś mieścina. Tam matka Tereski zmarła. Tyfus i malaria. — W nocy nas z bratem obudzili i zaprowadzili do szpitala – wspomina Tereska. – Matka leżała za moskitierą, była nieprzytomna i nie mogła złapać powietrza. Jak rano wstałam to już wiedziałam, że nie żyje. Nie powinni nas, dzieci, ściągać do matki w takim stanie. Mam jej obraz w agonii przed oczami, a wolałabym ją pamiętać, jak była zdrowa.

Potem był pogrzeb matki, dużo zdjęć nawet ktoś porobił. Pamięta go jak przez mgłę. Została sama z bratem, tysiące kilometrów od bliskich. Miała 12 lat.

 Sieroty przewożone do innego obozu, do Rongai, do Kenii, znów ponad tysiąc kilometrów. Pamięta cztery duże baraki, siostry nazaretanki, Anglika, który był kierownikiem. I namiastkę normalnego życia. Brat przybiegał z obozu obok, dla chłopców i mówił, Tereska, wypierz mi spodnie. A one twarde, z drelicha, jak blacha. Brała miskę, zimną wodę i prała, cóż było robić. Okrzepła i zahartowała się tak, że nie płakała i nie marudziła. Brała, co życie niosło.

Do Polski nie było po co wracać; na Kresy, do Rosji, gdzie ich własne domy były pozajmowane przez nowych gospodarzy, tym bardziej. W Polsce byli wrogami. Można było emigrować do Anglii, Kanady, Nowej Zelandii, Australii. Niektórym było wszystko jedno, byle rozpocząć nowe życie.

O Tereskę i Jurka upomniała się ciotka, siostra matki, ta, co pakunki im pod wagon podrzuciła. Powiedziała, żeby przyjeżdżali do niej. Dzieci wróciły do Polski, do Olszyny Lubańskiej na Dolnym Śląsku, w grudniu 1947 roku, prawie osiem lat od wyjazdu z Nowogródka. Zaczęło się zwykłe życie, choć nigdy zwykłym już nie było. Osiem lat spędzonych na „nieludzkiej ziemi”; „skradzione dzieciństwo”, strata matki, a także i ojca sprawiło, że była z bratem jak z rozbitej rodziny.

Po latach Tereska mówi, że jej decyzja o powrocie do Polski była wielkim błędem, bo ciotka przechytrzyła ojca, który chciał swoje dzieci sprowadzić do Anglii. Został w końcu sam, bez rodziny. Życie już mu się nie ułożyło, nie mógł darować ciotce, że pozbawiła go dzieci.

Przeszedł cały szlak z armią Andersa, walczył pod Monte Cassino, a potem mieszkał kątem u swojego bratanka, którego żona, Angielka, szczerze nie znosiła. W końcu zamieszkał w ośrodku dla byłych andersowców w Walii. Gdy Renia odwiedziła go po 51 latach, gdy wreszcie można było z Polski legalnie wyjechać, nie narzekał i nie żalił się, ale było widać, że nie jest szczęśliwy.

Był to pewien standard. Jak czytamy w „Historii obecności Polaków w Wielkiej Brytanii” Polskiego Ośrodka Naukowego Uniwersytetu Jagiellońskiego w Londynie, „członkowie Polskich Sił Zbrojnych trwali na wychodźstwie pomimo wyjątkowo trudnej, często wręcz beznadziejnej sytuacji zawodowej i materialnej.

Przed wojną nauka języka angielskiego nie była tak powszechna, zdecydowanie większą popularnością cieszyły się języki francuski i niemiecki. Z tego powodu emigranci, mimo iż w przeważającej części legitymowali się wyższym wykształceniem, zmuszeni byli podejmować się pracy poniżej swych kwalifikacji. I tak np. generał Maczek, nie uzyskawszy z powodów formalnych prawa do brytyjskiej emerytury wojskowej, zarabiał na życie jako kelner w barze (nota bene, którego właścicielem był jego były podkomendny). Generał Sosabowski pracował jako magazynier, a gen. Kazimierz Fabrycy obsługiwał gilotynę do papieru w zakładzie introligatorskim. Podobne „kariery” robiła zdecydowana większość polskiej kadry dowódczej”.

Franciszek Dedeszko-Wierciński, w Nowogródku komisarz Policji Państwowej (wg Wykazu oficerów Policji Państwowej z 1934 roku portalu o przedwojennej policji), zmarł w 1976 roku w Walii. W tym roku syn państwa Kurzawa leci wraz z rodziną na grób dziadka do Walii. Po 40 latach od jego śmierci. cdn.

kadrGdyby dr hab. Hubert Chudzio z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie nie opowiadał studentom na jednym z obozów naukowych o zsyłkach Polaków, między innymi o polskich osiedlach w Afryce, a na koniec nie rzucił – trochę przypadkiem – że można byłoby zorganizować misję badawczą i na Czarny Ląd, gdzie zmarło tysiące naszych krajan, Teresa Kurzawa ze Skierniewic nigdy już nie zobaczyłaby grobu własnej matki.

To był 2008 rok i mało kto zajmował się tematyką polskich sybiraków w Afryce. Jakby nie istniała. Ideę podchwycili trzej studenci doktora Chudzio – Krzysztof Kędziora, Mariusz Solarz, Karol Suchocki – i już kilka miesięcy później misja, wspomagana przez Małopolski Urząd Wojewódzki i Urząd Miasta Krakowa, wyruszyła do Tanzanii i Ugandy. Ekipa dotarła do zapomnianych polskich cmentarzy, które zostały zinwentaryzowane i odrestaurowane. Zdjęcia wrzucono do internetu.

Syn pani Teresy zawołał ją któregoś dnia do komputera: „Zobacz, grób twojej mamy”. – Spojrzałam i mało serce ze wzruszenia mi nie wyskoczyło – mówi 83-letnia dziś skierniewiczanka, która jako dziecko przeżyła zsyłkę na Syberię, a potem przeszła z armią Andersa cały szlak. – Byłam przekonana, że ten grób dawno już nie istnieje.

We wrześniu 1939 roku mała Tereska poszła do szkoły w Nowogródku prowadzonej przez nazaretanki, ale długo się do niej nie nachodziła. Zaledwie kilka dni. Pamięta – szła sama do tej szkoły, to były jeszcze czasy, kiedy rodzice nie trzęśli się tak nad dziećmi. Tereska założyła tornister na plecy i spieszyła się, prawie biegła, żeby zdążyć na pierwszą lekcję. Przed nią wyrosły drzwi do szkoły i klamka – wysoko, wysoko, ledwie jej sięgnęła. 49 latach później, gdy była na wycieczce w Wilnie, odwiedziła swoją pierwszą szkołę w Nowogródku. I dziwiła się, że ta klamka jest tak nisko.

Z perspektywy dziecka w trzydziestym dziewiątym wszystko wyglądało inaczej.

Wojny, która wybuchła daleko w Polsce się nie czuło. Ale 17 września pamięta dobrze. Gdy Rosjanie weszli do Nowogródka, Rosjanki witały ich kwiatami. Matka z ciotką nie mogły tego znieść, uważały je zdrajczynie. Pamięta też, że ojciec z matką zakopywali coś pospiesznie w ogrodzie, jakieś dokumenty, skrzynki. Boże, Jezus i Maryja – słyszała, jak matka ciągle powtarzała.

Ojciec od razu uciekł na Litwę. Pracował jako śledczy w milicji, wiedział, że jest na celowniku. Wsiadł na wóz, pomachał rękę i tyle go widzieli. Ale Litwini oddali go Rosjanom i trafił do Ostaszkowa, a potem – nie wiedzieć czemu – na półwysep Kola, na drugi koniec świata.

Teresa nigdy się nie pytała, nawet po wojnie, gdy spotkali się w Anglii kilkadziesiąt lat później, jak to było, dlaczego i za co. Przez dwa tygodnie chodzili na spacery, jedli razem śniadania, obiady i kolacje, ale ani razu nie podjęli tematu wojny. Jakby jej nie było. Choć gdyby jej nie było, siedzieliby pewnie razem w domu w Nowogródku, a nie w obcej Anglii; w ogrodzie; on bawiłby się z wnukami, a jego żona podawałaby szarlotkę do popołudniowej herbaty.

Matka nie uciekła. Ona, zwykła przedszkolanka, już całą wojnę musiała chronić dwoje dzieci: Tereskę i dwa lata młodszego Jerzego, bo któż, jak nie ona? Faceci mieli trochę lepiej – jeśli w ogóle można użyć takiego sformułowania. Gdy uciekali/byli zabierani/aresztowani, bo walczyli o wolność, równość, braterstwo i niepodległość, losem rodzin martwili się na odległość. Ich głównym problemem było, jak samemu przeżyć i dołączyć do rodziny.

Matki były w innej sytuacji. To one musiały wysłuchiwać płaczu z głodu i zimna własnego dziecka lub dzieci, z przerażeniem sprawdzać ręką, czy czoło nie nazbyt gorące, bo lekarz dwa dni stąd, a śmierć u wezgłowia; to matka tuliła do snu, choć sama pewnie głodna i dusza boli; to ona drżała każdego dnia, co będzie z dziećmi, gdyby jej, nie daj Boże, coś się stało; to matka te słabości codziennie musiała pokonywać, wiedząc, że nie żyje dla samej siebie.

Bronisława Dedeszko-Wiercińska, matka Tereski i Jurka, poświęciła się do samego końca. Zmarła w wielkich cierpieniach w wieku 39 lat. Na Czarnym Lądzie, przeżywszy wcześniej tyle, że niejeden życiorys by obdzielić. Ale jej dzieci przeżyły.

 W lutym 40 roku matkę z Tereską i Jurkiem wywieźli do Kazachstanu. Jak prawie wszystkich Polaków z Nowogródka. Listy układał Żyd – ponoć, bo nikt pewności nie ma, ale tak wszyscy mówili, a głównie ciotka Tereski, siostra matki, która wojnę przeżyła. Żyd – Tereska nie pamięta jego nazwiska, ale może i dobrze – był kowalem w majątku Horodeczna, gdzie mieszkała dziedziczka Szpilewska. Dziedziczka dbała o jego dzieci, bardzo była wszystkim pomocna i życzliwa, a on listy porobił, i ją na niej umieścił. Szpilewska ukrywała się później w domu Tereski, leżała za parawanem. Tyle dziecko pamięta.

Ludzie podejrzewali, że mogą być wywiezieni.

Matka widziała transporty na bocznicy, czekały złowrogo. Którejś nocy przyszli, wybudzili ze snu. Czy dodawać, że na spakowanie mieli pół godziny, a mróz tej zimy trzaskający? Krzyczeli, gdzie orużjo (broń po rosyjsku). – Niechby matka dała im wreszcie te róże – myślało dziecko – to by sobie poszli. „Prędzej, prędzej” – krzyczeli źli panowie, więc matka z ciotką, której Żyd na liście nie umieścił, bo przyjechała właśnie jako położna z Warszawy i nie zdążył – pomagała upychać koce, buty, ubrania.

Do 20 kilo mogli wziąć, więc kobiety zrobiły dwa nieduże pakunki, sołdaci wrzucili to na podwody i pojechali wszyscy na bocznicę. Setki ludzi już tam stały, z małymi dziećmi; płacz, mróz, ktoś woła siku, a ktoś lekarstw nie wziął z domu; ale szybko trzeba wsiadać do wagonu, bo pociąg za chwilę rusza. Nikt nie wie dokąd.

Podczas pierwszej zsyłki wywieziono w głąb Syberii około 140 tysięcy Polaków. W sumie zesłano około 340 tysięcy. Związek Sybiraków przyjmuje, że – wraz z deportacjami w latach 1944–1956 – wywieziono w sumie 1 mln 350 tys. osób. Te liczby wciąż nie są do końca znane. Powiada się, że to zemsta Stalina za rok 1920.

Poupychali ich jak seliodki w boćkie (śledzie w beczce). W rogu była dziura w podłodze na załatwienie potrzeb i gdy pociąg po jakimś czasie stanął – Tereska nie pamięta gdzie i jak – mężczyźni odbili blachę i wciągnęli przez nią jeszcze jeden pakunek, który ciotka dowiozła. Wlazła pod wagon – może strażnicy tego nie zauważyli, a może przymknęli oko.

 Matka miała trzy pakunki i dwoje małych dzieci. Na stacji w Smoleńsku, pamięta, stare babki podawały im wrzątek w dzbankach, bo niektórzy zamarzli już na kość. Ale nie każdy się napił, niektórzy bali się wysiadać, bo nie wiadomo było, kiedy pociąg znów ruszy. I znów jechali, ale Tereska kompletnie nie pamięta, ile. Dzień, dwa, tydzień? Nie przypomni sobie.

W internecie można wyczytać, że z Nowogródka (dzisiaj Białoruś) do Troicka (dzisiaj Rosja) jest około 2.800 kilometrów. Sybiracy pamiętają, że to trzy-cztery tygodnie jazdy. Podróż była preludium do tego, co los miał im jeszcze zgotować. Mieli czas na zahartowanie się, bo najgorsze było dopiero przed nimi.

 Tereska pewnie marudziła, jak to dziecko, pewnie było jej zimno i chciała jeść; pewnie się nudziła i chciała się bawić, a tu trzeba było stać i mama popłakiwała. Dzisiaj nic z tej podróży nie pamięta.

Posiołek Troick, kazachskaja obłast, na pograniczu z Rosją. Baby siedzą i jedzą siemiećki, nasiona słonecznika. Plują łuskwinki, resztę mielą w bezzębnych buziach.

Jakiś dom, piec, gdzie wreszcie można było się ogrzać; jakieś studnie i zwierzęta, wszystko pod jednym dachem. Uzasadnione, bo zimą drzwi nie można otworzyć, tyle śniegu, a zwierzęta trzeba obrządzić. I cieplej z nimi. Bieda, głód. (…) CDN.

  • 12745610_456499827874870_3503931559820886590_n
    • Wiesz, ten Szymon to jest bardzo fajny chłopak – powiedziała mi Mama jakieś 20 lat temu, gdy jeszcze pracowała na poczcie. – Stateczny, rozsądny, pracowity i bardzo wierzący – roztkliwiała się nad nowo przyjętym pracownikiem, który trafił do jej pokoju.

      Potem miałam przyjemność poznać Szymona, podobnie jak poznawałam wcześniej panią Wiesię, Marysię, Jadzię, Zosię, Hanię i inne mamine koleżanki. Rzeczywiście sympatyczny i… małomówny. Siedział za biurkiem i oddawał się monotonnej pracy, słuchając cały dzień opowieści kobitek 50+ o dzieciach, mężach, przepisach kulinarnych, dolegliwościach (kobiecych, a jakże) i o marzeniach dotyczących przejścia na emeryturę. – Wiesz, Szymon poszedł na historię – powiedziała mi któregoś dnia Mama między opowieścią o chorej pani Kazi i niedobrej córce pani Janinki. – Jadzia mi mówiła, że go to zawsze fascynowało i poszedł na zaoczne.

      Kilka lat później Mama odeszła z pracy i kontakt z koleżankami nieco się urwał, z Szymonem również. Od czasu do czasu Mama raportowała mi, co u nich słychać – na przykład Szymonowi urodziło się drugie, a potem trzecie dziecko.

      - Dobra, mogę iść – powiedziałam znudzona w redakcji w kwietniu ubiegłego roku, gdy dostałam zaproszenie z biblioteki na kolejne spotkanie autorskie. „Dziewczyny wyklęte” jakiegoś Nowaka to temat nawet fascynujący, ale tego dnia miałam w planach zupełnie coś innego. Wzięłam jednak aparat i pojechałam, służba nie drużba.

    • Szymon???? – stanęłam wryta widząc siedzącą za stolikiem „koleżankę z Mamy pracy”, bohatera wieczoru autorskiego. Uśmiechnął się skromnie od ucha do ucha i po chwili rozpoczęło się spotkanie.

      Potem pogadaliśmy.

      - Myślałem, że na poczcie doczekam emerytury – śmiał się autor „Dziewczyn wyklętych” oraz wydanych właśnie „Bitew wyklętych”. - Niestety, na poczcie nadeszły ogromne zmiany i nadszedł czas, że musiałem zdecydować: być czy mieć? Wybrałem być. Latem 2013 roku podpisałem tzw. program dobrowolnych odejść i stałem się wolnym człowiekiem. Naprawdę tak to czuję, choć początkowo był wielki niepokój, jak się to wszystko ułoży. Wiara w Boga i ufność, że Ktoś właściwie kieruje naszymi poczynaniami pozwoliła mi jednak podjąć taką właśnie decyzję.

      Znakiem z nieba miał być fakt, że jak wysłał wypowiedzenie z pracy, zadzwonił do niego ktoś z wydawnictwa Fronda, gdzie kilka lat wcześniej złożył jedną ze swoich prac.

      - Obroniłem pracę magisterską pod kierunkiem prof. Tadeusza Rawskiego, który zachęcał nas, byśmy nie pisali do szuflad, ale próbowali wydawać swoje prace – mówił. – Pomny tych rad wysłałem magisterkę do kilku wydawnictw, ale dopiero Infort Edition z Zabrza, cztery lata później, zainteresował się tematem i w 2011 roku, po dwuletnim leżakowaniu, ukazała się moja pierwsza książka „Przyczółek Czerniakowski 1944”. Z kolejnymi książkami „Puszcza Kampinoska-Jaktorów 1944” oraz „Ostatni szturm” poszło już łatwiej.

      Fronda wydała mu z kolei „Oddziały wyklętych”, „Warszawa 1944. Alternatywna historia Powstania Warszawskiego” oraz „Dziewczyny wyklęte” i „Bitwy wyklętych”.

      Szymon Nowak trafił idealnie w czas. Wyklęci, że tak brzydko powiem, są na topie i gdy zbliża się 1 marca, dzień żołnierzy wyklętych, Szymon i jemu podobni są rozrywani. Szymon z racji dwóch świeżutkich książek, z których „Dziewczyny…” odniosły niebywały sukces i właśnie są dodrukowywane, stał się ekspertem zapraszanym do TV, radia, mediów, na wieczory autorskie. Właśnie odbył taki w Warszawie, o czym jestem na gorąco informowano dzięki FB.

      Koleżanka mojej Mamy”, Szymon Nowak, który miał resztę życia spędzić na poczcie stawiając stempelki na przelewach, stał się znanym i cenionym w kraju autorem książek historycznych. Z ich pisania utrzymuje całą rodzinę, żona, z tego, co wiem, pomaga mu w reserchingu.

      Uwielbiam nieprzewidywalność naszego życia.

      Czasem trzeba mu tylko trochę pomóc.

      Szymon, trzymam za Ciebie kciuk i oczywiście z radością oddaję się lekturze Twoich książek.

Snapchat-6147612485659194313received_955057071237559

Jak się mieszka na wsi

To pytanie ciągle słyszę, ale nie umiem na nie odpowiedzieć. Jak się mieszka? Zależy.

Latem mieszka się cudnie i wtedy nie chciałabym się zamienić na dawne mieszkanie w bloku, choć tęsknię za nim bardzo często.

Zimą, gdy plucha, szaro, buro i ponuro, mam dość taplania się w serbinowskim błocie, które roznoszą wszyscy po kolei, ode mnie poczynając, poprzez rodzinkę, na trzech psach kończąc.

Psy – to temat rzeka. Przeprowadzając się na wieś nie przypuszczałam, że będę miała niekończący się serial pod tytułem Moje Psy.

O pierwszych kłopotach pisałam wcześniej, teraz jak to wygląda obecnie.

Pies wzięty ze schroniska, Pluto, z jednej wielu wycieczek po wsi przyprowadził sobie towarzysza, czarnego labradora. Obydwa za sobą przepadają. Najpierw go odganialiśmy, ale że wyskoczyły akurat mrozy po minus 15 stopni, żal nam się go zrobiło i zrobiliśmy mu legowisko. Zresztą bardzo często spały w jednej budzie. Potem wyleczyliśmy mu łapę, bo przestał chodzić. Co nie przeszkadzało mu uciekać razem z Pluto na wieś każdego dnia, a nawet nocą. Czyli niby mieliśmy psy, ale tylko wtedy, gdy one miały na to ochotę.

W końcu zrobiliśmy im wielki kojec i teraz, od tygodnia, nieszczęśni uciekinierzy siedzą zadziwione w nim i kombinują, jak tu pokonać te wyrosłe nagle wokół pręty…

Jak wszyscy wiemy, zgodnie z prawem Murphego pokonanie jednego problemu rodzi kilka następnych. Zamknięcie psów na ograniczonej powierzchni podczas gdy wcześniej przez wiele miesięcy pokonywały ogrodzenie i biegały sobie luzem (wiem, nie ma na to usprawiedliwienia – no może takie, że oba te wielkie niby psy to takie pierdoły życiowe, które boją się własnego cienia) sprawiło, że musimy wychodzić z nimi na spacery, i to dwa razy dziennie.

Oczywiście wieczorem, gdy wracamy, problem jest mniejszy, ale wstać te pół godziny wcześniej z rańca… Z bólem, ale jednak grafik powstał i teraz psiaki wychodzą dwa razy dziennie, czasem częściej – co nie oznacza, że są już szczęśliwe. Nie są, wolałyby biegać luzem, na wolności. Ot, pieskie życie.

Pomijając psy, zimą na wsi czasem biegnie wolniej, co nie zawsze mnie cieszy. W mieście, w bloku, czasem z nudów wyszło się z psiapsiółką do knajpy, a na wsi ciągle jest coś do zrobienia. Można do knajpy, owszem, ale trzeba wymyć taras przed wejściem, bo znowu w błocie, okno na drugi taras przetrzeć, bo psy nosami zabrudziły, podłoga w przedpokoju tylko do sprzątnięcia się nadaje, a w spiżarni jakoś tak samoistnie bałagan się zrobił i wreszcie należałoby poustawiać wszystkie te weki i wszelkie produkty żywnościowe. I tak na okrągło coś. Szczęśliwie lubią przyjeżdżać do nas przyjaciele i znajomi, więc życie w wielkim domu tętni, ciągle ktoś się kręci.

Ale czy ma znaczenie fakt, że mamy wielki dom na wsi? No mam nadzieję, że nie. A jeśli nawet – cóż.

To taki krótki wpisik dzisiaj. Od ponad tygodnia choruję i naprawdę nic mądrego nie przychodzi mi do tej mojej zakatarzonej, obolałej głowy. Życzcie mi zdrowia!

Napisz o tym” – powiedział mi oburzony Ojciec, a ponieważ zawsze go słucham, to piszę:

Banki zwiększają koszty bycia ich klientem. Aby o tym poinformować przysyłają listy. List waży 37 gram, cztery kartki formatu A4. Taki list przyszedł właśnie do mojego Ojca, oddzielnie do mojej Mamy, do mnie i do mojego męża, oddzielnie do każdego klienta, a jeśli wierzyć zapewnieniom tego akurat banku, to ma ich 8,9 mln. Razy 37 gram co daje ponad 320 ton papieru, nie mówiąc o kopertach, znaczkach i ludziach, którzy muszą to wszystko wysyłać? Ile drzew wycięto, żeby nas poinformować o zmianach stawek z wysokich na wyższe, bo trzeba patologii dzieci sfinansować?

No właśnie, po moich wpisach na temat 500+ dla tzw. patologii, miałam wiele sygnałów, że źle myślę. Zaczęłam się zastanawiać i stwierdziłam, że może moi adwersarze mają jednak rację, a przynajmniej trochę racji.

Otóż w każdym społeczeństwie patologia stanowi około 7 procent zdrowej tkanki – nie licząc drugiego sortu – więc niewiele. Ponadto może patologia dlatego jest patologią bo nie ma pieniędzy? Może gdybym urodziła się w takiej rodzinie, a potem, wzorem własnej matki, miała siedmioro dzieci, w tym dwoje niepełnosprawnych, męża pijaka i nieroba, a w lodówce tylko światło, też bym się stoczyła? Niewykluczone, że widząc to wszystko i nie mając perspektywy na poprawę swojego losu, też codziennie zalewałabym robaka.

Myślę, że to będzie ciekawy eksperyment socjologiczny: co zrobi patologiczna do tej pory rodzina, która nagle miesiąc w miesiąc będzie dostawać trzy tysiące złotych więcej? Może tam nagle zacznie dziać się dobrze? Oby.

GALERIE CZYLI JAK LUBIMY SPĘDZAĆ CZAS WOLNY

5239a9081d268_o,size,933x0,q,70,h,89005b

Kobiety uwielbiają chodzić po galeriach handlowych, i to z tysiąca różnych powodów. Oczywiście i ja należę do tej grupy, choć niezmiennie jestem na siebie zła, gdy łażę po galerii i czuję, że sprawia mi to frajdę. Myślę wtedy o sobie, że jestem ostatnim pustakiem, i że powinnam w tym momencie siedzieć w bibliotece zapoznając się z nowościami wydawniczymi lub robiąc prasówkę, i to najlepiej w trzech obcych językach, które znam.

Ale cóż, nic na to nie poradzę, że włóczenie się po galeriach handlowych sprawia mi frajdę.

No może nie aż taką jak mojej psiapsiółce ze stolicy, która zna każdą warszawską galerię na wylot, a Arkadię nazywa drugim domem, bo skręca tam codziennie po pracy, by zrobić zakupy. Te zaplanowane i niezaplanowane również.

Dlaczego lubię galerie?

Po pierwsze dlatego, że jest tam ludnie, kolorowo, ładnie pachnie, nigdzie nie ma zegarów i w każdym sklepie z głośników sączy się – lub dudni – inna muzyka. Czyli jako typowy konsument jestem „kupiona”.

Ponadto nie muszę się donikąd spieszyć. Najczęściej i tak nie mam pieniędzy, by coś większego kupić, więc chodzę po sklepach bez ładu i składu w nadziei, że coś się trafi. W promocyjnej rewelacyjnej cenie, taka superokazja. Z reguły się nie trafia, ale samo polowanie jest odprężające.

Po trzecie po galeriach najczęściej chodzę sama, co uwielbiam. Chyba lubię własne towarzystwo. Ponieważ wiem, że inni też je lubią, chwile, kiedy mogę być sama ze sobą, są dla mnie bezcenne.

Po czwarte lubię kafejki w galeriach, bo jest kawa – nie zawsze dobra, ale po przetestowaniu różnych miejsc, wiem już, gdzie tej dobrej można się napić – oraz gazety. A lepszego mariażu niż kawa, mufinka i świeży numer wybiórczej, wszystko w galerii, gdzie mijają cię setki ludzi zajętych swoimi sprawami, rozbawionych, rozgadanych, sfokusowanych na polowaniu, nikt jeszcze nie wymyślił. Mogłabym tak siedzieć godzinami i po przeczytaniu wszystkich newsów obserwować ludzi.

Najfajniejsze są rodziny z dziećmi-nastolatkami. Ja też tak wyglądam, gdy zdarza się, że przyjeżdżam ze swoją familią. Znudzony, zdezelowany i obojętny już na wszystko ojciec, roszczeniowo nastawione i zbuntowane nastolatki, dla których to obciach chodzić ze starymi po sklepach, ale inaczej się nie da, bo tylko ci starzy mają kasę, i mamuśka, która musi to wszystko ogarnąć i wylewać co chwila oliwę na wzburzone emocjami morze. I oczywiście jeszcze kupić to wszystko, co wcześnie zostało zaplanowane. Co zwykle i tak się nie udaje i do domu wraca się z dużo większą liczbą zakupów, ku posiwiałemu z rozpaczy ojcu rodziny.

Lubię też rodziny z maluszkami, bo te są słodkie. Albo śpią w wózeczkach (ostatnio w Galerii Łódzkiej widziałam rodzinę z czworaczkami – wózek był jeden, poczwórny – i współczułam im, bo budzili taką sensację jak nie przymierzając przyjazd Biebera do Łodzi właśnie), albo drą się wniebogłosy, albo wiją zapłakane u stóp ojców i matek.

Mniej lubią nastolatki, bo chodzą dużymi grupami i okupują toalety robiąc sobie selfie lub belfie, czesząc co chwila swoje długie włosy przed lustrami i gadając takie głupoty, że śmiech pusty porywa. Czy ja też plotłam takie bzdury mając 17 lat?

Lubię zakochane pary, bo są skupione na swoich oczach, i nic innego ich nie interesuje, co najwyżej wielkość cheesburgera w macu.

Lubię modnisie, z torebkami zawieszonymi na wyciągniętej lewej ręce podczas gdy drugą ręką trzymają telefon przy uchu i nadają, nadają, nadają… Są piękne, wyfiokowane, pachnące i wyglądają wszystkie jak klony mariolek, choć pewnie wiele z nich to bardzo ciekawe osobowości, tyle, że ukryte pod maską.

Lubię samotników, którzy przyłażą do galerii nie wiadomo po co, chyba, żeby zabić czas. Siedzą, lukają, zamawiają, i znowu lukają. Tacy podejrzani cichociemni w galeryjnym wydaniu.

Nigdy nie wiadomo, co im chodzi po głowie.

Najbardziej bawi mnie to, że wszyscy w tych galeriach czegoś szukają, przymierzają, kupują, a gdy spojrzeć na image takiego osobnika, to rzadko kiedy trafia się ciekawy odzieżowo egzemplarz. Najczęściej każdy jest ubrany bardzo podobnie, bez fajerwerków. I po co to wydawać kasę?

Znam galerie łódzkie i warszawskie, i wrażeniami z nich mogę się podzielić.

W Warszawie nie lubię Złotych Tarasów, bo tam -- jakkolwiek głupio to zabrzmi – nic nie ma. Zero ciekawych sklepów. Kafejki takie sobie, Costa Coffee na przykład w ogóle odpada. Ostatnio kawę za całe 25 złotych zostawiłam na stoliku, bo nie dało jej się pić. Możliwość przekąszenia czegoś ograniczona, bo wszędzie wieczne tłumy (ZT są zlokalizowane przy Dworcu Centralnym więc pasażerów z całej Polski i świata jest sporo).

Lubię natomiast Galerię Mokotów i Arkadię, tę ostatnią chyba najbardziej ze wszystkich galerii. Przyjazne, komfortowe do obejścia, dużo fajnych sklepów, dużo możliwości, by się zatrzymać i wypić kawę.

W Łodzi najbardziej lubię Galerię Łódzką, bo jest kompatybilna, mniej Manufakturę (ogromna i pół dnia to za mało, by ją dokładnie oblecieć, poza tym ma mnóstwo pobocznych atrakcji do zaoferowania), a najmniej Sukcesję i Port Łódź, gdzie w obu przypadkach zakupy najlepiej na wrotkach – takie to przestrzenie, często jeszcze niezagospodarowane.

Lubię też Słoneczną w Radomiu i fajną galerię, nazwy nie pomnę, w Białymstoku, gdzie w miłym towarzystwie zjadłam onegdaj naleśniki, smak których pamiętam do dziś. Zresztą w ogóle kuchnia w tamtych rejonach jest wyśmienita.

I to tyle rozważań na temat galerii handlowych.

W ubiegłą sobotę byłam na multimedialnej wystawie van Gogha w Warszawie. Namiot koło Stadionu Narodowego, godzina 11 rano, może z 60 osób. Wystawa cudna. W tym samym czasie w galeriach już setki ludzi. Kawa, mufinka, gazeta, ciuchy, gwar, muzyka, brak zegarów, promocje, podaruj sobie odrobinę luksusu…

Kto powiedział, że jest to gorsze od van Gogha?

(fot. internet)

Poszłam do spowiedzi i usłyszałam, że w ramach pokuty mam spełnić uczynek miłosierdzia względem bliźniego. Bo jest Rok Miłosierdzia Bożego i trzeba praktykować wiarę, a nie tylko o niej mówić. Wot i zagwozdka mi się pojawiła! Do tej pory za całą pokutę Ojcze Nasz czy Zdrowaś Maryjo miałam, a tu proszę, muszę okazać miłosierdzie.

Od tygodnia myślę i nie wiem, komu.

Teoretycznie najprościej byłoby wysłać pieniądze na chore dziecko – to pierwsza myśl, jaka przyszła mi do mojej tępej chrześcijańskiej głowy. Zrobić przelew na 50 złotych, albo z 10 SMS-ów wysłać, i z bańki. Ale głupio jakoś, bo nie jestem pewna, czy byłby to akt miłosierdzia, czy wygodnictwa.

Potem pomyślałam o Tomku, krajanie z mojego miasta, który od 4 lat zmaga się z nowotworem i też oczekuje wsparcia finansowego na kosztowne leczenie, ale doszłam do wniosku, że jemu i tak wpłacam pieniądze, więc akt heroizmu z mojej strony nie byłby to żaden.

W wigilię wigilii zadzwoniła do mnie pani Ola, której jako redakcja kiedyś pomogliśmy. Poplątane życie, teraz mieszka z partnerem i półrocznym dzieckiem, weźmie wszystko, co jej się da. Ludzie ofiarowali meble, odzież, zabawki, pieniądze, środki czystości, itd., a teraz pani Ola dzwoni i mówi, że na wigilię nie ma nic.

Ale krystalicznie czysta to ona nie jest, ludzie w mieście bardzo źle o niej mówią, bo zachowanie ma co najmniej aroganckie.

Pomyślałam jednak, że oto mam wobec kogo spełnić swoją pokutę – a tu koleżanka mówi, żebym się nie wygłupiała, bo pani Ola nie zasługuje na wsparcie. A najgorsze, że dzwoni, i ja, która ciężko pracuję na chleb, od razu czuję się winna, że jest mi lepiej od takiej Oli z poplątanym życiem. -- Nie lubię ludzi, którzy wywołują u innych tego typu poczucie winy, nie daj się – powiedziała dobitnie, no i wycofałam się. No tak, zaniosę pani Oli coś na tę wigilię, a potem się nie odczepię – pomyślałam strasznie po chrześcijańsku. — Cały czas coś będzie chciała. A tu wypadałoby zrobić jeden uczynek i wystarczy do następnej pokuty, która, miejmy nadzieję, będzie polegała jedynie na zmówieniu zdrowaśki.

– Boże, czy Ty słyszysz moje myśli? — pomyślałam, ale już było za późno. Ziarno zwątpienia zostało posiane i pani Ola wigilię musiała zorganizować sobie we własnym zakresie. Ja się ograniczyłam jedynie do współczucia jej przez telefon.

Teraz żałuję.

Szukając dalej pomyślałam o mężu. W sumie kto powiedział, że mam być miłosierna względem obcej osoby? Mąż cały czas ma do mnie pretensję, że o niego nie dbam, czyli, że nie wstaję z nim rano o 5, by przygotować śniadanie (bo wstaję półtorej godziny później?); nie prasuję mu na okrągło koszul i nie współczuję, gdy po opróżnieniu całej lodówki boli go trzustka. Po przeanalizowaniu tej kwestii stwierdziłam jednak, że nie da się być miłosiernym względem najbliższej rodziny, bo zajeździ cię na śmierć.

Jak raz wstałam o 5, by zrobić mężowi śniadanie, to przez pół godziny wysłuchiwałam, jaki jest biedny, bo musi iść do pracy; gdy wyprasuję koszule – bo przecież i tak je prasuję – to nigdy nie usłyszę słów podziękowania, ale gdy nie daj Boże nie wyprasuję raz, to jest sajgon w domu; a gdybym współczuła mężowi, że boli go pod żebrem, to jadłby jeszcze więcej, a gdy krzyczę, to przynajmniej pomyśli czasem o przejściu na dietę.

Jest jeszcze PCK, ośrodki pomocy, biedne dzieci, itd., ale ja wciąż oddaję tam ciuchy, buty, czasem pieniądze czy słodycze. Dla mnie to standard, a nie jakiś akt miłosierdzia. Poza tym wiem, jak to od środka wygląda, więc często mam dylemat: wspomagać tę patologię czy dać sobie spokój?

Psy z okolicy dokarmiam, a nawet jednego wzięłam ze schroniska; staruszkę przez jezdnię zawsze przeprowadzam, miejsca w tramwaju ustępuję, o życzeniach dla innych pamiętam, wszystkim bez wyjątku dobrze życzę, świń nikomu nie podkładam, uczciwa jestem do bólu; kurde, wiem, że wiemy o sobie tyle, na ile nas sprawdzono, ale żyjemy w takich cudownych czasach, że nikt mnie nie sprawdza! Nie ma głodu, ognia i wojny, nie ma zarazy i morowego powietrza, nie muszę codziennie wybierać czy współpraca z okupantem czy jestem ze swoimi. Cały mój wysiłek to praca, dom i rodzina, a konkretna pomoc innym to wyjście na koncert charytatywny. Ewentualnie pomoc pani Oli, której zbiorczo pomogliśmy.

Przypomniałam sobie katechezę i uczynki miłosierne względem duszy i ciała.

Pierwsze to: grzesznych upominać (jak mogę innych upominać, skoro sama grzeszę?), nieumiejętnych pouczać (kto to jest: nieumiejętny? Dzisiaj nikt nie lubi, gdy się go poucza, przykładem moja 16-letnia córka; poza tym wujek Google pouczy w każdym calu), wątpiącym dobrze radzić (radzę, jak umiem, gdy tylko ktoś poprosi o pomoc, a jako dziennikarka w zasadzie ciągle radzę i doradzam), strapionych pocieszać (pocieszam – prócz męża, gdy zjadł za dużo i boli go pod żebrem), krzywdy cierpliwie znosić (raczej nie dopuszczam, by mnie ktoś krzywdził), urazy chętnie darować (różnie z tym bywa, ale staram się), za żywych i umarłych modlić się (modlę się); drugie: głodnych nakarmić (jakich głodnych? dzisiaj, jeśli jest ktoś głodny, to albo stosuje dietę-cud, albo taki sposób na życie wybrał; są codzienne obiady dla biednych, zasiłki celowe, itd., a gdy „głodnemu” chcesz dać kanapkę, to cię pośle do wszystkich diabłów – wiem coś na ten temat), spragnionych napoić i nagich przyodziać (?), podróżnych w dom przyjąć (a proszę bardzo, zapraszam wszystkich, tylko już widzę, jak jakiś „podróżny” puka do moich drzwi – chyba, żeby oblukać, co by tu zwędzić), więźniów pocieszać (nie mam nikogo takiego, a nieznajomego więźnia mam pocieszać? chyba by się zdziwił), chorych nawiedzać (robię to, na szczęście na tę chwilę wszyscy zdrowi), umarłych grzebać (?).

W efekcie nie wiem, komu i w jaki sposób okazać miłosierdzie. Ale myślę też sobie, że księża częściej powinni takie pokuty zadawać.

PS. W wielu miejscach trywializuję, ale chodzi mi o pokazanie pewnego problemu. Chętnie dowiem się, co myślicie na ten temat. Pozdrawiam świątecznie!

tn_dofota_JQ1A1051 tn_dofota_JQ1A1056 tn_dofota_JQ1A1062 tn_dofota_JQ1A1078 tn_dofota_JQ1A1085 tn_JQ1A1039

 

 

Jakoś sobie, jako rodzina, radzimy, chociaż lekko nie jest. Gdy się do czegoś dąży, coś się chce, coś się robi i planuje, to pieniądze idą jak woda: na kredyty, opłaty, ubezpieczenia, dzieci, samochody, siebie, na końcu na rozrywki.

No właśnie: rozrywki. Ze zgrozą stwierdziłam, że nie stać mnie na bilety do teatru.

O sztuce „Berek czyli upiór w moherze” z Kacprzyk i Małaszyńskim marzę od roku; w Warszawie biletów zdobyć nie sposób, choć poluję na nie nieustannie, więc gdy dowiedziałam się, że teatr Kwadrat przyjeżdża na występy gościnne do Łodzi, rzuciłam się do netu kupić bilety.

Jeden kosztował 146 złotych (w lepszym miejscu), więc dwa, jakby nie liczyć, to koszt 292 złotych. Myślałam tydzień, kupić czy nie, bo listopad, gdy syn robił kurs prawa jazdy, grudzień, gdy święty Mikołaj musi przyjść z worem, i styczeń, gdy tenże syn ma studniówkę, nie są miesiącami na jakieś ekstra wydatki.

Po tygodniu o wypadzie do teatru dowiedziała się córka, która uznała, że też chętnie by z nami pojechała – więc problem się rozwiązał – 438 złotych za trzy bilety do teatru to lekka przesada. Tańsze były po 126 złotych, koszt 378 zł, a najtańsze, na balkonie, po 85 złotych – koszt 255 złotych. Potem do naszej akcji kupowania biletów dołączył syn.

W końcu miał prawo, a nas, w miarę dobrze zarabiających rodziców, powinno stać raz na jakiś czas wyjść do teatru całą rodziną.

Maksymalny koszt takiego wyjścia okazał się jednak wydatkiem ponad nasze możliwości – najdroższy 584 złotych plus dojazd do Łodzi, a najtańszy 340 złotych plus dojazd.

Problem rozwiązał się w końcu sam, bo gdy już usiadłam przed komputerem, żeby kupić cztery najtańsze bilety, mąż oznajmił, że tego samego dnia i o tej samej godzinie ma firmową wigilię, na której musi być, i sprawa spełzła na niczym, bo się pokłóciliśmy.

A potem jako dziennikarka poszłam robić materiał do strasznych bram w mieście, gdzie ludzie żyją tak: od rana naleweczka, telewizor 50 cali gorący, bo od samego rana lecą seriale, które trzeba obejrzeć; właśnie zmywarka się popsuła, więc stosy talerzy leżą chyba od tygodnia; w łazience brudne ciuchy całej rodziny, ale nie w pralce, tylko obok.

W mieszkaniu troje dzieci: jedno w wózku, drugie plącze się pod nogami matki, a trzecie przed komputerem. Czwarte w szkole, a piąte dorosłe.

Prezes zakładu gospodarki komunalnej mówi mi, że pani Andżelika dzieci ma każde z innym, oczywiście pracą zawodową nigdy się nie skalała, a z opłatami zalega na… 70 tysięcy złotych! Taki standard. Kurde, już widzę, jak nie płacę raty kredytu do banku, albo za wodę do urzędu gminy, albo składki ubezpieczeniowej…

Co ciekawe: z różnych świadczeń na dzieci ta kobieta ma co miesiąc prawie 3 tysiące złotych!

Jak zwykle w takich przypadkach wzięłam jakieś czekolady i ciuchy po moich nastolatkach („najlepiej, gdyby były z Nike czy Adidasa, bo na inne kręcą nosem” – mówi mi znajoma z ośrodka pomocy społecznej) i wręczając je pomyślałam, że wkrótce te czekolady oraz ciuchy to oni będę wręczać mnie, bo pani Andżelika dostanie od państwa dodatkowe 2 tysiące złotych na swoje dzieci. Co miesiąc.

Pytam, co z nimi zrobi. Plącze się w zeznaniach, mówi, że zabezpieczy przyszłość dwóm córkom i dwóm synom, że wreszcie kupi im dobry komputer, rower jednemu, a drugiemu motorynkę czy coś w tym stylu, że będzie wreszcie na dobre buty, itd.

Pytam, ile ma lat. 36 lat, jeszcze wiele może.

Pomyślałam o moich biletach do teatru, na które mnie nie stać.

I pomyślałam, że coś jednak jest nie tak z tym nowym pomysłem partii rządzącej pod tytułem 500+.

Oczywiście nie oznacza to, że ja, która zapierd… od rana do wieczora w robocie, a potem w domu starając się być dobrym pracownikiem, podatnikiem, konsumentem, córką, żoną, matką powinnam mieć na moje zachcianki w postaci biletów do teatru dla całej rodziny, ale burzy się we mnie wszystko, że na – przepraszam – mnożenie się dzieci w patologicznych rodzinach państwo będzie płacić!

Jeśli już, to niech deponuje te pieniądze czy ich część na jakimś koncie i wydziela je dzieciom na dodatkową edukację, bo tylko w niej widzę ratunek i wyjście z tej beznadziejnej sytuacji, w jakiej znalazła się polska biedota – na własne czy niekoniecznie własne życzenie.

Wiem, że gros pieniędzy na dzieci, które te rodziny otrzymają, nigdy do maluchów nie trafi. Pójdzie na alkohol, to w pierwszej kolejności (może państwo myśli, że odzyska pieniądze w postaci akcyzy?), na pierdoły typu elektroniczny papieros, kolejny telewizor, wizyty u kosmetyczki i fryzjera.

Rodzina, której nigdy nie było na nic stać, i żyje tak od pokoleń, nie będzie wiedziała, co zrobić z dodatkowym tysiącem, dwoma czy trzema miesięcznie.

Za prezydenta Ignacego Mościckiego wprowadzono zasadę pomocy dla siódmego syna w rodzinie. Czytam w necie, że „chrześniacy prezydenta” – bo tak ich nazywano – dostawali od państwa książeczkę oszczędnościową, a na niej 50 zł (równowartość połowy ówczesnej pensji nauczycielskiej) na 6 proc. Mieli też przywilej bezpłatnej nauki w kraju i za granicą, także na studiach wyższych, stypendium, bezpłatne przejazdy i opiekę zdrowotną. Ulgi na komunikację miało też rodzeństwo chrześniaka.

Myślę, że było to pomyślane z głową. Nie rybka, ale wędka.

Osobiście jestem przerażona daniem do ręki 500 złotych na każde dziecko rodzinom, które kompletnie na to nie zasługują.

Na zdjęciach autorstwa mojego kolegi Darka D.: tak żyją osoby pokroju pani Andżeliki. Czy 500 złotych na każde dziecię sprawi, że zaczną dbać o swoje otoczenie?

Zostałam szefem redakcji. Od pół roku organizuję pracę innym, układam gazetę, redaguję teksty, wymyślam/zbieram tematy, prowadzę kolegia, na których muszę krzyczeć na ludzi, bo w przeciwnym razie połowa tekstów nigdy by nie powstała; podpisuję delegacje, dyżury i załatwiam inne formalności; piszę tony mejli i odpisuję na drugą tonę tychże; wyliczam wierszówki współpracownikom i prowadzę rozmowy kwalifikacyjne z nowymi pracownikami; odpisuję na pisma przedsądowe, bo i takie się zdarzają i przesyłam do prawników wydawnictwa; reprezentuję gazetę na zewnątrz i biorę udział w programach publicystycznych, póki co radiowych, bo telewizję to dopiero sami tworzymy. Sugeruję, jak mają wyglądać kręcone filmy wideo dotyczące problemów naszej lokalnej społeczności, bo realizator sprzęt ma wprawdzie świetny, ale wyczucie dziennikarskie już mniejsze; przypominam co chwila kolegom i koleżankom, by uzupełniali nasz serwis internetowy i jestem aktywna na FB, oczywiście jako nasz tytuł, a nie ja jako ja; co tydzień robię też z ludźmi internetową wersję gazety. Moderuję komentarze, no i wysłuchuję czytelników – osobiście i telefonicznie — a co to oznacza wie każdy, kto pracuje z ludźmi. Wracam do domu dużo później niż gdy byłam aktywnym dziennikarzem, bo redakcyjna robota nigdy się nie kończy.

Czy mi się to wszystko podoba? Wcale.

Wzięłam więc urlop, żeby to od tego wszystkiego odpocząć – i wreszcie popisać. Pomysłów mam od groma, tylko czasu na ich realizację brak.

Skończyło się tym, że kilka dni minęło bezproduktywnie na nicnierobieniu i żadnej zaległej sprawy – nie tylko dotyczącej pisania – nie załatwiłam.

No, ale jak można załatwić swoje rzeczy, skoro życie toczy się niezależnie od ciebie?

Poniedziałek z rańca – siadam przy komputerze i chcę skończyć historię rodziny, gdy słyszę za oknem psy, które ujadają jak szalone. Wychodzę, sprawdzam – dorwały jeża i się nad nim znęcają. Na szczęście jeż wlazł w norę i wystawił igły, więc wielce nieszczęśliwe psiaki musiały się swoją przygodą podzielić, ze mną. Odpędzam je, wołam, przytulam i głaszczę.

Wracam do komputera – telefon. Jeden, drugi, trzeci. Ludzie nie wiedzą przecież, że jestem na urlopie, więc wydzwaniają, jak co dzień. Kiedyś policzyłam, że przeciętnie odbieram około 30 telefonów dziennie, niemal tyle samo wykonuję. Łącznie z niedzielami, podczas których dyżuruję.

Po kilku dniach przestałam telefony odbierać, bo w praktyce wygląda to tak:

  • Ojej, jest pani na urlopie… – słyszę w słuchawce. – Przepraszam bardzo, że niepokoję, ale mam tylko jedną drobną sprawę. Poprosiłabym telefon do pana Malinowskiego…
  • Oczywiście, zaraz podam – mówię i dyktuję.
  • Bardzo pani dziękuję, miłego urlopu – wdzięczność mojego rozmówcy nie zna granic.
  • Dziękuję i do usłyszenia.

Po paru minutach znowu: – Bardzo panią redaktor przepraszam, że dzwonię raz jeszcze, ale ten numer jest nieaktualny, zgłosił się ktoś inny – rozmówca jest zdeterminowany.

  • To proszę zadzwonić do mojego kolegi, on na pewno będzie miał aktualny – mówię i dyktuję namiary do Krzyśka.
  • Oj, bardzo dziękuję i jeszcze raz życzę miłego urlopu.
  • Proszę – mówię z ulgą.

Po paru minutach znów dzwonek. — Pani redaktor, ja naprawdę bardzo przepraszam, bo wiem, że jest pani na urlopie, ale zależy mi na kontakcie do pana Malinowskiego, a pan Krzysiek mówi, że też ma ten nieaktualny. Kto może jeszcze mieć ten numer?

Podaję gościowi kolejne namiary.

Wyciszam oba telefony, służbowy i prywatny, i udaję, że mnie nie ma. Wyjechałam i umarłam, zmartwychwstanę za tydzień.

Ale oczywiście są telefony, które odebrać muszę.

Redakcyjni koledzy i koleżanki mają mnóstwo różnych spraw i zapytań. W sumie innych rzeczy też się nie da odłożyć: muszę na przykład podpisać delegacje, faktury i dyżury, bo koniec miesiąca, więc zamiast kończyć historię rodziny wsiadam w auto i pędzę do papierkowej roboty. Po godzinie wyszłam, ale uświadomiłam sobie, że nasza redakcyjna koleżanka wychodzi za mąż w sobotę, a ja znalazłam garnki, które sobie zażyczyła na ślubny prezent, muszę więc jechać do redakcji po zbiórkową kasę i popędzić maruderów, którzy jeszcze paru złotych nie zdążyli wysupłać – potem jechać po te garnki, bo za chwilę może ich nie być. Wróciłam szczęśliwie do domu, wtedy zadzwonił gość, któremu od ręki było potrzebne tłumaczenie przysięgłe, a ponieważ zepsuła mi się drukarka, znów musiałam jechać do redakcji, by wydrukować kilka dokumentów.

Tak minął poniedziałek, dzień pierwszy.

We wtorek syn nie poszedł do szkoły, bo się rozchorował. Wybiło mnie to z rytmu, bo zamiast siedzieć i pisać, donosiłam mu jak dobra mamusia gorące herbatki, aspiryny i pilnowałam, by leżał. Oczywiście co chwila wołał, że jest głodny, więc pichciłam złą jednocześnie będąc, że kwęka mi nad uchem, gdy tam historia mojej rodziny czeka na ukończenie. Co siadałam, to syn mnie odrywał, jakby się prosząc, by na nim się historia rodu zakończyła!

Środa – syn dalej chorował, ale powiedziałam: o nie! Mam w końcu urlop, o którym nawet własnej rodzicielce nie powiedziałam, bo zaraz by mi go zaprogramowała: albo zawieź mnie do magla, albo chodź umyjemy groby na cmentarzu, abo cały dzień robimy pierogi.

Tak jest za każdym razem, gdy biorę wolne, dlatego Matce o nim nie powiedziałam (później się na mnie za to obraziła, mówiąc, że czeka cały czas na mój urlop, bo mogłabym ją do magla zawieźć, pomóc groby uporządkować na cmentarzu, ulepić pierogi albo pomyć okna, bo jej koleżanki córka specjalnie bierze urlop, przyjeżdża z Warszawy i matce okna myje – taka dobra, nie to co ja! No tak, doszły jeszcze okna…).

Więc w środę też zamierzałam siąść do komputera, ale podobnie jak w poprzednie dni znów mnie coś rozproszyło – już nie pamiętam co, chyba ładna pogoda za oknem, więc jak ma się mnóstwo drzew wokół to trudno usiedzieć nad klawiaturą.

W czwartek pojechałam do Warszawy uprawiać shopping i plotting z koleżanką, która wybierała się do Paryża i musiała kupić sobie kilka fajnych rzeczy, by nie wyglądać jak prowincjuszka, a w piątek pojechałam do redakcji gasić jakiś tam pożar. Co trwało trzy godziny, więc jak wróciłam do domu, nie chciało mi się nic. W sobotę miałam wesele, a w niedzielę poprawiny. W poniedziałek, wściekła na tak spędzony urlop, wróciłam do pracy.

Wniosek? Urlop to niedorzeczny pracowniczy wymysł i tak naprawdę powinnam siedzieć całe dnie w robocie. Bo na jedno wychodzi: i tak nic z tego, co planowałam, nie zrobiłam, a moja frustracja tylko się pogłębiła.

Ale nadszedł weekend i znów miałam pisać.

Niestety, poszłam do biblioteki i wypożyczyłam trzy książki: Gottland Szczygła, Księgi Jakubowe Tokarczuk i Miedziankę Springera. Wszystko cudne. Tokarczuk pisała swoje  imponujące dzieło sześć lat. 

Wniosek numer dwa: jedni po prostu piszą, a drudzy cały czas się do tej czynności przymierzają.

PS. W sprawie ataków terrorystycznych w Paryżu jestem konsekwentna. Je ne suis pas Paris. Więcej w moim wpisie ze stycznia po ataku na Charlie Hebdo. http://nonsensorka70.blog.pl/2015/01/12/charlie-znaj-proporcje-mocium-panie/

Mieszkam na wsi i jest cudownie. Obawy znikają jedna po drugiej, wystarczy, że spoglądam przez okno, wychodzę do ogrodu swojego oraz rodziców, gdzie czuję się jak Alicja w krainie czarów, bo tak piękną i zadbaną mają działkę z własnym ogródkiem ekologicznym, śliwami i jeżynami, które latoś bardzo obrodziły, kwiatami, które wołają feerią barw i kolorów i w ogóle wszystkim, co do szczęścia jest potrzebne. Tata ma wodę ze studni głębinowej, więc podlewa te swoje roślinki i efekt jest taki, że wokół pustynia z powodu suszy, a u niego oaza zieleni bujnej i soczystej.

Snapchat--9029589284230069159

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wstaję po 6 rano, potem robię kilkanaście okrążeń z kijkami po tejże działce rozbudzana przez ptasie trele, pod koniec zrywam, co mi tam żołądek podpowie – albo maliny, albo śliwki, albo fasolę maślaną, albo natkę pietruszki – i wracam do domu. Biorę prysznic i następnie jem ekośniadanie, czasem popijając zielony koktajl, który sprawia, że mam mnóstwo energii na cały dzień, co w mojej pracy jest niezwykle cenne. Ech, życie sielskie-anielskie… – można byłoby rzec, gdyby nie psy. Tak – psy.

Mały jack russel terrier, wychowany na kanapie pupilek, jak tylko poczuł wieś, poczuł i zew wolności. Uciekł nam raz – myślałam, że umrę z dzieciakami z żalu; zjechaliśmy z 50 kilometrów wokół wsi, by go znaleźć, anons na fejsie zamieściłam, zadzwoniłam do schroniska, a on po paru godzinach wrócił umorusowany i przeszczęśliwy.

Od tego momentu uciekał nam notorycznie, znajdując upodobanie w gigancie, gdy otwieraliśmy bramę, by wjechać lub wyjechać autami. W końcu machnęliśmy ręką, bo po nocy czy dwóch zawsze wracał – ale kiedyś mąż nie wytrzymał z ciekawości i ruszył autem za nim w pogoń. Nasz jack między tirami pruł jak burza, mąż ledwie za nim nadążał, aż w końcu się okazało, że nasz prawiczek znalazł sobie na jakiejś posesji będącej w budowie suczkę już z maleństwami, i tam kotwiczył. Gdy mąż chciał go zabrać, jack zaczął warczeć, suczka ugryzła go w nogę, a kierownik budowy wyleciał i opierniczył, że wszedł na teren prywatny.

Córka, psiara, nalegała, żeby wziąć psa ze schroniska, bo obiecałam jej to kiedyś, że jak będzie dom z własnym ogrodem, i tak dalej. I że jackowi będzie raźniej z towarzyszem, i nie będzie uciekał.

Pojechaliśmy do schroniska raz, drugi i trzeci. Wcale nie tak łatwo wybrać psa spośród ponad 200 innych merdających ogonami, ale w końcu zwyciężył Pluto. Zwykły, duży, owczarkowaty.

Wsadziłam go do samochodu, dzieci go pilnowały (syn: „Powinniśmy chyba jakieś kaski pozakładać, głowy nam zaraz pourywa”), a ja jechałam z duszą na ramieniu, czy Pluto wytrzyma 20 minut jazdy. Był równie przerażony jak my, więc wytrzymał, ale ja nie wytrzymałam, gdy zobaczyłam auto całe w sierści i ślinie, mimo zabezpieczenia kocami i folią. Jak nasz mały jack zobaczył kolegę to do wieczora, kilka dobrych godzin, latał za nim jak kot z pęcherzem, a Pluto, który bał się własnego cienia, przed nim uciekał.

Rano w niedzielę wychodzimy na dwór – Pluto nie ma. Uciekł przeskakując siatkę. Dzieci w auto i szukamy. Siedział przy bramie w drugim końcu wsi – ponieważ samochód zdążyłam wymyć, syn musiał go wziąć na smycz i przyprowadzić. Wieczorem pojechaliśmy wszyscy do kościoła. Wracamy, Pluto nie ma. Znowu samochód i szukanie, tym razem na smyczy musiała go przyprowadzić córka.

No i się zaczęło. Był u nas trzy dni i codziennie uciekał przez siatkę. Na czwarty dzień dzieci odprowadziły go do schroniska (15 kilometrów pieszo, a co, w końcu mają wakacje, a ja tej sierści drugi raz nie przeżyję), bo Pluto miał zostać wykastrowany, a my wyjeżdżaliśmy na wakacje. Likwidacja jajek miała też sprawić, że Pluto nie będzie uciekał.

Po tygodniu odebraliśmy go – i wtedy po raz pierwszy uciekł z małym jackiem. Jak otworzyliśmy bramę. Od tego momentu uciekały obydwa przy każdej nadarzającej się okazji, a my z mężem (dzieci akurat wyjechały na obozy) lataliśmy w ich poszukiwaniu z rózgami albo smakołykami, na zmianę. Wkrótce znała ich cała wieś, nas także.

Wkurzona i zdeterminowana kupiłam dla Pluto gustowny łańcuch, ale pani ze schroniska powiedziała, by go nie zakładać, bo psom wichruje się psychika, po czym podała mi kontakt do psiego behawiorysty z dużego miasta. Miał mi odpowiedzieć na pytanie, dlaczego Pluto ucieka.

Po tygodniu stwierdziłam, że albo psyche Pluto, albo moja. Wyjeżdżając samochodem, gdy otwieram bramę na oścież, zakładam mu łańcuch, a gdy już przymknę bramę wracam i łańcuch zdejmuję. Z małym też sobie radzę, bo wydzieram się na niego jak opętana i widzę, że trochę słucha.

Minął prawie miesiąc i Pluto przez siatkę już nie ucieka, bo chyba zrobił bilans zysków i strat – tu ogromny ogród do wybiegania się, mały jack, obok równie hałaśliwy pies sąsiada, piękna buda z tabliczką Pluto i dwa razy dziennie góra ryżu z kaszą gryczaną i mięsem; a tam poniewierka i nie wiadomo, co.

Słowem trochę ich spacyfikowaliśmy, ale dobrze dzieje się zaledwie od dwóch-trzech dni i nie wiem, co będzie dalej.

Ale to wszystko jeszcze nic.

Wyjeżdżając na wakacje zostawiliśmy jacka mojej mamie, żeby go dokarmiała. Rodzice mają już swoje dwa psy, więc trzeci miał nie robić różnicy. Po trzech dniach Mama dzwoni i krzyczy mi w słuchawkę:

Robię weki, patrzę przez okno, a jack uciekł, jak tylko ojciec otworzył bramę. Wyskoczyłam w tym fartuchu w święte mikołaje i wołam na niego, ale nic. Poleciałam w uliczkę w bok i widzę panią Zuzię na rowerze.

Pani Zuziu, pytam, nie widziała pani takiego pieska w łaty? A chyba tam biega, pani patrzy, pokazuje mi ręką ta Zuzia, wiesz, ja ją znam z kościoła. Ojej, pani Zuziu, mówię, a nie pożyczyłaby mi pani roweru na chwilę? Zuzia spojrzała na mnie przerażona, ale dała mi rower, myślała, że zaraz go złapię i jednoślad jej oddam. Wsiadłam na ten rower, taki wielki, męski i pruję za tą gnidą! Widzę robotników, jak posilają się kanapkami i wołam: panowie, łapcie tego pieska! Popatrzyli na mnie jak na idiotkę i nic. To ja dalej za nim, nie patrzę, czy zielone, czy czerwone… Ale on tak gonił, że już siły na tym rowerze nie miałam.

Wpadł na mały cmentarzyk, więc ja za nim, myślałam, że między grobami go złapię – i jakoś tak źle pojechałam tym rowerem, że się wywaliłam! Ale nic, wstałam, otrzepałam się i dalej za nim. Jack uciekł jednak drugim wyjściem z cmentarza i leci w miasto. Na szczęście koło weterynarza poczuł chyba inne psie zapachy i zaczął się tam kręcić. W końcu musiał się załatwić i to wymusiło na nim przestój – to ja hyc, i go złapałam.

No ale co dalej? Tu wyrywający się pies, tu rower. Patrzę, idzie jakieś dziecko. Chłopczyku, pomóż mi zdjąć ten fartuch, zapakuję w niego psa, nie będzie już uciekał. Chłopiec mi pomógł, ale z psem w fartuchu rowerem nie pojadę. Weszłam więc do tego weterynarza, a jakiś facet mówi: pani jest czwarta w kolejce. Mówię, że chcę tylko przedzwonić i poprosiłam o komórkę (ten dobry chłopiec pilnował mi roweru) – jakaś pani podała mi swoją, więc zadzwoniłam do domu, ale nikt nie odbierał, a przecież na pamięć komórki do taty nie znam. A chciałam, żeby przyjechał po tego jacka szamotającego się w fartuchu.

Zadzwoniłam więc do sąsiada, ale Wiesiek powiedział, że nie ma teraz samochodu i żebym mu dała święty spokój. Czekam więc i czekam, chłopiec z zarekwirowanym rowerem od pani Zuzi też, jack mało co mi fartucha nie rozerwie, więc po jakimś kwadransie dzwonię raz jeszcze do ojca – na szczęście był! Przyjechał po psa, ja wsiadłam na rower i – a minęła już jakaś godzina – odstawiłam go zszokowanej pani Zuzi, która dalej trwała na posterunku. Wbita jak słup soli. Gdy mnie zobaczyła, powiedziała: pani Dorotko, jechałam załatwić bardzo ważną sprawę, jeszcze w życiu mi się tak nie spieszyło…

No i teraz głupio się czuję, że jej ten rower zarekwirowałam, muszę jej jakąś bombonierkę kupić. No i noga mi strasznie boli po upadku z roweru, całą mam ją siną, muszę iść na prześwietlenie (mama była zawiedziona, bo nic nie wykazało – przyp. autorki). No, ale – podsumowuje ta szalona 68-latka – pomyślałam, że nie mogę was zawieść, że jak daliście mi psa, żebym się nim zaopiekowała, to jestem za niego odpowiedzialna.

No i tak to z psami w naszym życiu bywa...

 


  • RSS