W tym roku nie będzie Balu Dziennikarza. Aby być precyzyjnym trzeba zaznaczyć, że był to Bal Dziennikarza Warszawskiego, bo bawiło się tam zwykle zamknięte grono redaktorów stołecznych mediów, którzy tańczyli jak im świat biznesu czy polityki zagrał  – przesadzam oczywiście, bo wierzę jeszcze w wolne media i niezależnych pismaków.

Ja rokrocznie organizowałam sobie swój własny bal dziennikarza, gdzieś w okolicach końca grudnia. Dni krótkie, wieczory długie, więc nic, tylko hop do łóżka i można bawić się na całego! Zasada podstawowa: nikt nie mógł mi przeszkadzać. Domownicy chodzili na palcach, a pies nie mógł machnąć nawet ogonem. Cisza i spokój, jak to na balu.

Wskakiwałam więc do wyrka gdzieś kole 21, nie bacząc na ostrzeżenia o Alzheimerze robiłam mocną herbatę z cytryną, rozrzucałam wokół siebie miesięczniki, tygodniki oraz dzienniki i czytałam, czytałam, czytałam… aż znużona usypiałam wśród tych pism z mnóstwem słowa drukowanego i kolorowych zdjęć. Rano wstawałam lekko skacowana i czułam się jak po balu. To była taka wersja zabawy dla dziennikarzy ubogich, w dodatku z prowincji.

Jeszcze kilkanaście lat temu moje bale miały posmak intrygującej świeżości. Choćby taka Tina, pierwsze kolorowe pisemko w naszym kraju (chyba dobrze pamiętam), bo wydawane od 1992 roku. Studiowałam wtedy w Sankt Petersburgu, ale co przyjeżdżałam do kraju to u każdej cioci leżała właśnie Tina. Ileż dawała radości!

To, co teraz przyprawia o mdłości, czyli porady zdrowotne, kosmetyczne i kulinarne w najprzeróżniejszej konfiguracji wylewające się od lat z każdego kolorowego pisma dla pań, wtedy były czymś ekscytującym! Te przepisy z kolorowymi zdjęciami, które można było wycinać! Te przepiękne laseczki, robione w nieznanym nam wówczas Photoshopie! Te stroje, których w polskich sklepach się nie uświadczyło! Każda Tina była rajem dla oczu, podobnie jak Claudia, Twój Styl, Sukces, Nie z Tej Ziemi, Nieznany Świat czy poczciwy Poradnik Domowy.

Dzienniki były zgrzebne, ale obalały tabu – idealna okazja dla każdego dziennikarza. Można było wreszcie odbrązawiać pomniki, pisać o pedofilii, lesbijkach, zapłodnieniu in vitro, egzorcystach, prostytucji i innych rzeczach nieobecnych dotąd w prasie.

Chłonęło się każdy artykuł, a redaktorzy godzili się na każdy temat. Zdjęcia? Nowa jakość. Gazety sprzedawały się na pniu, a czytelnik mógł przebierać i wybierać do woli, wedle gustu.

Teraz jest wszystkiego przesyt: gazet, treści, zdjęć, wciąż powielanych tematów, miałkich tekstów. Moje prowincjonalne bale dziennikarza są coraz krótsze, bo zaczynam jakiś artykuł i odkładam, wiedząc, co będzie dalej. Nic odkrywczego, wszystko przewidywalne. Czy coś może mnie jeszcze zaskoczyć? Wątpię.

Dlatego wolę książki pisane przez PRAWDZIWYCH dziennikarzy. Do takich należy między innymi Jacek Hugo-Bader. Wizualnie książka jest nijaka: mała, szara, bez obrazków i w dodatku z nic nie mówiącym tytułem „Biała gorączka”. A jednak moim prowincjonalnym zdaniem zasługuje na Pulitzera, choć dostała „tylko” Bursztynowego Motyla.

Kto z dziennikarzy odważyłby się pokonać ruskim gazikiem trasę z Moskwy do Władywostoku? Komu by się chciało „zjechać z drogi PRAWIE TYSIĄC KILOMETRÓW by spotkać szamankę Anisję Otsur w szpitalu dziecięcym miasta Kyzył w Republice Tuwy w syberyjskiej części Rosji”? Kto stałby „półtorej godziny zalany krwią walcząc przy drodze z mrozem, śniegiem i zamiecią”, wiedząc, że i tak nikt się nie zatrzyma? Dalej: „tej nocy mróz był jak morfina, chwilami wprawiał mnie w stan błogości. Z przerażeniem zorientowałem się, że jestem na progu hipotermii, że to ten stan, w którym kierowcy podpalają swoje samochody, kiedy na syberyjskich pustkowiach zepsują im się w nocy na drodze. Zrywałem się więc z posłania, grzałem silnik, biegałem wokół samochodu”.

Pochłaniam codziennie po parę kartek tej książki napawając się każdym napisanym zdaniem. Za każdym stoi wiele godzin niełatwego życia w podróży. I codziennie mam wielki szacun dla kolegi dziennikarza, któremu SIĘ CHCIAŁO.

Ta książka jest mi akurat bliska, bo opisuje Rosję, kraj, gdzie spędziłam pięć lat. W wielu miejscach, opisywanych przez pana Jacka byłam, tyle, że docierałam tam w miarę wygodnie, samolotem lub koleją. W głowie miałam pstro, więc nie robiłam notatek ani zdjęć czego szalenie obecnie żałuję, no, ale czasu się nie cofnie.

Ale jest wielu innych dziennikarzy, którzy szalenie barwnie opisują swoje podróże dla takich jak ja, łóżkowych balowiczów z obowiązkową książką na nocnym stoliku: Martyna Wojciechowska, Beata Pawlikowska, Wojciech Jagielski, Mariusz Szczygieł, Wojciech Cejrowski, Andrzej Stasiuk, nie mówiąc o mistrzu Ryszardzie Kapuścińskim.

Moje dawne gazetowe bale poszły w dal. Dziś czytam fantastyczne książki dobrych dziennikarzy i nienasycona wciąż czekam na więcej.

A może w końcu i ja gdzieś wyjadę, a potem opiszę? Tego sobie w 2014 roku najbardziej życzę! I Wam kochani również.