nonsensorka

blog Agnieszki Kubik (pierwszy wpis w lipcu 2012 roku)

Wpisy z tagiem: depresja

Przeprowadzam wywiad, a głowa leci mi do tyłu, jakby ktoś ją co chwila popychał. Wiem, że tego nie widać, więc dalej siedzę, niby pionowo, ale tak naprawdę czuję się jak na karuzeli. Zastanawiam się, czy jak wstanę, to się nie przewrócę. Mam zawroty głowy, zatkane ucho (za godzinę pewnie przejdzie, ale wtedy być może zaniewidzę na oko), ścisk w klatce, wewnętrzny dygot, nie mogę zebrać myśli, słowa nie chcą się układać w ładne zdania, a całe ciało jest napięte do granic możliwości. Za chwilę zemdleję…

wesSpokojnie, to tylko nerwica.

Nie-nerwicowcy niech dalej nie czytają, bo i tak nie zrozumieją.

Odkąd pamiętam czuję się źle. Po raz pierwszy odleciałam w wieku chyba 10 lat, gdy bawiłam się z dzieciakami przed domem. Piłka leciała w moim kierunku, a ja doświadczyłam odrealnienia rzeczywistości – i odlot. Nie upadłam, ale nie wiedziałam też, co się ze mną dzieje. Dzieci zawołały mojego ojca, który zaniósł mnie do domu. Leżałam i było dziwnie. Potem były omdlenia w kościele, w sklepie, w szkole. Nikt się tym nie przejmował, łącznie ze mną. Pół studniówki przesiedziałam na szkolnym korytarzu, bo nie potrafiłam określić, co mi jest. Znów było dziwnie, a powrót do bawiących się koleżanek i kolegów ponad siły.

Wyjechałam na studia do Rosji – i tam to się działo!

Jak tylko przyjechałam do Petersburga, na mojej prawej dłoni pojawiły się żywe rany. Krwawiły, więc zakładałam i wymieniałam bandaże. W sumie też się tym zbytnio nie przejęłam – tyle innych rzeczy się działo – aż w końcu koleżanka z trzeciego roku, przerażona widokiem, zaprowadziła mnie do jakiejś wojskowej przychodni przy placu Zimowym koło Ermitażu. Lekarka zawołała swoje koleżanki, wszystkie zadziwione coś tam nade mną po rosyjsku mówiły, w końcu przepisały maści, których nie wiem nawet, czy ostatecznie użyłam. Samo przeszło po kilku miesiącach.

Potem zaczęłam mieć uderzenia do głowy i ataki paniki. Koleżanki zaliczały kolejnych facetów, a ja co chwila umierałam. Co i rusz trafiałam do ruskich szpitali.

Za pierwszym razem do przybytku dla cudzoziemców i było super. Lekarze określili, że mam „brzucholca”, bo miałam ogromne problemy gastryczne – i leżałam sobie w poczuciu bezpieczeństwa, że nawet jak zemdleję na tym szpitalnym łóżku, to mnie szybko ocucą. Poznałam bardzo miłego Wietnamczyka i Polkę, która studiowała dyrygenturę w Rosji; znajomi mnie odwiedzali, sale były dwuosobowe z TV, a na deser podawano… pęcherzyki powietrza, które wyglądały jak mydlana piana. Jadło się to łyżką, a pielęgniarki mówiły, że piana zastępuje spacer na świeżym powietrzu. Leżałam kilka dni i jak tylko wyszłam zachciało mi się natychmiast wrócić.

Nie było to takie proste. Karetki pogotowia przyjeżdżały do mnie, a ja, zgłębiając codziennie rosyjską encyklopedię zdrowia (raczej chorób), wmawiałam lekarzom, co mi jest, a ci, o dziwo, wierzyli. Dostawałam kolejne leki, ale było tylko gorzej; ktoś, kto przeżył lub przeżywa nerwicę, wie doskonale, o czym piszę. Wystarczy, że napiszę słowo „kaloryfer” i dla nerwicowców wszystko będzie jasne.

Któregoś razu, znów umierając i dodzwaniając się na pogotowie usłyszałam w słuchawce, że znowu dzwoni „ta wariatka”, i że nie będą już do mnie jeździć. Strasznie nakrzyczałam, więc przyjechali, ale dali głupiego jasia i pojechali. Do rana nie mogłam ruszyć ręką i nogą, a nawet językiem, byłam sparaliżowana, a wewnątrz umierałam na dobre. To był mój najgorszy dzień w życiu. Więcej do nich nie zadzwoniłam.

Po kilku dniach, przekonana, że mam krwawienie wewnętrzne, sama poszłam do szpitala. Pierwszego z brzegu.

To była zima. Wdarłam się do jakiegos gabinetu i powiedziałam lekarzowi, żeby mnie zbadał, bo inaczej ze szpitala nie wyjdę. Zszokowany przebadał i powiedział, że wszystko jest okej.

A ja dalej, że stąd nie wyjdę, póki mnie nie wyleczą.

On, że nie ma miejsca.

Ja, że trudno, musi mi coś znaleźć.

Westchnął i zaprowadził do sali z jednym wolnym łóżkiem. Salka była 6-osobowa, ciasna jak cholera, na 5 łóżkach leżały babuleńki. Oznajmił, że wszystkie mają żółtaczkę, ale wcale mnie to nie zniechęciło. Powiesiłam swój kożuch na wieszaku w rogu sali i zaczęłam się rozbierać, by wreszcie położyć się do łóżka. Wtedy jedna z babć zaczęła krzyczeć, żebym wyniosła kożuch, bo ona jest uczulona na wełnę! Nie wiedziałam, co robić, ale wzięłam go i wyszłam na korytarz. Akurat szedł „mój” lekarz, więc powiedziałam, że nie będę w tej sali leżeć, niech szuka innej. Wkurzony pokazał mi w końcu wersalkę na korytarzu, którą obsiadły koty – koty w Rosji to jak krowy w Indii – i powiedział: chcesz, to się kładź!

Wybiegłam z tego szpitala! Nie wiem, jak dobrnęłam do domu, bo już wtedy nerwica nie pozwalała mi normalnie funkcjonować. Wyjście za próg mieszkania było horrorem, przejazd marszrutką do metra gehenną, a dojazd na uczelnię metrem, jakieś 40 minut pod ziemią, czarną przepaścią stąd do wieczności. Ciągle chciało mi się mdleć, dusiłam się z braku powietrza, serce mi trzepotało, cokolwiek nie zjadłam bolał mnie brzuch i całe ciało. W końcu nie byłam w stanie wstać rano z łóżka. Wokół wszyscy byli zdrowi i prowadzili ożywione życie towarzyskie, a ja leżałam w pościeli i umierałam.

Zioła, akupunktura, medytacja, wizualizacja, magiczny „piataciok” (kółko z dziurką za piekielne pieniądze, które miało mnie uzdrowić), czary-mary znachorów i Bóg wie jeszcze co. Wszystko o kant du… potrzeć.

Wsiadłam do samolotu (wypiłam wtedy na pokładzie, pamiętam, trzy butelki neospazminy) i wróciłam do Polski w przekonaniu, że na studia już nie wrócę, bo toczy mnie śmiertelna choroba. Rodzice byli przerażeni.

- Całą Rosję zwiedziłaś, a teraz z łóżka nie możesz wstać? – grzmiał Ojciec.

- Udajesz! Wstawaj i weź się w garść – krzyczała Matka.

Któryś z kolei lekarz orzekł w końcu, że to nerwica i dał leki uspokajające. Nerwica to przecież nie choroba.

Z ledwością skończyłam studia. Pod koniec ważyłam ze 40 kilo i gdy wsiadałam do pociągu w Petersburgu ostatniego dnia pobytu w Rosji, to nawet się za sobą nie obejrzałam! Do dzisiaj żałuję, że spędziłam tam pięć lat swojego życia.

Zaczęłam studia dziennikarskie, ale nerwica nie odpuszczała. Lęki miałam przeogromne. Trafiłam w końcu do psychoterapeuty i po jakimś roku poczułam, że wróciłam do jako takiej normy.

Jako takiej, bo złe samopoczucie towarzyszy mi ciągle. Akcję ze szpitalem w moim rodzinnym mieście też miałam nie raz – byleby tylko położyć się na szpitalnym łóżku, bo potworność istnienia nie pozwalała inaczej.

A na co dzień – nerwicowcy to znają – unikanie tłumów (nie da się), siadanie blisko drzwi, by w razie czego można było wyjść, szybka lokalizacja toalety, zero występów publicznych (zaliczam je ciągle), zero kościołów (chodzę, choć często wychodzę), teatrów czy kin (chodzę, bo kocham) i siedzenie w środkowych rzędach (siedzę i się pocę); słabość, uczucie duszności, splątany język i mnóstwo innych objawów. Widok z drugiego piętra przyprawia o mdłości, podobnie jak sama myśl o locie samolotem. Stany depresyjne. Fobie.

Nigdy nie wiesz, czym twój organizm zaskoczy cię następnego dnia.

A mimo to trzeba jakoś żyć. Pewnie to życie wyglądałoby zupełnie inaczej, gdybym nerwicy nie miała. Byłabym w innym miejscu i byłabym innym człowiekiem.

Czy byłabym szczęśliwsza? Nie wiem.

Wiem, natomiast, że nie jestem odosobniona i trochę nas jest.

Co mi pomaga?

Po przetestowaniu chyba wszystkiego Ameryki nie odkryję: intensywny fitness, że pot się leje oraz koncentracja na „tu i teraz”. Właściwa dieta czyli szczęśliwe jelita. Oczywiście pozytywne myślenie, o co w moim przypadku strasznie ciężko.

Witajcie w klubie?

Czekam na raka. Pewnie będzie to rak żołądka, bo często boli mnie brzuch, albo rak mózgu, genetycznie, po ojcu. Dlaczego nie miałabym zachorować? Tyle ludzi wokół choruje. Jedni na raka już umarli, drudzy na niego chorują, a jeszcze inni na niego zachorują, to pewne. Dlaczego więc nie ja? Ciągle źle się czuję, a moje życie to pasmo porażek. Jestem idealną kandydatką na przyjęcie tego uszczypliwego gościa. Zaraz, zaraz, jakich to badań jeszcze nie robiłam?…

Mam 400 tysięcy kredytu, a moja firma się sypie. Mąż połyka na śniadanie Depresanum, bo w jego dziale Niemiec zwolnił już dwóch ludzi. Musi zwolnic jeszcze dwóch, by budżet na 2014 rok się zbilansował. Mnie Depresanum już nie pomaga, łykam antydepresant przepisany przez psychiatrę. Dobrze, że istnieje NFZ, bo musiałabym bulić za każdą wizytę ponad 100 złotych. A my ciągle na debecie. Zachciało nam się budowy w czasach kryzysu! Dom trzeba wykończyć, a nie ma z czego. Prędzej ta wstrętna chałupa wykończy nas…

Już nie wyglądam jak 20 lat temu. Skóra się marszczy, pełno przebarwień. Koło nosa bruzdy, no i te okropne „chomiki”. Powieki zaczynają opadać, jakbym miała kasę, to na pewno bym je podniosła. Ale nie mam. Zmarszczki, wszędzie zmarszczki, zwłaszcza na szyi, chociaż wklepuję dobre kremy. Włosy nie chcą się układać, zęby ciemnieją, a klupa się wydłużyła. Ostatnio dentystka powiedziała, że mam początki… parodontozy. Myślałam, że to choroba staruszek. Faceci już nie zatrzymują na mnie wzroku jak dawniej. A jeśli już, to mogliby być moimi dziadkami…

Chciałabym podróżować po całym świecie. Zawsze o tym marzyłam, od dziecka. Kupowałam Poznaj swój kraj i Poznaj świat, oglądałam Tony Halika i czytałam podróżnicze książki. Ale tak mi się życie ułożyło, że nigdzie nie byłam. Ledwie do pierwszego starcza. Mam siostrę w Krakowie, tak myślę, żeby jechać do niej, bo ciągle zaprasza, ale ona ma syna i wnuki, wypadałoby każdemu kupić po prezencie. Nie mam na to pieniędzy…

44 lata to już nie czas na dzieci. Muszę się pogodzić, że nigdy już ich nie będę mieć. Co z tego, że mam wszystko inne? Apartament, świetną pracę, zagraniczne wakacje i dobry wóz. No i młodszego faceta, bogatego. Liczył, że nam się z tymi dziećmi uda, ale ja już wiem, że nie. Psycholog powiedział, żebym napisała list do swoich nienarodzonych dzieci. Jak Oriana Fallaci…

Mąż mnie nie zauważa. Tylko grzyby, ryby, kanapa z pilotem i praca. Staram się być dla niego atrakcyjna, robię, co mogę, ale to jak w tym dowcipie – nawet jak założyłabym maskę przeciwgazową, to zapytałby, czy sobie brwi wydepilowałam… Nie czuję się kobietą. W dodatku wszystko na mojej głowie: sprzątanie, zakupy, pranie, prasowanie, odrabianie lekcji z dziećmi, wywiadówki, korepetycje. To życie mnie udupia, gdzie tu czas na uniesienia? Nie tak miało wyglądać moje życie…

Ta jego Sabina  zrobiła „klik”. To wystarczyło, by odżyły demony. Jednym kliknięciem zamieniła moje życie w prawdziwy koszmar. Za to mąż triumfuje. Z Sabiną chodził dwadzieścia kilka lat temu. Przez cztery lata. Piękność, której zazdrościli mu wszyscy koledzy. Ale to on szedł z nią do łóżka. Potem wyjechał na studia. Sabina miała czekać… Ona teraz jest tą pierwszą i jedyną na wieki wieków, a ja tylko starzejącą się żoną…

Nie mam pracy. Zwolnili mnie po 22 latach pracy w ośrodku kultury. I to w jakim stylu! Do tej pory nagrody, premie i gratulacje, a potem, z dnia na dzień, na bruk! Jak psa! Nowa dyrektorka nawet do mnie nie przyszła, pismo przyniósł pan Gienio, kierowca. I co ja mam teraz zrobić? Sama jestem, kredyt mam do spłacenia. Od dwóch tygodni nie śpię…

Od roku czekam na przeszczep nerki. Ale zanim się doczekam, trzy razy w tygodniu muszę jeździć na dializy. Takie życie to koszmar. Wciąż jestem pod telefonem. Córka ma 16 lat, jak jej mówię, że życie nie jest usłane różami, to wzrusza ramionami. Mówi, że jej się wszystko uda, co tylko sobie zaplanuje. I że jak zwykle przesadzam.

Przesadzam?

Po mile i aktywnie spędzonej sobocie usiadłam sobie wieczorem przed TV. Poczułam, że kręci mi się w głowie – raz, drugi, trzeci. Zignorowałam objaw, dalej przerzucając kanały w poszukiwaniu rozkoszy straconego czasu. A potem dostałam obuchem w głowę – rzuciło mnie na kanapę, na której siedziałam, a potem jeszcze raz i jeszcze raz. Udar – przemknęło mi przez myśl. – To jest udar, kobieto!

Rozłożyłam się na kanapie czekając na rychłą śmierć. Kostucha nie przychodziła, za to jakieś wiry w głowie wciągały mnie w czeluść bezdenną, tak, że nawet oczu nie mogłam otworzyć. Gdy serce zaczęło mi walić 200 razy na minutę, a na duszy zrobiło się lodowato, naprawdę myślałam, że już po mnie.

Po pół godzinie atak przeszedł, mogłam wreszcie wstać i na chwiejnych nogach przejść do łóżka, choć byłam pewna, że nocy to już na pewno nie przeżyję.

Przeżyłam.

Potem był lekarz i wszystkie możliwe badania. Wszystkie w normie.

Jak dochtory nie wiedzą, co człowiekowi jest, to jaką stawiają diagnozę? Standardową – przemęczenie i nerwica.

- Przepiszę pani tabletki na poprawę nastroju – zasugerował lekarz, ale odmawiam. Mam jeszcze na nie czas. – To skieruję panią do psychiatry. Albo uzna, że trzeba jednak podać leki, albo przekieruje do psychoterapeuty – decyduje.

Nie mam nic przeciwko psychiatrom, a słowo psychoterapeuta kojarzy mi się jeszcze bardziej sympatycznie: chętnie położę się na kozetce, by godzinami opowiadać o swoich życiowych rozterkach. Dlaczego nie, wreszcie ktoś mnie wysłucha!

– Super – mówię.

W rejestracji dowiaduję się, że najbliższy termin do psychiatry jest za miesiąc. Znów czuję, jak kręci mi się w głowie, ale cóż. Od nerwicy się ponoć nie umiera, to tylko miesiąc.

Upłynął właśnie wczoraj.

Poszłam.

W długim wąskim korytarzu zapyziałej przychodni zobaczyłam tłum ludzi: w beretach, czapkach nasuniętych na oczy, paltach; siedzących, stojących i podpierających ściany. Nikt się nie odzywał.

Byłam ósma.

Też podparłam ścianę i stoję. Też nie mam gdzie oczu podziać. I też nie mam ochoty zagajać rozmowy, bo o katarze i grypie można jeszcze pogadać, ale o nerwicy? Lękach? Depresji? Schizofrenii?

Po kwadransie constans, żadnego ruchu.

Więc wyszłam.

W rejestracji pani wcisnęła mnie na kolejny termin – za miesiąc – może się uda, choć już jest zapisanych 20 osób. – Kilka godzin czekania na pewno – uprzedziła, a ja pomyślałam OK, przynajmniej się psychicznie nastawię.

Rozmawiam z koleżanką, która od lat leczy się psychiatrycznie. Najpierw państwowo – ale tu psychiatrów jak na lekarstwo - potem prywatnie.

Mówi mi: Tak to już jest w poczekalni dla świrów. Ja zawsze czekałam po kilka godzin – stałam, siedziałam, kucałam. W lato wychodziłam do ogródka na ławeczkę nie mogąc wytrzymać smrodu. Generalnie, bardzo miło wspominam czasy państwowego leczenia. Teraz też czekam w kolejce, ale mniejszej. Nie każdego stać na zapłacenie 90 zł za prywatną wizytę (za pierwszą 100 zł), drugie tyle za leki. Osoby czekające w kolejce są więc lepiej sytuowane i zadbane. Ale nudno jest.

W państwowej coś się działo – to jakiś schizofrenik rzucał radiem (na korytarzu stało stare radio) i krzesłem, bo lekarz nie chciał mu przepisać leków, a to przywieźli jakiegoś więźnia w kajdankach, a to jakiś opóźniony zlał się w majty, a to opóźnieni zachowywali się dziwnie (ryczeli, kładli się na podłodze, etc.). W tym całym cyrku i my – paniusie z nerwicami i depresjami. Do tego akustyka taka, ze wszystko z gabinetów było słychać i każdy nasłuchiwał, co dolega ziomkowi, który akurat siedzi w gabinecie. To były czasy!:)

Przede mną zatem ubaw po pachy. No chyba, że przestanie mi się wreszcie kręcić w głowie.


  • RSS