Odkąd pamiętam praca była dla mnie celem samym w sobie. Nie liczyło się nic innego jak rozwój zawodowy, podnoszenie samej sobie poprzeczki, wyszukiwanie inspiracji. Ciągle chodziłam na jakieś kursy, warsztaty, studia, uczyłam się języków. No i pisałam, a dobrze napisany tekst, który następnie ukazywał się w gazecie, sprawiał mi za każdym razem niebywałą wewnętrzną satysfakcję. To było to samo uczucie, gdy mając 17 lat gazeta wydrukowała mi mój pierwszy artykuł.

office-620822_960_720Całodzienna praca, również w weekendy (zero rodzinnych obiadów, a tu dom, dzieci, familia), nieustannie dzwoniący telefon, ciągłe nasłuchiwanie, czy w oddali nie słychać syren (wypadek, kolizja, pożar, powódź?), gapienie się w ekran TV, by nie przeoczyć jakiegoś newsa i być na bieżąco; bieganie i/lub jeżdżenie, by zebrać materiał (oddzielną książkę można by o tym napisać), obsługa imprez, proces pisania tekstów, interaktywny internet, z którego dowiadujesz się od człowieka, który cię nie zna i nigdy nie przeczytał nawet pół twojego tekstu, że – ilekolwiek serca i wysiłku byś w swoja pracę nie włożyła – i tak jesteś na dnie, a nad tobą trzy metry mułu. I tak od 20 lat.

Kiedy przeoczyłam moment, że dla innych ludzi, głównie młodszych, ale nie tylko, praca to tylko dodatek do życia?

I dlaczego to przeoczyłam?

Zostałam szefową (teraz wiem, że szefami zostają kretyni – by pracować jeszcze ciężej) i zatrudniam ludzi. Jeszcze kilka miesięcy temu myślałam, że praca w mojej gazecie to szczyt marzeń dla każdego dziennikarza. Wcale nie! Oni nie chcieli się rozwijać! Szok pierwszy. Jak można nie chcieć się rozwijać???

A może – tu wreszcie przemknęła mi błyskotliwa myśl – nikt nie chce tak ciężko harować??? I nie o żaden rozwój tu chodzi.

 Jedna osoba powiedziała, że nie ma ochoty wychodzić o północy z pracy (w środy, gdy kończymy gazetę, tyle właśnie pracuję, i to 17 lat), a w inne dni szesnasta to maks na wyjście z pracy. Bo potem ma swoje hobby i chce mieć na niego czas.

Druga powiedziała, że ona dba o swoje zdrowie psychiczne, a praca na okrągło temu nie sprzyja. Że też sama na to wcześniej nie wpadłam.

Trzecia, która robi w innej gazecie prostą obsługę imprez, na nową pracę skusić się nie chciała. Powiedziała, że jest jej dobrze, jak jest i nie chce niczego w swoim życiu zmieniać.

Kolejna uznała, że po dwóch latach pracy w gazecie w dziennikarstwie osiągnęła już wszystko i może teraz odcinać kupony wrzucając na fejsa własne zdjęcia jako lokalny celebryta.

Młodzi to w ogóle byli jak z innego świata. Etat traktowali jako coś, co należy im się na dzień dobry, a moje pytania o jakiekolwiek doświadczenie, dyspozycyjność czy mobilność traktowali jak fanaberie głupiej baby. Pojawiła się nawet dziewczyna, która pracowała w Żabce, ale uznała (po stracie tam pracy), że lepiej będzie jej w gazecie. – Pisałaś już coś – zapytałam. – Tak, w podstawówce, wypracowania – usłyszałam. – To napisz coś i przynieś – jak każdemu i jej dałam szansę. Przyniosła. Z tego akurat wypracowania dostałaby jedynkę. Chyba była zdziwiona.

A potem przyszły następne olśnienia: to oni mają rację, a nie ja!

To ja jestem pracoholiczka, czyli idealny pracownik w każdej korporacji, bo dojdę do celu po trupach, zwłaszcza po własnym. Przyjdę wcześniej niż inni, jak trzeba, a ciągle trzeba, bo w gazecie roboty się nie przerobi, zostanę po godzinach, będę pracować w weekendy nie licząc na odbiór czy finansową gratyfikację, a słowo niemożliwe dla mnie istnieć nie będzie. W dodatku od każdego będę wymagać więcej i więcej, przez pryzmat własnego pracoholizmu.

Po drugie: nie potrafię odpoczywać. Bo odpoczynek to sztuka jak każda inna, a ja nie opanowałam jej, bo nie miałam kiedy. Krótka drzemka czy leżenie na kanapie z pilotem w ręku odpoczynkiem nie jest. Nie jest???!!!! No nie jest.

Nawet w czasie wolnym od pracy zachowuję się jak automat: i tak siedzę w necie, wyszukuję newsy i tematy, które można opisać, odbieram telefony od ludzi, odpisuję na mejle, aktualizuję firmowego Facebooka. Nawet jak idę na spacer, do kina, knajpy ze znajomymi, na przejażdżkę rowerem czy do sklepu to i tak wyłuskuję, czy wszystko gra, bo jeśli nie – to opiszę! Mało tego: jako naczelna lokalnej gazety jestem rozpoznawalna, więc nawet w sklepie, u fryzjera, na basenie, w saunie czy u krawcowej, i tak ludzie dzielą się swoimi wrażeniami z życia miasta, które koniecznie powinnam poruszyć na łamach gazety!

Można więc powiedzieć, że swój zawód wykonuję non-stop.

Po trzecie nie mam czasu na własne hobby. To znaczy mam – ale nie mam, bo patrz wyżej. Bo jak mam, to i tak zachowuję się jak automat…

Reasumując, po 20 latach pracy jestem totalnie zmęczona. Jeszcze nie wypalona, bo nadal kocham dziennikarstwo, ale zmęczona.

I moje pokolenie chyba tak jeszcze ma, że praca i „samorozwój” były na pierwszym miejscu. Młodsze pokolenie ma do tego zdrowsze podejście i myślę, że najwyższy czas, by w tej akurat kwestii z mentora stać się uczniem i brać z „leniuchów” przykład.

Tylko, że ja już nie potrafię. Co mi radzicie?