nonsensorka

blog Agnieszki Kubik (pierwszy wpis w lipcu 2012 roku)

Wpisy z tagiem: praca

Odkąd pamiętam praca była dla mnie celem samym w sobie. Nie liczyło się nic innego jak rozwój zawodowy, podnoszenie samej sobie poprzeczki, wyszukiwanie inspiracji. Ciągle chodziłam na jakieś kursy, warsztaty, studia, uczyłam się języków. No i pisałam, a dobrze napisany tekst, który następnie ukazywał się w gazecie, sprawiał mi za każdym razem niebywałą wewnętrzną satysfakcję. To było to samo uczucie, gdy mając 17 lat gazeta wydrukowała mi mój pierwszy artykuł.

office-620822_960_720Całodzienna praca, również w weekendy (zero rodzinnych obiadów, a tu dom, dzieci, familia), nieustannie dzwoniący telefon, ciągłe nasłuchiwanie, czy w oddali nie słychać syren (wypadek, kolizja, pożar, powódź?), gapienie się w ekran TV, by nie przeoczyć jakiegoś newsa i być na bieżąco; bieganie i/lub jeżdżenie, by zebrać materiał (oddzielną książkę można by o tym napisać), obsługa imprez, proces pisania tekstów, interaktywny internet, z którego dowiadujesz się od człowieka, który cię nie zna i nigdy nie przeczytał nawet pół twojego tekstu, że – ilekolwiek serca i wysiłku byś w swoja pracę nie włożyła – i tak jesteś na dnie, a nad tobą trzy metry mułu. I tak od 20 lat.

Kiedy przeoczyłam moment, że dla innych ludzi, głównie młodszych, ale nie tylko, praca to tylko dodatek do życia?

I dlaczego to przeoczyłam?

Zostałam szefową (teraz wiem, że szefami zostają kretyni – by pracować jeszcze ciężej) i zatrudniam ludzi. Jeszcze kilka miesięcy temu myślałam, że praca w mojej gazecie to szczyt marzeń dla każdego dziennikarza. Wcale nie! Oni nie chcieli się rozwijać! Szok pierwszy. Jak można nie chcieć się rozwijać???

A może – tu wreszcie przemknęła mi błyskotliwa myśl – nikt nie chce tak ciężko harować??? I nie o żaden rozwój tu chodzi.

 Jedna osoba powiedziała, że nie ma ochoty wychodzić o północy z pracy (w środy, gdy kończymy gazetę, tyle właśnie pracuję, i to 17 lat), a w inne dni szesnasta to maks na wyjście z pracy. Bo potem ma swoje hobby i chce mieć na niego czas.

Druga powiedziała, że ona dba o swoje zdrowie psychiczne, a praca na okrągło temu nie sprzyja. Że też sama na to wcześniej nie wpadłam.

Trzecia, która robi w innej gazecie prostą obsługę imprez, na nową pracę skusić się nie chciała. Powiedziała, że jest jej dobrze, jak jest i nie chce niczego w swoim życiu zmieniać.

Kolejna uznała, że po dwóch latach pracy w gazecie w dziennikarstwie osiągnęła już wszystko i może teraz odcinać kupony wrzucając na fejsa własne zdjęcia jako lokalny celebryta.

Młodzi to w ogóle byli jak z innego świata. Etat traktowali jako coś, co należy im się na dzień dobry, a moje pytania o jakiekolwiek doświadczenie, dyspozycyjność czy mobilność traktowali jak fanaberie głupiej baby. Pojawiła się nawet dziewczyna, która pracowała w Żabce, ale uznała (po stracie tam pracy), że lepiej będzie jej w gazecie. – Pisałaś już coś – zapytałam. – Tak, w podstawówce, wypracowania – usłyszałam. – To napisz coś i przynieś – jak każdemu i jej dałam szansę. Przyniosła. Z tego akurat wypracowania dostałaby jedynkę. Chyba była zdziwiona.

A potem przyszły następne olśnienia: to oni mają rację, a nie ja!

To ja jestem pracoholiczka, czyli idealny pracownik w każdej korporacji, bo dojdę do celu po trupach, zwłaszcza po własnym. Przyjdę wcześniej niż inni, jak trzeba, a ciągle trzeba, bo w gazecie roboty się nie przerobi, zostanę po godzinach, będę pracować w weekendy nie licząc na odbiór czy finansową gratyfikację, a słowo niemożliwe dla mnie istnieć nie będzie. W dodatku od każdego będę wymagać więcej i więcej, przez pryzmat własnego pracoholizmu.

Po drugie: nie potrafię odpoczywać. Bo odpoczynek to sztuka jak każda inna, a ja nie opanowałam jej, bo nie miałam kiedy. Krótka drzemka czy leżenie na kanapie z pilotem w ręku odpoczynkiem nie jest. Nie jest???!!!! No nie jest.

Nawet w czasie wolnym od pracy zachowuję się jak automat: i tak siedzę w necie, wyszukuję newsy i tematy, które można opisać, odbieram telefony od ludzi, odpisuję na mejle, aktualizuję firmowego Facebooka. Nawet jak idę na spacer, do kina, knajpy ze znajomymi, na przejażdżkę rowerem czy do sklepu to i tak wyłuskuję, czy wszystko gra, bo jeśli nie – to opiszę! Mało tego: jako naczelna lokalnej gazety jestem rozpoznawalna, więc nawet w sklepie, u fryzjera, na basenie, w saunie czy u krawcowej, i tak ludzie dzielą się swoimi wrażeniami z życia miasta, które koniecznie powinnam poruszyć na łamach gazety!

Można więc powiedzieć, że swój zawód wykonuję non-stop.

Po trzecie nie mam czasu na własne hobby. To znaczy mam – ale nie mam, bo patrz wyżej. Bo jak mam, to i tak zachowuję się jak automat…

Reasumując, po 20 latach pracy jestem totalnie zmęczona. Jeszcze nie wypalona, bo nadal kocham dziennikarstwo, ale zmęczona.

I moje pokolenie chyba tak jeszcze ma, że praca i „samorozwój” były na pierwszym miejscu. Młodsze pokolenie ma do tego zdrowsze podejście i myślę, że najwyższy czas, by w tej akurat kwestii z mentora stać się uczniem i brać z „leniuchów” przykład.

Tylko, że ja już nie potrafię. Co mi radzicie?

Zostałam gadającą głową w TVP. Czasem trzeba zrobić coś wbrew sobie, żeby stwierdzić, że było nawet fajnie!

Piszę sobie bloga, a potem różni ludzie się ze mną kontaktują i czegoś tam chcą. Jest to nawet miłe, choć zabiera trochę czasu.

Tym razem redaktorka z programu „Pytanie na śniadanie”, którego w życiu nie oglądałam, bo nie włączam telewizora wcześniej niż o godzinie 19, poprosiła, bym rozsiadła się na telewizyjnych kanapach i opowiedziała, jak to trzeba być niekulturalnym dzwoniąc na pogotowie (chodziło o mój wpis „Dzwoniąc na pogotowie warto być kulturalnym?” ze stycznia ubiegłego roku, gdzie opisywałam, jak to ani pogotowie, ani lekarze nocnej pomocy lekarskiej nie chcieli przyjechać nocą do mojej wyjącej z bólu głowy córki).

– Zapraszamy na wtorek na godzinę ósmą rano – usłyszałam. – Poruszamy ważki problem: jak uzyskać nocą pomoc lekarską. Nie wiem, skąd pani jest, ale to chyba nie jest problem przyjechać do Warszawy na 10 minut…

Problem może i nie jest, bo z mojej 50-tysięcznej miejscowości codziennie tysiące ludzi dojeżdża do pracy do stolicy, w tym paru VIP-ów, ale jeszcze na głowę nie upadłam, aby zrywać się o piątej rano, by na ósmą utytłana w śniegach, z przyklapnięta fryzurą „spod czapki” pojechać na parę minut do TV.

Poza tym mam ciężki tydzień w pracy i mowy nie ma, bym wzięła choć parę godzin urlopu. Uprzejmie acz zdecydowanie odmówiłam.

– To może chociaż zadzwonimy w ten wtorek i opowie nam pani swoją historię przez telefon – nie poddawała się redaktorka. Opowiedzieć mogę, co mi tam. Nadmieniłam jednak, że przy okazji chciałabym wrócić do sprawy 2,5-letniej Dominiki, gdyż dramat tego dziecka dotyczył tego samego pogotowia i tej samej NPL. Redaktorka nie była zachwycona, wolała skupić się tylko na mojej historii, ale odparła, że porozumie się z wydawcą i oddzwoni.

Po paru kwadransach oddzwoniła i stwierdziła, że historia jest jednak super, i że oni przyjadą do mnie nagrać materiał. No tak, TVP jeszcze w swoich czterech ścianach nie gościłam! Ale czemu nie? Nie chciałam jechać do Warszawy, to Warszawa przyjedzie do mnie!

Przyjechali zaraz następnego dnia: trzech starszych panów i dziennikarka, wszyscy sympatyczni. Pozachwycali się moim psem, ustawili kamerę, jakieś lampy, usadzili mnie na krześle i kazali mówić. Byłam w swoim żywiole, bo ja mówić mogę bez przerwy! No i mówiłam, tyle, że połowę wycięli, zmontowali i było tego ze dwie minuty…

Cieszę się jednak, że w tym materiale wrócono choć na chwilkę do sprawy opisywanej przeze mnie historii 2,5-letniej Dominiki. Należy się temu dziecku i jego rodzicom, zwłaszcza w kontekście umorzenia tej sprawy przez prokuraturę!!!

Teraz minister Arłukowicz bierze na warsztat kolejną tragedię, tę z Włocławka, puszy się podobnie jak przy Dominice – i co to da? Nic. Dzisiejszy wpis będzie jednak pozytywny, więc nie mam zamiaru znęcać nad politykami.

Materiał został wyemitowany, można go sobie obejrzeć w necie, a ja przeglądając go czuję, że byłam tylko kolejną gadającą głową w tej telewizyjnej papce. Wartości merytorycznej nie ma to żadnej! Miło było: znajomi pogratulowali (kto ma czas oglądać TV o ósmej rano? Nauczycielki mające obecnie w Łódzkiem ferie!), mama zadzwoniła nadąsana i raz jeszcze powiedziała, że mi nie wybaczy, iż do nagrania nie założyłam sznura korali z prawdziwego korala, rodowej pamiątki po nie wiadomo kim, a mąż zapytał, czy jako celebrytka już chcę się z nim rozwieść czy dopiero po następnym występie.

I tylko najzdrowiej zareagowały moje nastolatki.

Gdy rano krzyknęłam z dużego pokoju „Chodźcie, mama jest w telewizji!”, jedno zachrapało śpiąc na popielniczkę, a córka, o której była mowa w programie, przekręciła się na drugi bok mrucząc „ale obciach, tylko moim koleżankom nic nie mów”.

W tym pokoleniu cała nadzieja.

 

Moja koleżanka Małgosia, kobieta po czterdziestce, chce zmienić pracę. Nieco zadziwiająca decyzja, bo na pozór wszystko wygląda  OK – 15 lat pracy w tej samej firmie, kierownicze stanowisko, zagraniczne kontakty, biegły angielski i niemiecki.  – Ło Matko Boska – biadolą nad nią psiapsiółki – oszalała kobieta, która chyba nie ma pojęcia, co się dzieje na polskim rynku pracy! Teraz zmieniać robotę?

Małgosia podjęła decyzję tuż po tym, jak w jej firmie z dnia na dzień obniżono pensje o kilkaset złotych brutto. Potem obcięto różne dodatki, a na koniec socjal. Następnie drastycznie  zaniżono budżet na wyjazdy służbowe – co oznacza totalną eksploatację jej prywatnego auta. Kolejnym krokiem było zarządzenie prezesa, by wszyscy w pracy sami kupowali sobie kawę, herbatę i cukier. To przelało czarę goryczy.

Ale to nie wszystko.

Nie ma dnia, by Małgosia nie słyszała od tegoż prezesa, że za chwilę „będą zwalniać”, „”tamtego to już zwolnili”,  „produkcja ledwie dyszy”,  „lepiej to już nie będzie”, a „dobrze to już było”.

– Motywacja do pracy jak cholera – mówi moja koleżanka, kobieta z wielkim kredytem na karku i dwójką dzieci na studiach. Na szczęście jedno chce być lekarzem, drugie kończy ubezpieczenia. Ale – na razie – łożyć na nie trzeba.

Małgosia przejrzała najpierw oferty w Internecie i stwierdziła, że zmiana pracy nie będzie problemem. Ofert było mnóstwo, niektóre nawet interesujące. Przesłała około setki cevałek. Odpowiedzi nie otrzymała ŻADNEJ. –Dlatego uważam, że te wszystkie oferty pracy to jedna wielka podpucha – mówi. – One w ogóle nie istnieją!

Znajomi, których podpytywała o pracę, rozkładali ręce. W dodatku potrafili tylko dołować. – Kobieto, trzymaj się tej roboty i nie szukaj guza – mówili i przypominali:

  1. Marek, socjolog z wykształcenia – jeśli ma to jakieś znaczenie – stracił pracę i od roku nic nie może znaleźć. Dobrze, że znajoma lekarka ciągle przedłuża mu zwolnienie. W ZUS-ie, dokąd go wezwali, musiał się dobrze nagimnastykować, by „udowodnić”, że kręgosłup istotnie go napierdziela;
  2. Marcin, trójka dzieci na głowie, od pół roku rozwozi kanapki do różnych firm. Były menedżer w dużej międzynarodowej firmie też musi z czegoś żyć. Nie ustaje w poszukiwaniach – w końcu w Internecie tyle ofert pracy;
  3. Mariusz, rozwodnik, robi na czarno. Gdyby podjął legalną robotę komornik wszedłby na pensję i zabierał na alimenty. – A tak jeszcze zasiłek z mopsu dostanę i dodatek mieszkaniowy mi przysługuje – cieszy się obrotny chłopak, który oficjalnie nie ma nic i ma status bezrobotnego;
  4. Kasia, przeszczęśliwa, załapała pół etatu w McDonaldzie. – Przynajmniej będę miała czas na pisanie doktoratu – też się cieszy;
  5. ale Iwona – co pocieszające – która przegrała konkurs na kolejną kadencję dyrektora szkoły, od razu załatwiła sobie pracę w kuratorium. Narzeka jednak, bo jej temperament nie pozwala na nicnierobienie;

Małgosia nie traci nadziei na zmianę pracy. Wciąż wysyła CV i wciąż podpytuje znajomych, czy o czymś ciekawym nie słyszeli.

Przestała jednak oglądać TV, bo ma dość żyjących w matriksie polityków z gębami pełnych frazesów.

I póki co sama kupuje sobie kawę i cukier do pracy, a dzwoniąc do mnie podkreśla, że przyszłość napawa ją przerażeniem.  – Bo u mojego męża w pracy zaczyna się to samo – mówi. – I na jego CV też nikt nie odpowiada.

W Sejmie traci się wrażliwość społeczną – oznajmiła marszałek Ewa Kopacz. Gdy wokół sami młodzi, zdrowi i bogaci, dodatkowe kilkadziesiąt tysięcy nie robi wrażenia.


Mój Tata od 40 lat prowadzi zakład rzemieślniczy. Ciężka fizyczna praca zrujnowała mu zdrowie, choć chłop był na schwał. Krzepa w łapie, roboty się nie bał.


Teraz jest po czterech operacjach, m.in. na kręgosłup. Rok temu kostusze wyrwał się spod kosy. Mimo 65 lat pracować musi. Nie ma wyjścia – do emerytury daleko. Ale klientów obecnie jak na lekarstwo. Kryzys.


Niedawno Ojciec zrobił „ślusarski rachunek sumienia”.

 

Mówi mi:

Państwo nigdy nam nie sprzyjało. Gdy zaczynałem, słowo „rzemieślnik” znaczyło tyle co „kombinator” albo „złodziej”. Rolnik mógł kupić nawóz zimą, gdy było taniej i przetrzymywać go do czasu siewu. Jak ja, ślusarz, kupiłem materiał w styczniu, to w listopadzie zawsze odbywało się tzw. jego przeszacowanie według nowych cen. Od powstałej różnicy musiałem odprowadzać podatek do skarbu państwa.


Warsztat mam w podwórko własnego domu. Za przesył energii do mojego jednoosobowego zakładu pracy płacę od 40 lat trzy razy więcej niż do domu, choć dzieli je odległość 5 metrów. Dlaczego te stawki nie są takie same? Uważam, że powinienem płacić za faktycznie zużytą energię. Zimą, kiedy nie ma roboty, płacę horrendalne kwoty za samo włączenie jakiegokolwiek urządzenia.


Płacę składkę na ZUS od 40 lat. Moi znajomi odchodzą na wcześniejszą emeryturę, ale ja, jako rzemieślnik, nie mogę, ot tak sobie, tego zrobić. Zgodnie z przepisami muszę zamknąć najpierw warsztat, iść gdzieś się zatrudnić (najlepiej do znajomego z własnej kieszeni płacąc ZUS). Po pół roku mogę przejść na upragnioną emeryturę.


Po 40 latach pracy ZUS wyliczył mi 780 złotych.


Posłowi czy innemu etatowcowi co miesiąc pensja wpływa na konto. Ma różne dodatki, socjal, w razie zwolnienia odprawy, itd. Zwykły rzemieślnik, który sam, od podstaw, stworzył sobie swój zakład pracy, pracuje na okrągło. A jak nie ma klienta, to zjada go stres, co będzie za miesiąc czy dwa.


Niezależnie od koniunktury – a teraz jej nie ma – rzemieślnik co miesiąc odprowadza podatki, z których taki poseł – który traci wrażliwość – jest utrzymywany.


Uważam, że przynajmniej połowę naszych wybrańców należałoby wymienić na innych, zwłaszcza tych, którzy sprawują mandat dłużej niż dwie kadencje.


Niech, już nie wybrani, sami spróbują stworzyć sobie miejsce pracy zgodnie z prawem, które uchwalają.


Myślę, że wrażliwość społeczną odzyskają bardzo szybko.

W Rynku mojego 50-tysięcznego miasta królują ciucholandy (tłum kłębi się od rana do wieczora), banki i parabanki, sklepy z serii „wszystko po 4 złote” oraz komisy z telefonami komórkowymi. Są jeszcze sklepy z chińszczyzną – dziesięć staników w cenie pięciu. Ostatnio pojawiły się dwie odzieżowe sieciówki (kapitał angielski i francuski) – młodzież wyciągnie od ojca i matki ostatnią kasę, żeby tylko coś tam sobie kupić.

Za rogiem jest szewc. Stary dobry szewc parę lat temu płakał: Pani, syn mój, jedynak, na studia poszedł i ani słyszy, żeby buty reperować. Nie mam komu biznesu przekazać, szkoda narzędzi, lat pracy i klientów.

Kilka dni temu zachodzę, a syn siedzi i wierci szpilorkiem zelówki na kopycie. – Pracy nigdzie nie ma, to i fachu się uczy – cieszy się szewc, który już dawno na emeryturze być powinien.

Za drugim rogiem sklep z dziecięcymi ciuszkami. Sprzedająca tam kobieta całą zimę marznie – piecykiem się dogrzewa, bo szron lśni na ścianach zapyziałej kamienicy. W kościach ją łamie, cały czas na prochach.

– Klientów jak na lekarstwo, ale co mam zrobić? – pyta pani Basia. – Gdzie ja pójdę w tym wieku?

Za kolejnym rogiem ciucholand. Kobieta koło 30.: Jestem architektem krajobrazu, 5 lat byłam w Anglii. Wróciłam, pracy nie znalazłam, więc postanowiłam otworzyć własną działalność – opowiada. – Sprowadzam ciuszki dziecięce z Anglii, wyglądają jak nowe. Nawet nieźle mi to idzie.

Ciucholand powstał w miejscu jedynej w mieście galerii sztuki. Jej właścicielkę nie było stać na ciągle rosnący czynsz. Po 30 latach prowadzenia galerii zlikwidowała ją. – Co mam teraz robić i z czego żyć? – pyta pani Zofia.

Za czwartym rogiem parabank. Siedzi zbolała kobietka, chce pożyczyć 2 tysiące złotych. Pracuje jako salowa w szpitalu, bank nie chce jej dać pożyczki, a ona musi córce kupić sukienkę i buty na studniówkę. Już teraz, bo potem będzie drożej. – Wie pani, ja muszę jej to kupić – podkreśla i patrzy na mnie, dziennikarza dopytującego o powody przyjścia do tego zdziercy-parabanku (kapitał niemiecki), podgrążonymi oczami.

Pan Janek, 60 lat, pół życia prowadził dobrze prosperujący warsztat ślusarski. Dobre skończyło się, gdy w mieście pojawił się market „nikomu nie pozwolimy pobić naszych cen” (kapitał francuski). Są wierni sobie – nie pozwalają.

– Jak mam z nimi konkurować, skoro bramę sprzedają za 1200 złotych, a ja na sam materiał, by ją wykonać, muszę wydać tysiąc złotych – żali się mężczyzna. –  W dodatku nie mogę patrzeć na niefachową robotę. Moja robota będzie cieszyć oko i za sto lat, ichnie wyroby są dobre do pierwszej gwarancji. Ale klient patrzy tylko na cenę – i nie ma co się dziwić – kiwa głową.

Ten sam market zniszczył panią Izę, znajomą moich rodziców, która z mężem od lat prowadziła rodzinny biznes – sprzedawała firany i dywany. Firanki kupiłam jeszcze u niej, ale dywan – biję się w piersi – zakupiłam właśnie w Castoramie, bo był fajny, tani i pani kasjerka powiedziała mi, że mogę w każdej chwili go oddać. Pani Iza nie dawała mi tak dogodnych warunków.

Gdybym wiedziała, że kilka lat później wpadnie w depresje i zachoruje na nowotwór (właśnie bierze kolejną chemię), kupiłabym ten pieprzony dywan i u niej. Chodząc po nim mam wyrzuty sumienia.

Pani Maria prowadziła od 35 lat osiedlowy sklepik. Z każdym się znała, doradziła, towar przechowała – rodzina miała z czego żyć. Zachodzę ostatnio, pani Maria płacze. Pytam o powód. – Biedronkę (kapitał portugalski) mi pod bokiem otworzyli– mówi. – Muszę się zwijać.

Pana Zbyszka zniszczyło Tesco (kapitał angielski), a pana Mietka Kaufland (kapitał niemiecki). Obaj też prowadzili małe spożywcze sklepiki. Jeden wyjechał do Niemiec, drugi znów próbuje rozpocząć jakąś działalność.

Pani Urszula miała sklep z obuwiem. Naprzeciwko wyrosła jej nagle galeria handlowa z sieciówką Deichmann (kapitał niemiecki). To było latem. Idę dzisiaj – sklepu nie ma, wisi napis „Do wynajęcia”. Co z panią Ulą? Nie wiem.

Ale za to Waldziu bez ręki, ten ze slumsów z ulicy Mickiewicza, jeździ dobrym autem. Z osiem lat temu ze szwagrem zajęli się skupem złomu. „A, to te dziady” – mówili na nich ludzie. Teraz „panu Waldemarowi” ludzie kłaniają się w pas, bo nawet pracowników zatrudnił. A ostatnio kupił kawałek placu od miasta, za grubą kasę, będzie stawiać jakieś magazyny.

To wszystko dzieje się w moim małym 50-tysięcznym miasteczku, gdzie ludzie pytają, czy aby na pewno mamy co świętować 11 Listopada.

Ale, ale.

Znajoma pojechała zapalić świeczki na rodzinnych grobach na Mazurach. – Wiesz co? – mówi mi po powrocie. – U nas to jest jeszcze eldorado. Tam to ludzie siedzą tylko z pilotem w ręku i oglądają seriale. Ja z własną rodziną nie miałam o czym rozmawiać.

Wyjście z dziećmi na zakupy – impreza z cyklu ubaw po pachy. Masz wolną, schomikowaną onegdaj stówę na ciuch dla siebie, a i tak kupujesz bluzę dla córki-nastolatki. – Mamo, bo ty już masz tatę i nie musisz się nikomu podobać, a ja muszę –mówi mi. Jak z takimi argumentami polemizować?

Syn-nastolatek: Mamo, bo WSZYSCY W KLASIE mają (tu można sobie wpisać dowolną rzecz), a ja NIE MAM (też można wpisać dowolną rzecz) – Wszyscy, to znaczy kto? – dopytuję podejrzliwie. – No Maciek, Bartek, Mikołaj… – wylicza nadąsany. – W klasie jest 28 uczniów, kto jeszcze?

– Oj mamo, ty to zawsze –syn idzie zagniewany w regały, a ja mam święty spokój. Przez chwilę.

Kto ma nastolatki, zna tego typu rozmowy na pamięć.

Ale i te wyjścia czemuś służą.

W marketach płaciliśmy za zakupy w kasach samoobsługowych. Wygodniej, szybciej, a moje nastolatki uważały też, że „światowo” (mieszkam na prowincji, która rządzi się swoimi prawami).

Do czasu, gdy w mojej redakcji nie pojawiły się panie kasjerki, cztery, zapłakane. – Przez te kasy samoobsługowe chcą nas zwolnić, już jesteśmy niepotrzebne – mówiła, łkając, najodważniejsza. – A gdzie my do pracy pójdziemy w tym wieku? Kto nas przyjmie?

Teraz zawsze ustawiam się do kas obsługiwanych przez ludzi, czego moje nastolatki początkowo nie rozumiały. Wytłumaczyłam.

Każdy chce pracować, zwłaszcza panie po 50-tce w małych miasteczkach.

Idę do centrum planowania kariery zawodowej. To taki twór, który nieco przypomina urząd pracy, ale nim nie jest. Jak człowiek straci robotę, to może tam podejść – miłe pani pocieszą i ewentualnie podrzucą jakąś ofertę zatrudnienia za polską miedzą.

Na przykład taką: majętni niemieccy seniorzy czekają na polskie opiekunki.
 Chętnych z roku na rok coraz więcej, zwłaszcza kobiet po 55. roku życia.

Jedna mówi tak: – Skończyłam 50 lat i nagle stałam się niewidzialna, zwłaszcza dla szefa, faceta. Lata młodości były już za mną, oddech młodych i gniewnych czułam na każdym kroku. W końcu przy pierwszej lepszej okazji zostałam zwolniona. Kredyt na głowie, dzieci wchodziły dopiero w dorosłość, wpadłam w depresję.

Zaczęłam szukać pracy. W moim małym miasteczku nawet dla młodych roboty nie ma, więc wszyscy patrzyli na mnie jak na głupią. Miałam wrażenie, że za każdym razem coś we mnie było nie tak: a to za stara, a to za głupia, a to za brzydka. Załamałam się jeszcze bardziej, całe dnie siedziałam w domu i płakałam. W dodatku nie miał mnie kto pocieszyć, bo  z mężęm się rozstałam.

Kobieta poszła do wspomnianego centrum i po jakimś czasie wyjechała do Niemiec jako opiekunka. W akcie desperacji i determinacji. W Polsce nikt już jej nie chciał, a ona musiała z czegoś żyć i spłacać nieszczęsny kredyt niepolskim bankom.

Dalej opowiadają urzędniczki z centrum planowania kariery zawodowej: – Ta pani wróciła do nas po pół roku, bo chciała przedłużyć pobyt w Niemczech. To nie była ta sama osoba: zobaczyłyśmy pełną poczucia własnej wartości atrakcyjną kobietę! Nie wierzyłyśmy własnym oczom!

Powiedziała nam: okazało się, że nie jestem ani za stara, ani za głupia, ani za brzydka. Niemieckiego uczę się jak burza, choć każdy wmawiał, że wiek już nie ten; dziadek z Niemiec, miły człowiek, bardzo mnie potrzebuje i patrzy na mnie z uwielbieniem, a w dodatku znalazłam partnera na resztę życia (innego niż dziadek). I przede wszystkim mam swoje pieniądze, i to wcale niemałe!

W Polsce siedziałabym wieczorami na kanapie oglądając „Plebanię” lub „Galerię”, a rankiem biegała do „Biedronki”, by kupić najtańsze rzeczy. Wyjeżdżając do Niemiec poczułam, że żyję i błogosławię moment, kiedy zostałam zwolniona.

Europa się starzeje, więc jako Polki będziemy miały zapewnioną pracę. Nawet do 67. roku życia.

Pan Antoni lata temu został zatrudniony w łódzkiej Wifamie (dawne zakłady włókiennicze) jako plastyk. Jak wyglądała ówczesna „praca”?

Pierwsze jego zadanie polegało na wykonaniu planszy z okazji rocznicy rewolucji październikowej. Gdy ją zrobił, trochę począł się nudzić, więc szkicował maszyny włókiennicze. Przełożony wziął go wtedy na bok i pouczył, aby się nie przemęczał. Co miał zatem robić?

„Przychodzi pan do pracy, siada, bierze pan gazetkę i czyta – wspomina pan Antoni w publikacji „Kronika Miasta Łodzi” (3 (55)/11). – Potem robimy herbatkę. Potem wstajemy i idziemy się przejść po zakładzie, a zakład jest duży…”

Po jakimś czasie do zakładu miała przyjechać zagraniczna delegacja, która chciała kupić maszynę za 100 tysięcy złotych. W związku z tym faktem fabryka przygotowała ulotki na zwykłym powielaczu spirytusowym. Pan Antoni nie zdzierżył i przygotował profesjonalne foldery (był na Zachodzie i wiedział, jak to powinno wyglądać), każdy w czterech językach. Ulotki rozrzucił gdzieś po zakładzie.

Po jakimś czasie wzywa go dyrektor. – Zostaje pan pełnomocnikiem ds. targów międzynarodowych – oświadczył. I tak się stało.

„Jaki ten ustrój jest dobry – myślał pan Antoni – dają herbatkę, mleczko, jest przerwa śniadaniowa, ubezpieczenie opłacone, a gdy zachoruję, to oni płacą”. Plus, oczywiście, wyjazdy zagraniczne.

Pan Antoni, Studziński zresztą, miał więc święty spokój, dlatego mógł się poświęcić swojej pasji, muzyce. To, dodajmy,  perkusista legendarnych Melomanów, pierwszego polskiego zespołu grającego jazz. W kabarecie Wagabunda występował też z z Krzysztofem Komedą, Jackiem Federowiczem i Bogumiłem Kobielą.

Dziś pan Studziński, lat 80, tworzy grafiki komputerowe i organizuje spotkania miłośników jazzu.

A jak dziś wyglądają nasze prace? Kto w obecnych czasach ma pewność, że za chwilę nie zostanie zwolniony? Albo, że nie obetną mu wynagrodzenia? I że znajdzie nową pracę? I że nie będzie miał gorszych zarobków (ach, te kredyty…) I że praca będzie aż do emerytury?

O tym w części nr 2.

Oto historia mojej znajomej, którą wysłuchałam, a jej zwierzenia opisałam:

Nigdy nie sądziłam, że zostanę ,,bezrobotną’’. Od 6 lat miałam stabilną – wydawałoby się – pracę, jako księgowa w jednym z większych sklepów. Pewnego dnia pracodawca poinformował nas, że w obawie przed dopiero co powstającym marketem, zmuszony jest zwolnić kilka osób. W tym również i mnie. Klasyczna ucieczka przed kosztami. Nie było mi nawet szczególnie przykro, może dlatego, iż przez myśl mi nie przeszło, że z nową pracą może być aż taki problem.

Zarejestrowałam się jako osoba bezrobotna i wyruszyłam na poszukiwania. Na pierwszy ogień poszły biura rachunkowe, jednak w trzech kolejnych odprawiono mnie z kwitkiem. Pełna obsada, brak etatów – argumentowano.  No, dobrze, pomyślałam, to przecież dopiero początek.

W urzędzie pracy złożyłam podanie o przyjęcie na dwumiesięczny kurs księgowości z komputerem, gdyż w poprzedniej firmie księgowaliśmy wszystko ręcznie. Trzeba się dokształcać, jeśli jest taka możliwość. Przyjęto mnie, a ja dalej szukałam pracy.

Odwiedziłam okoliczne hurtownie – w sumie ze cztery. Gadka szmatka z właścicielami, nic nie znalazłam. Miejsca poobsadzane swoimi ludźmi: członkami rodzin, znajomymi lub znajomymi znajomych. Ja znajomości nie mam, bo nie pochodzę stąd – a to duży minus w takim grajdole. Obsada wolnych stanowisk odbywa się bowiem na zasadzie poczty pantoflowej.

Samo wejście na rozmowę jest dla osoby poszukującej zatrudnienia dużym stresem, gula rośnie mi zawsze w gardle, choć nie należę do osób nieśmiałych. A tu ewentualny pracodawca ,,obcina’’ człowieka wzrokiem i nie zawsze jest miły. Oczekuje konkretów, a nie roztkliwiania się nad swoim własnym losem. Jeden z nich pytał np. czy mam prawo jazdy. Mówię, że nie. ,,No, a jeśli będzie pani musiała jechać z jakimś zleceniem do miasta?

,,Jak będzie mi pan dobrze płacił, to wezmę taksówkę, jest też sekretarka i środki transportu miejskiego’’ – odpowiadam. Zdyskwalifikowano mnie. Pal licho pracodawcę, który wymaga, by jego pracownik przyjeżdżał do roboty własnym samochodem!

Inny wymagał znajomości języka obcego. ,,Po co? – pytam się go. – W księgowości ważne są cyfry, a nie język, zwłaszcza obcy’’.

,,No, a jeśli przyjedzie szef z Anglii?’’. ,,Kultura wymaga, żeby człowiek zakładający firmę w innym kraju nauczył się choć trochę danego języka’’ – mówię, ale oni byli odmiennego zdania. Nie przyjęto mnie.

Z moją miejscowością dałam sobie więc spokój. Ruszyłam na podbój stolicy.

Ale i Warszawa się zapchała…

Znajomi powiedzieli mi o nowo powstającym biurze adwokackim. Poszłam na rozmowę kwalifikacyjną, myślałam, że będę sama. A tu las młodych nóg, istny spęd. Kazali nam wykazać się znajomością komputera, m. in. ,,Płatnikiem ZUS-u’’ itd. Poszło mi dobrze, ale przyjęta została córka kuzynki jednego z tych prawników, zresztą dziewczyna po studiach prawniczych i robiąca aplikację. Czyli znowu znajomości. Potem odwiedziłam kilka kolejnych biur, ale bez większego efektu.

W Warszawie kolega ma trzy sklepy z herbatami. Myślałam, że coś z tego będzie, ale on mógł mi zaproponować tylko umowę-zlecenie, co mnie nie interesuje. Zatrudnia studentki, daje im po 500 zł na rękę, ale jak przyjdzie kontrola mają mówić, że są dopiero drugi dzień w pracy. Dziewczyny za ladą uczą się, a nie pracują, klientów nie pozyskują, i w rezultacie znajomy będzie musiał zamknąć jeden ze sklepów.

Wysłałam swoje oferty do dwóch biur pośrednictwa pracy. Ale znajomi tłumaczą mi, że Warszawa niechętnie zatrudnia osoby spoza stolicy, ma dość własnych, wykształconych ludzi. Poza tym obniżono znacznie stawki. Na dzień dobry nie dają już – jak kilka lat temu dwa czy dwa i pół tysiąca zł brutto – tylko tysiąc, tysiąc dwieście na rękę. Oczywiście nie dotyczy to tzw. strategicznych zawodów, typu informatyk czy inny dyrektor operacyjny.

W sumie złożyłam ponad 50 różnych ofert. Do tej pory liczę, że na którąś z nich dostanę jakąś odpowiedź.

Przerzuciłam się na chałupnictwo – czyli na chałupnicze męki.

Rychło okazało się, że oferty prac chałupniczych są różnorodne i dobrze płatne, ale tylko w prasowych ogłoszeniach. Wysłałam zgłoszenia do trzech większych firm, zdecydowana byłam na klejenie kopert lub składanie długopisów. Owszem, odpowiedziano mi, ale za niewielką kopertę, w której – jak mówili mi doświadczeni w tej dziedzinie znajomi – była kartka ze znanymi mi już ofertami, miałam zapłacić 30 zł. Odesłałam ją z powrotem. Druga firma nie ukrywała swoich planów – moim zadaniem byłoby stworzenie siatki odbiorców, czyli jeleni, którzy nabraliby się na płacenie przy odbiorze koperty. Chodziło im o napędzanie koniunktury, a nie o samą pracę – której tak naprawdę nie było. Nie interesowało mnie to. Kolejna firma mówiła coś o ,,sumie gwarantowanej’’, którą odzyskałabym po oddaniu im sklejonych już kopert. Również mi się to nie podobało – a nuż zakwestionowaliby ich jakość i nie zarobiłabym nic? Zresztą wszystkie te firmy nie wydawały mi się poważne, żadna nie chciała podać danych o sobie, numeru regonu czy dokładnego adresu. Poza tym zobaczyłam jak chałupnictwo pt. ,,Adresowanie kopert’’ wygląda u znajomego: wszędzie w mieszkaniu stosy kopert, wypisywaniem zajmowała się cała rodzina, ręce bolały ich jak od noszenia wiader. Za 1000 kopert dostawali 100 zł.

Dałam sobie spokój.

W międzyczasie zajęłam się działalnością w systemie marketingu bezpośredniego, zostałam klientem ich firm. Rozprowadzałam kosmetyki na bazie kwiatów i ziół z najczystszą wodą na świecie, ze źródeł z Irlandii. Krem ,,Q10’’  na przykład okazał się prawdziwą rewelacją… Od 5 lat używam też multiczyścików, dzięki którym zaoszczędziłam na środkach czystości, gdyż myją one dosłownie wszystko: od okien, podłóg, wanien, garnków do samochodu i toalet. Są nie do zdarcia, wystarczy je tylko nasączyć wodą i pucować wszystko co się da. Ludzie podchodzą jednak do takich rzeczy bardzo podejrzliwie, są zbyt konserwatywni. Być może odstrasza ich też cena, bo jeden multiczyścik kosztuje 50 zł. Ileż ja mogę takich rzeczy sprzedać?

Inna firma z systemu MB produkuje zapachy kwiatowe, które klient może sobie w dowolny sposób komponować. Z zestawu dwudziestu paru aromatów można dobrać sobie całą serie kosmetyków – i wychodzi dużo taniej niż w tradycyjnych sklepach. Poza tym woda perfumowana ma tutaj od 15-17 proc. zawartości ekstraktu, podczas gdy renomowane perfumy mają o wiele mniej.  Bawi mnie to, ale również nie widzę zbyt dużego zainteresowania wśród ludzi. Z reguły od razu machają ręką, nie wiedząc nawet, co im chcę zaproponować.

W każdym razie zarobku na tym nie mam żadnego.

Tracę wiarę w siebie.

W czwartki zawsze płaczę. Nie w poniedziałki, które są ponoć najbardziej depresyjnymi dniami, ale właśnie w czwartki. Bo kończy się kolejny tydzień, a u mnie bez zmian. Telefon milczy, skrzynka na listy pusta, ogłoszenia się powtarzają, kolejny znajomy zostaje bez pracy, a ja przestaję powoli wierzyć w siebie i swoje siły.

Odwiedziny w urzędzie pracy są coraz bardziej przygnębiające. Ostatnio jakaś kobitka nie potrafiła wprowadzić moich danych do komputera, męczyła się mocno, musiałam jej w końcu pomóc, bo te programy mam w małym palcu. Inne grały na komputerze w ,,kulki’’.  I pomyśleć, że one mają pracę tylko dlatego, że ja jej nie mam.

Na środę jestem umówiona na spotkanie w sprawie pracy. Powstaje oddział firmy zajmującej się przetwarzaniem informacji, moim zadaniem byłoby tworzenie siatki internetowych reklamodawców. Biznes przyszłości.

Chociaż tak myślę sobie – skąd w naszym mieście wezmę tylu chętnych do zareklamowania się, skoro nawet ci najwięksi przestają być wypłacalni?


  • RSS