Przeprowadzam wywiad, a głowa leci mi do tyłu, jakby ktoś ją co chwila popychał. Wiem, że tego nie widać, więc dalej siedzę, niby pionowo, ale tak naprawdę czuję się jak na karuzeli. Zastanawiam się, czy jak wstanę, to się nie przewrócę. Mam zawroty głowy, zatkane ucho (za godzinę pewnie przejdzie, ale wtedy być może zaniewidzę na oko), ścisk w klatce, wewnętrzny dygot, nie mogę zebrać myśli, słowa nie chcą się układać w ładne zdania, a całe ciało jest napięte do granic możliwości. Za chwilę zemdleję…

wesSpokojnie, to tylko nerwica.

Nie-nerwicowcy niech dalej nie czytają, bo i tak nie zrozumieją.

Odkąd pamiętam czuję się źle. Po raz pierwszy odleciałam w wieku chyba 10 lat, gdy bawiłam się z dzieciakami przed domem. Piłka leciała w moim kierunku, a ja doświadczyłam odrealnienia rzeczywistości – i odlot. Nie upadłam, ale nie wiedziałam też, co się ze mną dzieje. Dzieci zawołały mojego ojca, który zaniósł mnie do domu. Leżałam i było dziwnie. Potem były omdlenia w kościele, w sklepie, w szkole. Nikt się tym nie przejmował, łącznie ze mną. Pół studniówki przesiedziałam na szkolnym korytarzu, bo nie potrafiłam określić, co mi jest. Znów było dziwnie, a powrót do bawiących się koleżanek i kolegów ponad siły.

Wyjechałam na studia do Rosji – i tam to się działo!

Jak tylko przyjechałam do Petersburga, na mojej prawej dłoni pojawiły się żywe rany. Krwawiły, więc zakładałam i wymieniałam bandaże. W sumie też się tym zbytnio nie przejęłam – tyle innych rzeczy się działo – aż w końcu koleżanka z trzeciego roku, przerażona widokiem, zaprowadziła mnie do jakiejś wojskowej przychodni przy placu Zimowym koło Ermitażu. Lekarka zawołała swoje koleżanki, wszystkie zadziwione coś tam nade mną po rosyjsku mówiły, w końcu przepisały maści, których nie wiem nawet, czy ostatecznie użyłam. Samo przeszło po kilku miesiącach.

Potem zaczęłam mieć uderzenia do głowy i ataki paniki. Koleżanki zaliczały kolejnych facetów, a ja co chwila umierałam. Co i rusz trafiałam do ruskich szpitali.

Za pierwszym razem do przybytku dla cudzoziemców i było super. Lekarze określili, że mam „brzucholca”, bo miałam ogromne problemy gastryczne – i leżałam sobie w poczuciu bezpieczeństwa, że nawet jak zemdleję na tym szpitalnym łóżku, to mnie szybko ocucą. Poznałam bardzo miłego Wietnamczyka i Polkę, która studiowała dyrygenturę w Rosji; znajomi mnie odwiedzali, sale były dwuosobowe z TV, a na deser podawano… pęcherzyki powietrza, które wyglądały jak mydlana piana. Jadło się to łyżką, a pielęgniarki mówiły, że piana zastępuje spacer na świeżym powietrzu. Leżałam kilka dni i jak tylko wyszłam zachciało mi się natychmiast wrócić.

Nie było to takie proste. Karetki pogotowia przyjeżdżały do mnie, a ja, zgłębiając codziennie rosyjską encyklopedię zdrowia (raczej chorób), wmawiałam lekarzom, co mi jest, a ci, o dziwo, wierzyli. Dostawałam kolejne leki, ale było tylko gorzej; ktoś, kto przeżył lub przeżywa nerwicę, wie doskonale, o czym piszę. Wystarczy, że napiszę słowo „kaloryfer” i dla nerwicowców wszystko będzie jasne.

Któregoś razu, znów umierając i dodzwaniając się na pogotowie usłyszałam w słuchawce, że znowu dzwoni „ta wariatka”, i że nie będą już do mnie jeździć. Strasznie nakrzyczałam, więc przyjechali, ale dali głupiego jasia i pojechali. Do rana nie mogłam ruszyć ręką i nogą, a nawet językiem, byłam sparaliżowana, a wewnątrz umierałam na dobre. To był mój najgorszy dzień w życiu. Więcej do nich nie zadzwoniłam.

Po kilku dniach, przekonana, że mam krwawienie wewnętrzne, sama poszłam do szpitala. Pierwszego z brzegu.

To była zima. Wdarłam się do jakiegos gabinetu i powiedziałam lekarzowi, żeby mnie zbadał, bo inaczej ze szpitala nie wyjdę. Zszokowany przebadał i powiedział, że wszystko jest okej.

A ja dalej, że stąd nie wyjdę, póki mnie nie wyleczą.

On, że nie ma miejsca.

Ja, że trudno, musi mi coś znaleźć.

Westchnął i zaprowadził do sali z jednym wolnym łóżkiem. Salka była 6-osobowa, ciasna jak cholera, na 5 łóżkach leżały babuleńki. Oznajmił, że wszystkie mają żółtaczkę, ale wcale mnie to nie zniechęciło. Powiesiłam swój kożuch na wieszaku w rogu sali i zaczęłam się rozbierać, by wreszcie położyć się do łóżka. Wtedy jedna z babć zaczęła krzyczeć, żebym wyniosła kożuch, bo ona jest uczulona na wełnę! Nie wiedziałam, co robić, ale wzięłam go i wyszłam na korytarz. Akurat szedł „mój” lekarz, więc powiedziałam, że nie będę w tej sali leżeć, niech szuka innej. Wkurzony pokazał mi w końcu wersalkę na korytarzu, którą obsiadły koty – koty w Rosji to jak krowy w Indii – i powiedział: chcesz, to się kładź!

Wybiegłam z tego szpitala! Nie wiem, jak dobrnęłam do domu, bo już wtedy nerwica nie pozwalała mi normalnie funkcjonować. Wyjście za próg mieszkania było horrorem, przejazd marszrutką do metra gehenną, a dojazd na uczelnię metrem, jakieś 40 minut pod ziemią, czarną przepaścią stąd do wieczności. Ciągle chciało mi się mdleć, dusiłam się z braku powietrza, serce mi trzepotało, cokolwiek nie zjadłam bolał mnie brzuch i całe ciało. W końcu nie byłam w stanie wstać rano z łóżka. Wokół wszyscy byli zdrowi i prowadzili ożywione życie towarzyskie, a ja leżałam w pościeli i umierałam.

Zioła, akupunktura, medytacja, wizualizacja, magiczny „piataciok” (kółko z dziurką za piekielne pieniądze, które miało mnie uzdrowić), czary-mary znachorów i Bóg wie jeszcze co. Wszystko o kant du… potrzeć.

Wsiadłam do samolotu (wypiłam wtedy na pokładzie, pamiętam, trzy butelki neospazminy) i wróciłam do Polski w przekonaniu, że na studia już nie wrócę, bo toczy mnie śmiertelna choroba. Rodzice byli przerażeni.

- Całą Rosję zwiedziłaś, a teraz z łóżka nie możesz wstać? – grzmiał Ojciec.

- Udajesz! Wstawaj i weź się w garść – krzyczała Matka.

Któryś z kolei lekarz orzekł w końcu, że to nerwica i dał leki uspokajające. Nerwica to przecież nie choroba.

Z ledwością skończyłam studia. Pod koniec ważyłam ze 40 kilo i gdy wsiadałam do pociągu w Petersburgu ostatniego dnia pobytu w Rosji, to nawet się za sobą nie obejrzałam! Do dzisiaj żałuję, że spędziłam tam pięć lat swojego życia.

Zaczęłam studia dziennikarskie, ale nerwica nie odpuszczała. Lęki miałam przeogromne. Trafiłam w końcu do psychoterapeuty i po jakimś roku poczułam, że wróciłam do jako takiej normy.

Jako takiej, bo złe samopoczucie towarzyszy mi ciągle. Akcję ze szpitalem w moim rodzinnym mieście też miałam nie raz – byleby tylko położyć się na szpitalnym łóżku, bo potworność istnienia nie pozwalała inaczej.

A na co dzień – nerwicowcy to znają – unikanie tłumów (nie da się), siadanie blisko drzwi, by w razie czego można było wyjść, szybka lokalizacja toalety, zero występów publicznych (zaliczam je ciągle), zero kościołów (chodzę, choć często wychodzę), teatrów czy kin (chodzę, bo kocham) i siedzenie w środkowych rzędach (siedzę i się pocę); słabość, uczucie duszności, splątany język i mnóstwo innych objawów. Widok z drugiego piętra przyprawia o mdłości, podobnie jak sama myśl o locie samolotem. Stany depresyjne. Fobie.

Nigdy nie wiesz, czym twój organizm zaskoczy cię następnego dnia.

A mimo to trzeba jakoś żyć. Pewnie to życie wyglądałoby zupełnie inaczej, gdybym nerwicy nie miała. Byłabym w innym miejscu i byłabym innym człowiekiem.

Czy byłabym szczęśliwsza? Nie wiem.

Wiem, natomiast, że nie jestem odosobniona i trochę nas jest.

Co mi pomaga?

Po przetestowaniu chyba wszystkiego Ameryki nie odkryję: intensywny fitness, że pot się leje oraz koncentracja na „tu i teraz”. Właściwa dieta czyli szczęśliwe jelita. Oczywiście pozytywne myślenie, o co w moim przypadku strasznie ciężko.

Witajcie w klubie?